Przełożony jest wściekły bo będzie musiał wreszcie wziąć się do roboty.
Nie ma ludzi niezastąpionych, ale mało prawdopodobne, że przez ten okres wypowiedzenia znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie ogarniać wszystko tak jak mój mąż do tej pory.
Przełożony wie co należy robić, jest dobrym fachowcem, ale ostatnio mocno się rozleniwił i uzależnił od telefonu, gier.
Aby jakoś to działało i aby nie narażać się swoim przełożonym/dyrekcji/ musi zmienić swoje nastawienie do pracy.
Mąż nie będzie szedł na L 4, ani na bezpłatny.
Dopracuje ile musi minus należny urlop, będzie robił co do niego należy, szkolił kogo mu każą, uczciwie wszystko.
Czas, który mu pozostał jest niczym w porównaniu do tego ile tam był.
Gdyby doszło do rozwodu to na pewno byłoby mi żal, że to się skończyło. Trudno mi nawet sobie wyobrazić jak bym się zachowała.
Jednak mam ten spokój, że nie zostanę z niczym.
Sporo było tu wątków, w których autorki opisywały, że mimo okropnego małżeństwa nie zdecydują się na rozwód bo nie mają zabezpieczenia materialnego.