Jestem swiezo upieczona zona i wlasnie wczoraj dosc ostro poklocilam sie z moim swiezo upieczonym mezem. Poszlo o finanse, rownowage w dawaniu i braniu i transparentnosc.
Jestesmy z mezem w podobnym wieku i na chwile obecna o podobnym stanu posiadania - kazde z nas ma swoje mieszkanie, w tym ze on bez kredytu a ja z kredytem. Zarabiamy roznie. Maz 2 razy mniej niz ja, ale gdzies to tam sie wyrownuje, przez moj kredyt i samochod ktory, szczegolnie ostatnimi czasami, staje sie towarem luksusowym. Slowem, zeby nakreslic sytuacje - zarabiam wiecej, ale mam tez wiecej kosztow ktore ponosze sama - samochod i kredyt. Mieszkamy u mnie, a maz nie zdecydowal sie jeszcze wynajac nikomu swojego mieszkania. Generalnie, jest nam ciasno i zaczelismy sie rozgladac za kupnem wiekszego mieszkania i srzedaza jednego z nich - mojego. Dlaczego mojego - szybciej sie sprzeda i ja nie mam do niego zadnego stosunku sentymentalnego, jak moj maz ktory swoje mieszkanie wypiescil i dopiescil i najchetniej to by nikogo tam nie wpuscil... A o co konflikt - wczoraj wyplynal temat nowego kredytu, wkladu wlasnego i ile moge za swoje mieszkanie dostac itd itp i nagle okazalo sie ze maz ma zaoszczedzone spore pieniadze.. spore, zadne tam - na przezycie 3 miesiecy... kawalereczke mozna kupic za to w mniejszym miescie... A problem jest ze przez ten caly czas trwania zwiazku, narzeczenstwa i wspolnego mieszkania, nigdy nie zaproponowal dolozenia sie do czynszu, albo pradu, albo chociazby raz na dwa miesiace zatankowania mojego samochodu, ktorym na wspolne zakupy jezdzimy, ani oplacenia za parking etc etc. Ja caly czas zylam w tym przeswiadczeniu ze on ma mniej, ze on w ogole nie ma oszczednosci, i dlatego nie wymagalam od niego dzielenia czynszu, wody i pradu. Dzielilsimy koszty jedzenia i chemii i na pol jakichs wiekszych zakupow elektroniki, ale zakladajac ze i on ma czynsz w swoim mieszkaniu w ktorym nie mieszka, nie wymagalam od niego finansowego wkladu. W sumie, ten temat nigdy nie zostal podniesiony... Czulam sie zobowiazana, jako osoba lepiej zarabiajaca pokrywac "swoje" koszty sama i nie prosic o kase. W tzw miedzyczasie u meza w mieszkaniu trzeba bylo wymienic rury i to wiazalo sie ze duzymi kosztami - bral wiec nadgodziny i pracowal po nocach, zaniedbujac zycie domowe. Ani go w domu nie bylo dla mnie do rozmowy, ani do pomocy. Wiekszosc obowiazkow domowych zostala przerzucone na mnie - to ja ogarnialam pranie, sprzatanie, wyrzucanie smieci, gotowanie i musialam pamietac zeby jedzenie w lodowce bylo dla obu. Czulam i czuje sie przeciazona. Nigdy nie klocilismy sie o pieniadze, glownym problemem bylo jego zbyt male uczestnictwo w pracach domowych. Tlumaczylam sobie to jak zawsze - on mniej zarabia, musi ekstra pracowac.. a tu sie okazuje, ze u niego pieniadze sa na koncie, i ze ladna sumke sobie uzbieral, i jej nie rusza, moim kosztem. Woli zostawiac mnie sama z obowiazkami domowymi i pozwalac mi wiecej finansowo wkladac w ten zwiazek aby zapewnic sobie poczucie bezpieczenstwa. Sobie.
Nawet nie moge mu zarzucic ze mnie oszukal. Bo nie oszukal. Po prostu zatail prawde. A ja nie znajac prawdy, dokladalam sie swoim kosztem jednoczesnie nie odkladajc tych sum na swoje prywatne konto.
Poklocilismy sie strasznie i nie wiem co mam o tym myslec. Czuje sie wykorzystana. Czuje powtorke z rozrywki - bo ten schemat powtarzal sie wczesniej- ja zawsze bylam ta dobra ciocia ktorej zal bylo biednych mezczyzn z problemami finansowymi i ktorym z tej racji pomagala. Moj maz jest ogarniety finansowo, teraz widze ze bardziej niz przypuszczalam, ale mimo to mam poczucie ze zronbil to samo co poprzedni partnerzy, wykorzystal moja szczodrosc, gest i naiwnosc. Czy przesadzam? Jak sie na to zapatruja ludzie z zewnatrz? Oczywiscie poznajecie tylko maja wersje, ale staralam sie jak najbardziej rzetelnie opisac sytuacje. Czy mam racje i prawo czuc sie wykorzystana?