Piszę dalej...może trochę od d... strony.... zamieszkaliśmy razem rok przed ślubem, oboje pracowaliśmy, ja w pracy, mój jeszcze nie mąż posprzatał, coś ugotował, kiedy on w pracy ja to robilam...myślalam, fajnie, partnerski związek, wspólne wyjścia, długie rozmowy o wszystkim i o niczym, sex całkiem, całkiem. Pół roku po ślubie zamieniliśmy mieszkanie na większe, kolejne pół roku remontu i wprowadzamy się, po miesiącu okazalo się, że jestem w ciąży...cieszymy się oboje, ja w tym czasie nie pracuję... po urodzeniu młodego ja zajmuję się domem i dzieckiem oraz z mężem mamy pracę dodatkową w domu... pierwszy sygnał gdy wracamy z młodym ze szpitala( w tym czasie remont przedpokoju, mąż był u nas w szpitalu dwa razy po 15 min, bo niby chce skończyć i posprzątać przed naszym powrotem do domu), pelno kurzu, nic nie wyniesione, lodówka pusta itp. Więc ja zakasałam rękawy i do roboty, tak już zostało z dzieckiem w nosidelku gotowałam obiad, gdy zasnął na 15 min prasowanie, po nocach między jednym a drugim karmieniem ścierałam kurze i wycierałam podłogi. Wiem, mój błąd, teraz po prostu położyłabym się spać. Syn był płaczliwym dzieckiem, długo miał kolki, czasami ciężko było nawet wyjść z domu po zakupy, ale to był jedyny moment kiedy mogę powiedzieć, że byłam szczęśliwa, cieszyłam się z macierzyństwa. Gdy syn skończył dwa latka poszłam do pracy na zmiany( wtedy mogla mi pomóc mama), po kilku miesiącach stwierdziłam, że muszę zrobić coś dla siebie, zapisałam się do szkoły policealnej. Pomimo tego, że pracowałam i uczyłam się mąż w niczym mi nie pomagał, oczywiście nakarmił dziecko i to tyle. Praktycznie od tego czasu trwa konflikt mniejszy lub większy, ale zawzięłam się i skończyłam szkołę( w między czasie syn poszedł do przedszkola, bardzo często chorował, musiałam w tym czasie w inny sposób zorganizować opiekę, u lekarzy dwa razy w tygodniu, dalej wszystko na mojej glowie). Szkoła męża, do której poszedł po namowach kolegów, poszedł, aby być na liście obecności, ja przepisywalam mu zeszyty, pisałam prace, odrabiałam zadania oczywiście kiedy szanowny małżonej już spał. Po pierwszym semestrze zrezygnował, miał za dużo nieobecności... hmmm to mnie zastanowiło, ponieważ zawsze wychodził, jak się później okazało owszem wychodził, ale do knajpy, na bilard, zaczęły się jakieś dziwne sms-y, spotkania z koleżanką ze szkoły. Wtedy podjęłam pierwszą rozmowę, że oczekuję pomocy, że nie jestem robotem, czułam, że szacunek odpłynął gdzieś daleko i ile kiedykolwiek był, że potrzebuję wsparcia, problemy finansowe też były, ale zawsze tak kombinowałam, aby niczego nie brakowało(mąż do dzisiaj nie bardzo wie kiedy, ile i co się płaci). Po skończeniu szkoły poliecalnej postanowiłam iść za ciosem i zapisać się na studia zaoczne, a dwa miesiące później otworzyłam działalnośc gospodarczą( mały sklepik, ale własny). Co za tym szło więcej pracy i nauki, w domu kłótnie na porządku dziennym, było mi ciężko, ale jakoś sobie radziłam, młody w przedszkolu, ja w pracy, popołudnia razem, weekendy w szkole, nauka znów w nocy, praktycznie nie mam rodziny, więc też nie mogłam liczyć na to, że, jak tatuś siedzi całą sobotę przed TV to zabiorą mlodego na spacer, teściowie się nie kwapili( mieszkają 10 min spacerkiem od nas, moja mama opiekowała się moją babcią). Cztery sesje zaliczone, byłam wykończona, w domu ciągle ciche dni, wyjścia z kolegami, pretensje, chcialam rzucić szkołę, działalnośc też zaczęła podupadać, mąż zamiast cokolwiek zrobić, powiedził mi, że jezeli nie wyrabiam, to z czegoś muszę zrezygnować( praca, dziecko, dom, szkoła) i wtedy olśniło mnie, że będąc z nim do końca życia będę wokół niego skakać, nie dostając nic wzamian. Po wyczerpującej rozmowie jdnej, drugiej, trzeciej, która nic nie wniosła złożyłam pozew rozwodowy( było to lat temu trzy)...... kończę na dzisiaj resztę dopiszę jutro.... sorki, że tak długasnie, ale chciałam przedstawić sytuację mniej więcej troszkę do tyłu( sedno sprawy dopiero będzie :-))