StaloSie2k24 napisał/a:Mam do was pytanie, jak myślicie co stoi za przyczyną spadku dzietności w Polsce? W 2024r był rekordowo najniższy, program, 500, 800+ okazał sie klapą, gdzie leży przyczyna tego, że dziś Polacy nie zawierają już tak bardzo związków małżeńskich i nie decydują sie na dzieci?
IMHO kilka przyczyn różnego rodzaju, natomiast w zasadzie wszystkie mają jeden, wspólny mianownik: wszystkie postaci tej "tragedii" skupiają na "ja", "mój portfel", "mój komfort" "tu i teraz".
Najlepiej chyba pomoże (na przykładach) porównanie z czasami, w których ta dzietność była wyższa.
Na wstępie skupmy się na typowych obiekcjach:
- dziecko to olbrzymi wydatek (w tym wszystkie ekonomiczne wydatki i "straty" związane z posiadaniem dziecka, w tym przez kwestie czasu i siły na rozwój zawodowy)
- mocne uszczuplenie komfortu/wygody życia (nieprzespane noce, ząbkowanie, chorowanie w wieku przedszkolnym, ograniczanie możliwości urlopowych itd.);
- problemy związane z pracą (strach przed pójściem na macierzyński w obawie że nie będzie gdzie wracać; strach przed wzięciem L4 na dziecko; strach przez wyłomem w przyszłej emeryturze jaki wywołają lata "stracone na dziecko");
nie mam kasy by zapewnić dziecku wszystkiego czego potrzebuje
A teraz popatrzmy jak jak komuna i dzisiejszy świat odnosiły się do tych potrzeb i lęków:
jeśli pozwolą sobie na dzieci
1. Ekonomia: było gówno, ale równo. Dziś ekonomiści straszą kobiety głodową emeryturą; wtedy kobiety nie patrzyły w ten sposób, po prostu przyjmowały do wiadomości że to poświęcenie trzeba ponieść. Tak samo poświęcenie dotyczące urlopu, wyrzeczeń ekonomicznych na dziecko: rodziny nie rozbijały gówna na atomy, tylko przyjmowały te poświęcenia jako coś koniecznego. Dziś się buntują i taki efekt. Postępujące wygodnictwo i niechęć do wyrzeczeń ekonomicznych (i nie tylko) dotyczy obojga płci, aczkolwiek nie da się zauważyć że znacznie większy wzrost takiego nastawienia na przestrzeni ostatnich 35-40 lat widać u kobiet.
2. Praca: w świecie januszy biznesu myślących tylko o "tu i teraz" (bo taki głąb nie myśli, że jak jego pracownica nie urodzi dziecka, to będzie mniej rąk do pracy także na JEGO emeryturę) kobiety boją się o utratę pracy, o to że nie będzie z kim zostawić dziecka (bo niańki zaczęły sobie liczyć jak Żyd za matkę, a dziadkowie też podchodzą coraz bardziej egoistycznie do partycypacji w wychowaniu - w końcu SWOICH - wnuków; za komuny było to oczywiste, że dziadkowie w tej kwestii w jakimś stopniu pomagają; z drugiej strony wśród rodziców dziecka/dzieci była większa świadomość że są zależni od pomocy rodziców/ teściów i w pewnych kwestiach też bardziej potrafili się ugryźć w język i chowali urazy do kieszeni (mając świadomość, że pełna niezależność wygłaszania opinii na temat innych to kosztowny luksus). Przed 1990 przynajmniej kobieta nie bała się pójść na macierzyński, bo wiedziała że będzie miała gdzie wrócić.
3. Pomoc państwa: to, że dziecko trafi do żłobka i przedszkola, było oczywiste i nie było pitolenia że dziecko powinno być z matką; było tylko wtedy, jeśli kobieta przyjmowała do wiadomości, że musi "wziąć na klatę" chudszy okres, a jeśli nie było możliwości spięcia budżetu, to nie było żadnego rozważania tej kwestii i nikt z tego powodu nie pomstował że "facet jest nieudacznikiem": taka była rzeczywistość, wszyscy bardziej twardo stąpali po ziemi i łatwiej się przyjmowało do wiadomości to, co trzeba było przyjąć. A i opiekunki (jak już trzeba było z nich skorzystać) były bardziej przystępne cenowo. Dziś ciężko o pomoc i dofinansowanie żłobków, przedszkoli i opiekunek (jest to IMHO niezbędne i NA TO powinno być przeznaczone całe 800+: na to, by przeprowadzić rodziców przez ten najbardziej absorbujący okres i czyniący największy wyłom w ich życiu zawodowym, a potem - gdy dziecko jest w wieku wczesnoszkolnym, do momentu aż jest w stanie samo z kluczem wrócić ze szkoły i podgrzać sobie przygotowany wcześniej obiad oraz poczekać do przyjścia rodziców do domu - umożliwić rodzicom dogodną formę pracy w trybie mieszanym). Brak wysiłków w tym kierunku, wszystkie działania mają charakter populistyczny, nacechowany strachem o utratę głosów tępego i roszczeniowego suwerena.
I w czasach demokracji sondażowej NIKT się nie odważy wprowadzić koniecznych zmian, bo patologia niestety też ma czynne prawo wyborcze, a populiści ochoczo takie próby wykorzystają dla udupienia konkurenta.
Nie będzie lepiej, bo NIKT nie będzie chciał poświęcić swojej kariery politycznej dla wprowadzenia tego co potrzeba; a przy tępym suwerenie wprowadzenie tych działań w życie oznacza polityczne samobójstwo. Ta łódź płynie w kierunku wodospadu i nikt nie powstrzyma jej swoim kosztem.