Widze, ze rzecz o wybaczaniu, niech wiec i ja doloze do tego swoje trzy grosze.
U mnie odbywa sie to tak - albo wybaczam i zapominam to co zle (jesli byl to np jednorazowy incydent albo w szczegolnych okolicznosciach) albo odcinam sie calkowicie od tej osoby. Nie majac z nia kontaktu, nie musze wybaczac bo staje mi sie obojetna i nie ma znaczenia w moim zyciu.
Zrobilam tak juz z kilkoma osobami, ktore fest zalazly mi za skore (m in z szantazysta, z oszustem ktoremu zawdzieczam totalne bankructwo i utrate calego swojego dorobku przed laty, z "przyjaciolka" ktora zrobila mi grube swinstwo) - bo tutaj nie bylo innej, zdrowszej dla mnie drogi. Domaganie sie sprawiedliwosci byloby tylko poniesieniem wiekszych kosztow nie tylko materialnych. A na tzw "zemste" szkoda czasu i energii, ona trzyma nas w miejscu, przywiazanych do osoby ktora nas skrzywdzila (bo przeciez czujemy silne emocje).
Jesli moge starac sie o zadoscuczynienie za krzywdy - to tak robie, ale nie po trupach.
Ktos zakontrowal kiedys moje poglady - jesli chodzi o owo odciecie sie - ze nie robiac nic pokazujemy ze mozna nam wyjsc na glowe.
Skoro odcielam sie i nie mam juz zadnych kontaktow z ta osoba to jak moze mnie powtornie skrzywdzic? Szuka nowych ofiar a to mnie juz nie interesuje. Jestem odpowiedzialna wylacznie za wlasne zycie i wlasne dobro i za to, zeby innym krzywdy nie czynic.
Z eksiem mam kontakt znikomy choc mieszkamy 25 km od siebie - obawialam sie, ze bedzie mnie nagabywal ale nic z tych rzeczy. Mam jeszcze troche swoich przedmiotow w starym domu, raz na czas przywioze jakies resztki dla zwierzakow, odwiedze dawnych sasiadow. W takich ukladach jego toksycznosc na mnie nie dziala bo juz nie dotyczy mojego zycia.
Nauczylam sie wspanialej rzeczy - mianowicie tego, ze szczescie, radosc, dobre samopoczucie zalezy wylacznie od nas samych - a nie kogos z zewnatrz, czyli np partnera. Wczoraj spedzilam przecudowny wieczor sama, poszlam sobie na miasto, polazilam po pubach (i znalazlam taki fajny, z atmosfera), zjadlam pyszny kebab (w przeciwienstwie do tego z kebabiarni na naszej ulicy, brrrr!), pospacerowalam...
Odkrylam ze przez wiele lat to ja nadawalam znaczenie rzeczom, chwilom, ludziom - w rzeczywistosci zas sama te atmosfere tworzylam. Pierwszy raz olsnilo mnie jeszcze w latach 90-tych, kiedy pracowalam w Dublinie. Mialam kilka dni wolnych wiec wybralam sie na wycieczke do Irlandii Polnocnej - sama. I zwiedzajac rozne miejsca wyobrazalam sobie kogos bliskiego z kim dziele te wszystkie wrazenia. I nagle pomyslalam - czy obecnosc kogos cokolwiek by zmienila? Czy ta osoba patrzylaby tak samo na otaczajacy swiat? Czy mialaby takie same wrazenia? A jesli wcale by sie jej nie podobalo tak jak mnie?
Myslenie typowe dla osoby uzaleznionej od kochania i bycia kochanym (tzn zludzenia tegoz) - a te krotkie przeblyski zdrowej swiadomosci wtedy mnie przerazaly. Pozbycie sie zludzen to jak operacja bez znieczulenia - i tego sie wiekszosc z nas boi. Bolu i potwornego wrecz rozczarowania. Ale to mija i zostaje trzezwosc osadu, prawda - ktora jest warta wszystkiego.
Czuje sie wolna od samo-oszukiwania sie. Od myslenia zyczeniowego. Od widzenia tego, co chce widziec - a nie tego, co jest naprawde.
Mam takze pelna swiadomosc, ze moge do konca zycia zostac sama, bez partnera - i to jest OK. Na pewno lepsze, niz bycie z kims nieodpowiednim, kto zatruwa nasze zycie.
Jak mi ktos zlosliwy palnie: a kto by cie zechcial? - to mu sie moge w nos rozesmiac: a komu na tym zalezy zeby mnie chcial czy nie? Juz nie postrzegam swojej wartosci w tych kategoriach (a przez wiele lat tak bylo).
Moge byc "wdzieczna" mojemu ostatniemu, bardzo toksycznemu zwiazkowi bo wlasnie on popchnal mnie do pracy nad soba. I dzieki owej pracy jestem tutaj, jestem jaka jestem i ciesze sie z tego. Nic w zyciu nie dzieje sie bez powodu a, jak ktos kiedys powiedzial - ludzie, ktorych spotykamy na swojej drodze maja nas czegos nauczyc o nas samych, cos nam przekazac. Pod warunkiem, ze umiemy patrzec i sluchac - i wyciagac wnioski.
A za korepetycje u najlepszych placi sie slono...