hej dziewczyny,
nie pisałam i nie odzywałam się, bo choruję na niemamnanicczasu. remont posuwa się powoli, ale do przodu. pan majster doprowadza mnie do białej gorączki, tym bardziej, że dzięki jego radom mamy teraz taki bajzel przed domem, że mamma mia. był facet z koparką, żeby wykopać dół (doły) pod oczyszczalnię, wysypać tam żwir i ogólnie wyrównać teren - a pod cienką warstwą ziemi to sama glina. przed domem miał być wysypany drobny gruz i przysypany ziemią z tego wykopu pod oczyszczalnię. pan majster zaś znów udzielił świetlistej rady, że na gruzie nic nie wyrośnie przecież i że lepiej jest tą glinę wyłożyć przed domem, podniesie się teren i w ogóle. pan od koparki tak zrobił. teraz na pewno nic nie wyrośnie, a poza tym mamy jedno wielkie błoto (przez tą glinę), gdzie żeby przejść od auta do domu muszę zmieniać buty na kalosze. dla majstra to nie problem, bo przecież możemy to zalać betonem. tylko, że ja nie chcę mieć betonu przed domem, nie po to kupiłam domek na wsi i nie po to, wynoszę się z miasta, żeby znów mieć wszędzie beton. ja chciałam mieć chodniczek, trawkę i krzaczki. gliny teraz tej zabrać nie można, bo jest za mokro/grząsko i ciężki sprzęt nie wjedzie. pan majster ciągle utyskuje, że jest ciężko pracować, że zrobiliśmy (sic!) błoto przed domem i nie ma możliwości teraz, by operować taczką i robić posadzki w domu. dom ciągle nie gotowy a luby musi się w tygodniu po świętach przeprowadzić. w dodatku kończy nam się kasa i mam wrażenie, że majster pracuje już teraz na pół etatu (widzę po pracach wykonanych), choć każe sobie płacić normalnie.
poza tym ostatnio (niestety) zintensyfikowały mi się kontakty z moim eks (na szczęście) i stwierdzam ze smutkiem, że teksty mówiące o tym, że im dalej od rozwodu tym lepsze kontakty, mogę spokojnie wsadzić między bajki. bo podobno wyciszają się negatywne emocje i takie bzdury. my rozwodziliśmy się w przyjaznej atmosferze (schowałam dumę do kieszeni z powodu dziecka), ale im dalej od daty rozwodu tym większa wrogość między nami. nieraz mam wrażenie, że on mnie zaczyna nienawidzić, jego złośliwości i podłe słowa są zupełnie nie na miejscu. ułożył sobie przecież życie, jak chciał, rozwód bez orzekania o winie (choć to ja chciałam rozwodu, nie wybaczam studentek), prawie nie płaci na dziecko (i nie robię mu z tego powodu koło pióra, a mogłabym), więc skąd ta wrogość?