Explicite napisał/a:hm...wydaje mi się że Ty chcesz dowodu od swojej mamy aby sie przyznała do tego a wiesz jakie jest to ciężkie dla takich osób ktore nie dały swoim dzieciom podstaw??? Wiem,że moja mam gdzies tam głeboko czuje sie winna...mam poczucie winy...
Wczoraj jak sie połozyłam spać to pomyslalam że chciałabym Cię zabrać na spacer idąc obok abys nie czuła sie tak zle...isć tak po prostu nawet rozmawiając milcząć,tak dla towarzystwa od czasu do czasu uśmiechając sie do siebie...
Nie musisz z nia spędzać świąt,.Nikt nie moze Cie do tego zmusić.To Twoja decyzja.Po co masz być z nia skoro tak zle na Ciebie działą.
Ja przyjezdzam do mamy jak ja chce i czuje sie na siłach...on wciaz mi powtarza ze nie przyjezdzam do niej ale ja to przemilczam a ostantio powiedziałąm kiedy ty mnie odwiedziłąs.Zmieniałam tyle miejsc zamieszkania i od 19 roku zycia mieszkam po za domem.
Ostatnio napisałam jej smsa ze chciałabym aby mnie odwiedziła-odpowiedzi nie mam do tej pory.
Ostatnio jak mi było bardzo zle to płakałam i mówiłam do siebie-MAMO JAK JA BARDZO CHCE SIE DO CIEBIE PRZYTULIC,WYPŁAKAC!!!
I mam taki plan,przyjechac i sie wypłakac...wiem ze mnie przytuli ale nic po za tym nie dostane-tylko przytulenie...
Nie potrafimy ze sobą rozmawiac.Ona jest bardzo smutnym człowiekiem.Ma depresję głeboką.Ja jakos ja pocieszałam i namawiałąm na wizyte u lekarza ale ja wiecej nie jestem dla niej zrobic.
Juz potrafię powiedziec ze ją kocham nie oczekując niczego w zamian.
Kochana masz w sobie złość do niej i to normalne ze tak ją nadal odbierasz wysyłając do niej te negatywne uczucia.
Przerób to ze specjalistą.Wygadaj sie z tego!!! Abyś sie oczysciła i zrozumiała.
Dasz radę,bo ja dałam radę.
Usmiecham się teraz do Ciebie 
Ja daję radę. Raz na jakiś czas. Znaczy drugi raz w życiu dopiero doszło do erupcji. Bo chciałam jej pomóc, i za to dostałam opiernicz. Ja nic od niej nie chcę, chce jej nie widzieć. I na razie mam spokój.
Czuję w Tobie przyjazną duszę, bardzo. Nie potrafię tego uzasadnić.
Nie wiem czy specjalista to jest dobry pomysł. Pamiętam jak dziś, matka wysłała mnie do poradni, aby pomogli mi zdecydować do jakiej szkoły iść (średniej). Ja bardzo chciałam iść na fryzjerstwo. Ale nie uzyskałam aprobaty, bo potem nie ma matury itd. Więc chciała chyba potwierdzenia tego co ona chciała, żebym robiła. Nie tego co ja chciałam. I wysłali mnie do technikum ekonomicznego. To dla mnie było straszne.
Rozmawiałam z panią psycholog w tamtej poradni kilka razy, z własnej woli. Ale nie wspominam tego dobrze. Pamiętam, że zanosiłam się łzami, było mi źle.
Parę lat później trafiłam do innego specjalisty. To był facet, całkiem fajny. Przekonywał mnie jak to jest dobrze, jak ja mogę. A ja nie mogłam, starałam się i nie mogłam. Wykrzyczałam mu wszystko, że to co opowiada do mnie nie trafia i nie potwierdza się w żaden sposób, miał wtedy dość. Dał do zrozumienia, żebym sobie poszła. Lubiłam go i jeszcze rozmawiałam z nim kilka razy. Ale wiem, że on nie jest mi potrzebny. Owszem, by jak coś n kształt przyjaciela, można było się wyżalić. To z nim dotarłam do kwestii odrzucenia mnie przez rodziców. Sama się nad tym nie zastanawiałam.
Moja matka jest mi obojętna. Tylko to ona swoim zachowaniem chce mnie zmusić, żebym wierzyła, że ona jest mi niezbędna. To nie ja mam z tym problem. Ona mnie złości. Chciałam jej pomóc, żeby kogoś znalazła, żeby coś w sobie zmieniła, a nie wciąż krytykowała wszystko i wszystkich dookoła. To ona jest samotna i kogoś potrzebuje, a tak jakby chciała wszystko obrócić w drugą stronę, teraz sobie to uświadomiłam. Tylko czy ona to robi świadomie? To nie moja sprawa. Ja ją trochę przepędziłam jak agresywnego psa. I taki jest sposób na nią. Po niej i tak szczere słowo spłynie i nic nie pozostanie, nic nie dotrze.