Twoja dusza dociekliwego naukowca w połączeniu z moją duszą analityka...
Ludźmi kierują wielce różne motywacje, co gorsza zarówno uświadomione jak i nieświadome oraz niekiedy pozakłamywane i to nieintencjonalnie. A koncepcja iż istnieją jakiekolwiek regulaminy obowiązujące w typowym związku to była aktualna lata temu, jak jeszcze funkcjonował społecznie uzgodniony zasadniczo jeden model małżeństwa bardziej niż związku, bo te były w radykalnej mniejszości. Teraz to jest przeraźliwie zindywidualizowane, takie mam wrażenie.
Motywacja "robię coś, żeby on się poczuł męsko" do mnie kompletnie nie przemawia. W drugą stronę też nie. Jestem 100% kobietą, czuję się nią w 100% i wzmocnień z zewnątrz nie potrzebuję. No ale ja to ja, nie jestem też podatna na romantyczne kolacje, nie lubię dostawać kwiatów i mam wywalone na wszelkie rocznice. Zapewne stanowię statystyczną mniejszość. Na tyle obecnie znam siebie, że jestem w stanie ten punkt instrukcji obsługi mojej osoby wyartykułować wprost, ale to dopiero od jakiegoś czasu to o sobie wiem na pewno. Ileś lat kombinowałam, że może mi to potrzebne tylko mam jakieś blokady. Przeszłam na pozycję "mój model tak ma" i ulżyło, krzywdy tym nikomu nie robię. Jeśli mnie ktoś uważa za dziwadło no to trudno się mówi. Dla 999 jestem może i dziwadłem, a ten tysięczny w zachwyt wpada, bo mu akurat to we mnie pasuje. Jako żem monogamiczna jeden mi całkowicie wystarcza.
Owszem, brak zapału czy pasji nie oznacza z automatu nie wykonywania, tak fajnie to nie ma. Ale minimalizacja nielubianego nieźle się sprawdza, humor ma się ogólnie lepszy. Dla mnie lubię/nie lubię ma ogromne znaczenie, bo robienie czegoś, czego nie lubię źle wpływa na psychikę i tyle. Na ile mogę nie traktuję samej siebie przemocowo.
Zdarza się, ze dwoje dorosłych ludzi wchodzi w związek mając mniej więcej jednakową jego wizję. Wcale nierzadko. Jaka by ta wizja nie była jeśli jest zgodna to wygodnie. A jeśli nie jest to albo trzeba spróbować ustalić wspólną albo nie wchodzić w związek, śmiem twierdzić, że na to jest czas gdy już jest relacja bliższa, ale jeszcze nie związek na full. Bo przy całkiem sprzecznych wizjach szanse na sukces związku znikome.
Wiesz, jak jedna strona się dostosowuje a druga oczekuje dostosowania to sensu nie ma. Brak równowagi i głupiego robota.
bagienni_k napisał/a: Utarło się tak, że Panie są bardziej emocjonalne i wymagające pod tym względem, więc pewnie Panowie stoją przed wyborem: albo się nieco zmienię albo koniec związku. Pytanie brzmi: dlaczego, w tej opcji domyślnej, to ten mniej wymagający ma się dostosować do tego bardziej zaangażowanego? Przecież zmiana nawyku może się okazać równie trudna, zarówno w jednym, jak i drugim wypadku? - moje przemyślenia 
Statystyczne panie są. Konkretne jak wiadomo są różne.
Pytanie o opcję domyślną - może dlatego, że panie statystycznie bardziej są emocjonalne, statystycznie się emocjami zajmują zauważalnie częściej niż panowie i w efekcie popularyzując psychologię popularyzują ją "pod siebie"? Żeby wszyscy te uczucia okazywali, emocje drążyli jako wzorzec obowiązkowy.
bagienni_k napisał/a: Języki miłości bywają rozmaite, co pięknie pokazał niedawny wątek Autorki, w którym narzekała, że partner nie okazuje jej zaangażowania słowami, lecz "tylko" czynami. Niezależnie czy jest prawdziwy czy też nie, sytuacja akurat ciekawa i możliwa do napotkania w realnym życiu: ciężko się licytować, co jest ważniejsze(choć dla mnie zdecydowanie ważniejsze są czyny), więc gdzieś pośrodku trzeba się niejako spotkać.
Nie ukrywam, że sam mam większy kłopot właśnie z otrzymywaniem niż z dawaniem. Zaobserwowałem to kilka razy dość wyraźnie: dużo prościej jest mi coś dla kogoś zrobić, niż samemu zostać biorcą. Mam pewne podejrzenia skąd się to bierze, ale nie zniknie to ze mnie ot tak, na skutek nawiązania relacji z inną osobą. Ona musi częściowo też zaakceptować na początku moje przyzwyczajenia, zamiast wymagać od razu dostosowania się do idealnego wzorca. Jeśli chce w sobie coś zmienić, to pewnych spraw nie załatwię od razu.
No, chyba, że jedna strona ma prawa a druga obowiązki...
Wątek pamiętam, prawdziwy czy nie fajnie pokazał coś na kształt polaryzacji, acz przyznaj - panie tutejsze raczej szły w kierunku, żeby nie szukała dziury w całym
W kwestii czynów i słów to jasne mam zdanie - gadać to łatwo, wystarczy się nauczyć. Toż oszuści ( w tym matrymonialni), manipulatorzy i naciągacze wszelkich odmian na gadaniu się opierają.
Sporo ludzi lepiej się czuje dając, jak przychodzi do brania mają problem i nie lubią. Temat na osobną rozmowę, jak podrążyć to ciekawe jest, bo się okazuje, że w grę wchodzą wcale nie tylko potencjalne deficyty z dzieciństwa ale też sporo innych rzeczy, także zupełnie z dzieciństwem konkretnej osoby. No i dawać też trzeba umieć czyli fakt, że ktoś daje (w tym troskę, opiekę itpd) nie oznacza sukcesu przedsięwzięcia. Dawanie niechcianego to wmuszanie raczej i to z oczekiwaniem wdzięczności.
Filmiki o panach umierających przy 37,1 i katarze są prawdziwe albo nie, jak to filmiki. W naturze tacy panowie występują jak najbardziej, wypisz wymaluj mój ojciec. On naprawdę "umierał", bo bardzo rzadko chorował i przy byle czym był naprawdę i uczciwie przerażony, jeśli już go dopadło.