Jaguar napisał/a:Olinka przeciez mowie...dla kazdego trudny cel bedzie czyms innym.
Mój błąd, przeoczyłam...
Jaguar napisał/a:Uwazam ze nie fair jest porownywac osoby niepelnosprawne pod jakims wzgledem z osobami w pelni sprawnymi. To zupelnie inny swiat.
To nie miało na celu ich porównywanie, a już na pewno nie było nie fair. Chodziło wyłącznie o zobrazowanie tego, co napisałam wcześniej, czyli że trudne cele będą inne w zależności od osobistych predyspozycji i możliwości.
vinnga napisał/a:A więc, Olinko, wg Pawlikowskiej każdy człowiek ma 4 podstawowe potrzeby: bycie kochanym, ważnym, wartościowym i potrzebnym. Tyle, że u większości z nas te potrzeby nie są zaspokajane w dzieciństwie we właściwy sposób, więc w podświadomości formują się błędne kody umożliwiające ich zaspokajanie. I tak właśnie np. zaspokojenie potrzeby bycia ważnym i wartościowym często utożsamiamy z docenieniem przez innych. To jest ta ambicja, która wiąże się z ciągłym udowadnianiem, że się jest lepszym od innych w różnych dziedzinach życia. Człowiek, który ma właściwie zaprogramowaną podświadomość nie ma potrzeby udowadniania, bo WIE, że jest wartościowy niezależnie od uzyskiwanych wyników w porównaniu z innymi. Jest ważny i wartościowy sam dla siebie, tak się czuje i nie musi robić nic, zeby sobie to udowodnić. Sam dla siebie ustawia poprzeczki, starając się być coraz lepszym. Dla siebie. Bo potrzeba rozwoju jest naturalną potrzebą człowieka.
Więc, jak widzisz, masz bardzo zbieżne poglądy z "blondynką" 
A widzisz, nie skojarzyłam, że o ,,tę" Pawlikowską chodzi
.
Hmmm... To ma sens! I faktycznie z dzieciństwa wyniosłam poczucie bycia ważną i wartościową. Pamiętam też, że cokolwiek robiłam, to wyłącznie dla siebie, choć poprzeczkę stawiałam sobie baaardzo wysoko, natomiast bez uczucia dziwnie pojętej rywalizacji. Ja zresztą do dzisiaj nie odczuwam zazdrości, gdy innym coś wychodzi lepiej ode mnie, najwyżej mobilizuję się do jeszcze większej pracy nad sobą. Dosyć istotne wydaje mi się także, że nawet kiedy moje koleżanki dramatyzowały, gdy coś im się nie udało, to ja wszystko, dosłownie wszystko, przyjmowałam ze spokojem i bez poczucia porażki, uznając to jako naturalną konsekwencję podejmowanego ryzyka.
Jasne, że gdzieś po drodze zdarzyły mi się gorsze okresy, ale ten potencjał, jaki dostałam od rodziców, na pewno nadal pozostał, choć może dziś go już tak wyraźnie nie widzę.
Coś czuję, że mogłabym mieć z panią Beatą do pogadania
, a skoro nie mogę osobiście, to w najbliższym czasie poszukam tych książek.