Witam,
przez ostatnich kilka dni tylko czytałem Wasze posty próbując zrozumieć to, cóż mi się przytrafiło przed 3 tygodniami. Byłem z najwspanialszą kobietą pod słońcem przez 3 lata, tyle samo zajęło mi jej zdobycie. Dla niej zostawiłem swoje życie i przeprowadziłem się z nią do nowego miasta, w którym zaczynała studia (jestem starszy 3,5 roku). Szybko znalazłem pracę, by móc się utrzymać, kilka razy w tygodniu wracałem do rodzinnego miasta gdzie studiowałem w trybie dziennym. Do dzisiaj o tym mówię, to ludzie robią wielkie oczy, dla mnie wydawało się to oczywiste. Kocham, więc warto zmienić wszystko, byle być obok siebie. Szybko minęły 2 lata, wciąż mieszkaliśmy razem, było nam bardzo dobrze, w międzyczasie skończyłem studia, kupiłem nam auto by było łatwiej wracać do miasta rodzinnego, wyskoczyć na weekend, wakacje itp. Po skończeniu studiów musiałem wrócić do miasta rodzinnego, albowiem tam znalazłem pracę, dziewczyna wróciła razem ze mną, ale tylko na wakacje, później miała wrócić na uczelnie na 4 miesiące by na kolejne 5 wyjechać na erasmusa. Wakacje wspólnie przeszliśmy jak burza, aż nastał październik i trudnych 9 następnych miesięcy bez siebie na codzień. Oczywiście widywaliśmy się w weekendy, 5 dni samotności, 2 dni razem. Zawsze mieliśmy co robić, o czym pogadać. Byliśmy dla siebie wsparciem, nie było przed nami tajemnic. Mimo, iż miała wyjechać na 5 miesięcy szukałem pracy w mieście w którym studiowała, nie mogłem znieść takiego wyniszczającego życia gdzie przez 5 dni czekało żeby tylko się zobaczyć. W ciągu 3 lat mojej ukochanej przytrafiły się 2 poważne choroby, były szpitale, trudne momenty, godziny płaczu. Zawsze z nią byłem, robiłem wszystko byle tylko była szczęśliwa, po prostu dbałem o nią tak jak każdy facet powinien dbać o kobietę. Była moją motywacją do działania, dla niej się zmieniałem, o 180 stopni zredefiniowałem swoje poglądy na temat małżeństwa i dzieci, choć nigdy jej o tym nie powiedziałem. Z każdym dniem coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to ta jedyna. 3 lata na nią czekałem, od momentu poznania, była pierwszą, miała być ostatnią.
Aż tu przyszedł przełom roku, w święta było tak jak do tej pory, spędziliśmy je u jej rodziny, z którą miałem coraz to lepsze stosunki. Zaraz po świętach miałem 25 urodziny. Ćwierćwiecze - okres podsumowań i rachunku dotychczasowej działalności. Przytrafiło się kilka gorszych dni, ale dzięki niej szybko o tym zapomniałem. W kilka dni po nowym roku nagle oznajmiła mi, że to koniec, że coś w niej pękło i nie czuje tego co dawniej, że już od listopada nad tym myślała. Godziny rozmów, jeżdżenia do niej. Daliśmy sobie tydzień spokoju by mogła wszystko przemyśleć. Niestety zdania nie zmieniła. Poddała się, nie walczyła, od listopada czekała aż wszystko w niej umrze. Mówiła, że chciałaby być teraz sama, zwłaszcza że wyjeżdża na erasmusa, co było argumentem przeciw - przez 5 miesięcy na pewno byśmy się od siebie oddalili, byli dla siebie obcy. Kilka dni później, po przeczytaniu kilku tematów na tym forum i pokojarzeniu faktów, doszedłem do wniosku że musi kogoś mieć. Wsiadłem w auto, kupiłem 21 róż i pojechałem do niej. Przypuszczenia okazały się prawdziwe, świat mi się zawalił. Zostawiła mnie dla znajomego ze studiów, 3 miesiące oddalenia o 80 km wystarczyły by zniszczyć 3 letni związek i pakować się w nowy, mający trwać 4 tygodnie, po których wyjedzie na prawie pół roku. Nie potrafię tego pojąć, nie wiem jak długo mnie oszukiwała, kiedy kłamała. Pomimo okropnego bólu i poczucia bezsilności potrafiłem jej wybaczyć, nie chce wrócić, mówi że nie ma to sensu, że nic już nie czuje. Tylko dlaczego 2 miesiące mówiła, że kocha, aż tak udawać miłości się nie da. W ciągu 3 ostatnich tygodni, ze szczęśliwego faceta z planami na przyszłość, na własną firmę, na oświadczyny, stoczyłem się na samo dno. Rzuciłem pracę, nie mogąc w niej wytrzymać choćby chwili bez myślenia o niej, nie potrafię się na niczym skoncentrować, całe dnie spędzam w łóżku. Nie mam znajomych, bo tych straciłem wyjeżdzając na 2 lata do innego miasta. Zostałem sam, czuję się jakby ona umarła, była i nagle jej nie ma. Nie ogarniam tej pustki. Ostatnio dowiedziałem się od jej znajomej, że jest teraz szczęśliwa. Cieszy mnie to, wszak ją kocham i chciałbym by zawsze była szczęśliwa, jednak jednocześnie to boli, bo oznacza że musiała odejść by to szczęście odnaleźć. 2 tygodnie walczyłem, a ona dawała mi cień szansy, byłem gotowy kolejny raz porzucić dotychczasowe życie i jechać za nią do hiszpanii. Napisałem jej pożegnalnego maila, dziękując za wszystko co było. Wiem, że muszę się usunąć w cień, nie odzywać się, nie dla siebie, a dla niej. Każda godzina jest walką z samym sobą, tak strasznie chciałbym zadzwonić, usłyszeć jej głos, ale wiem ze nie mogę...