Witam drogie Panie.
Jestem na czymś takim jak 'forum' pierwszy raz. Mam nadzieję, że piszę we właściwej rubryce i nikt mnie stąd nie pogoni...
Zwracam się do Was może o pomoc, może o wsparcie, możliwe, że chcę coś usłyszeć, czego nie jestem w stanie sam wymyślić.
Otóż jestem 28-letnim facetem, co się okazuje zupełnie bezradnym małym chłopcem. Moja historia jest bolesna i już nie wiem gdzie szukać pomocy...
Poznałem Ją, gdy miałem 16 lat (ona również), trafiliśmy do jednej klasy. Piękna zielonooka brunetka. Fascynowała mnie jej mądrość, błysk w oku i pogląd na świat. Zauroczony do granic walczyłem o nią 2 lata- zwyciężyłem...
... (...) a teraz przegrywam.
Po kolei. Nasz związek trwa już 10 długich lat. Dojrzewałem przy niej, stawałem się mężczyzną. Nigdy nikomu tak nie ufałem, nikogo tak nie kochałem, nikt mnie tak nie fascynował. To ona była moim najlepszym przyjacielem- wyrozumiała na moje gafy, błędy, cierpliwa, ciepła, kochająca, z pasjami i wielką wyobraźnią- 'artystka'. Może to dziwne, ale moje uczucie nigdy nie zmalało.
Nasz związek był szczęśliwy, a my byliśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie, swoim świecie............
3 lata temu zaręczyliśmy się i chcieliśmy się pobrać, aczkolwiek nie doszło to do skutku, gdyż przeżyliśmy traumę, otóż straciliśmy dziecko, wyczekiwane, wymarzone. Nasz świat się rozsypał poraz drugi kiedy dowiedzieliśmy się, że jej organizm nie wytrzymał donoszenia ciąży poprzez chorobę. Okazało się, że moja ukochana ma raka. Zaawansowanego guza mózgu........ Depresja, rozpacz, psychiatra, lekarze, szpital, dom, depresja, psycholog, szpital, dom...
3 lata walczymy z jej chorobą, jej stan poki co jest stabilnu... Lekarze nie wiedzą ile to potrwa, miesiąc, rok, dwa...
Ile moja księżniczka jeszcze wytrzyma na tym ciężkim świecie... chemia, naświetlanie to ją niszczy fizycznie i psychicznie.
A ja? A ja kocham i cierpię bezgranicznie. Wiem, że ona to moja jedyna. Wiem, że nie poskładam sobie bez niej życia, chcę, aby została moją żoną! Nieważne ile, jak, kiedy i gdzie... Pragnę i wiem, że ona w głębi duszy też tego chce, ale mnie odtrąca. Nie chce abym przyjeżdżał do szpitala i widział ją wyniszczoną. Powtarza, że nie może zawiązać mi rąk swoją chorobą, że muszę funkcjonować, muszę żyć. Mówi, że nie czuje się kobietą, gdyż nie może dać mi wymarzonego dziecka, że nie ma siły iść ze mną na spacer, a nawet głośno się śmiać... Moje myśli są nieposkładane. Ona wypełnia mnie całego. Tak się boję, tak bardzo nie chcę jej stracić!!! Chcę być przy niej codziennie, a ona mnie odrzuca... Płaczę jak małe dziecko... tutaj do Was, chociaż nie znam i nie widzę... płaczę w środku nocy i błagam- pomóżcie !!!!!!!!!!!!