Kalinko, nawet nie masz pojęcia, jak ważny moment na Ciebie przyszedł. Czy zauważyłaś, że jeszcze jakiś czas temu bałaś się nawet oddychać, żeby GO nie przepłoszyć. Bałaś się, że każdy nieprawidłowy ruch może spowodować, że z "Twojej winy" odwróci się na pięcie i odejdzie. A tu taka zmiana - wreszcie urosło w Tobie COŚ, co przestało się bać, że jego nie będzie. Owszem zdajesz sobie sprawę z tego, że to będzie strasznie trudne ale skórka za wyprawkę już przestała Ci się kalkulować i podjęłaś świadomą samodzielną decyzję. Ja do pewnego momentu byłam tylko odbiornikiem jego zachowań - z paniką REAGOWAŁAM na jego poczynania. Aż w pewnym momencie jakiś podzespół we mnie powiedział - koniec, teraz to ja będę nadajnikiem, to ja samodzielnie pokieruję tym projektem. Nie będzi mi nikt dyktował warunków i to na tak poniżających zasadach.
Do pewnego momentu byłyśmy bezwolne w płaszczyźnie AKCJA-REAKCJA. Oni coś robili (akcja), my bardziej lub mniej histerycznie reagowałyśmy. Każdy jego grymas, każdy foch, każdy podniesiony ton - z naszej strony - panika, wzmożone starania, ciągłe myślenie "co robię nie tak". Aż nagle coś się w mózgownicy odkręca i akcja wychodzi od nas ... a najpiękniejszy (zapewniam Cię!) jest ten moment, kiedy jego REAKCJA na tę Twoją AKCJĘ już Cię w ogóle nie interesuje.
Jeszcze niedawno każdy jego telefon (nieodebrany), każdy sms, mail wywoływał u mnie serię reakcji - myślenie o nim, płacz, nawrót uczuć. Dziś taki stan trwa może kwadrans i wiem, że jak minie to będzie luz. I to jest właśnie WOLNOŚĆ. Potem zostaje już tylko smutek za stracone lata, zawiedzione nadzieje, trochę strachu o przyszłe relacje ze światem mężczyzn, ale tak sobie myślę, że to też minie podobnie jak to nawrotowe gówno w którym żyłam a które przynosiło tylko kolejne, co raz gorsze rozczarowania i upodlenie.
Ja dziś z pewnością mogę powtórzyć to, co kiedyś powiedziała koleżanka Niekochanej - sama sobie bym nie wybaczyła, że wybaczyłam jemu. Może są takie, które potrafią. Ja nie, więc nie ma co robić i sobie i jemu nadziei na to, że cokolwiek jest do poskładania.
Jedyna rada, jaką mam dla Ciebie natentychmiast
. Jeśli jesteś już w tym stadium, w jakim po sobie sądząc mogę przypuszczać, że jesteś - zmuś się i wyjdź do ludzi, w realu. ZMUŚ się - szukaj czegokolwiek. Na początku ludzie będą Cię drażnić, będą jakimś innym obcym światem, ale to jest jedyna droga, żeby nie popaść w zgorzknienie.
Tu na forum zawsze mamy najbliższy ciału "materiał". Nikt nas tak nie zrozumie, jak inne dziewczyny z tym samym problemem. Rodzina i znajomi z reala mogliby się wyrzygać, gdyby na okrągło słuchali tego, co mamy w naszych stanach do opowiedzenia. Tu zawsze siebie słuchamy, zawsze ktoś jest "na dyżurze" i nigdy nam sie to nie nudzi, BO ROZUMIEMY i WSPÓŁODCZUWAMY. Jednak świat realny jest nam potrzebny, żeby udowodnić sobie, że ciągle po tym koszmarze jesteśmy w stanie funkcjonować NORMALNIE poza obrębem problemu. Tu mamy swój tajemny świat
ale niestety (a może stety) w tym realnym też trzeba będzie z czasem zaistnieć.
Z innej beczki,
Dziewczyny strasznie Wam zazdroszczę tego obuwniczego fetyszyzmu. Ja bardzo chciałabym chodzić na wysokich szpilkach ale moje płaskostopie mi to uniemożliwia. Owszem, wbijam się w szpilki, ale mam taki dyskomfort po godzinie, że odbiera mi to całą przyjemność. Stopy tak mnie bolą, że gotowam na bosaka chodzić. Macie jakieś patenty na takie sprawy? Może są jakieś szczególne firmy, które produkują "ortopedyczne szpilki" dla takich wybrakowańców jak ja? Dam wszystko, za dobrą poradę w tej kwestii, bo, nie powiem moje nogi w szpilakach prezentują się apetycznie 