Jednak może być i tak, że wcześniejsze zawody miłosne tak bardzo Cię zraniły, że na samą myśl o kolejnym rozczarowaniu i odrzuceniu aż trzesiesz się ze strachu.
Myślę, że ten paniczny strach nie przejdzie Ci nigdy. Masz po prostu taka a nie inną wrażliwość.
Też bardziej idę w tym kierunku, zwłaszcza, że ja naprawdę jestem postrzegana jako otwarta, towarzyska i uśmiechnięta osoba i sama siebie również za taką mam. Jasne, czasem ponarzekam, raz mniej raz więcej, ale lubię towarzystwo ludzi, zwłaszcza tych bliskich i tych których darzę szczególną sympatią. Nie stronię od nawiązywania nowych relacji, choćby czysto koleżeńskich, ale też nie takich "na siłę aby miec więcej znajomych na fejsie".
Uważam, że kiedyś byłam naiwna. W zbyt wiele rzeczy wierzyłam, zbyt wiele razy dałam się zmanipulować, zbyt wiele razy dałam się poniżyć, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. To widzę dopiero po latach. I może dlatego obecnie jestem aż do skrajności nieufna? Do tego stopnia, że wszystkie komplementy od mojego faceta traktuję jako manipulowanie poprzez "szydzenie ze mnie" w pozornie miły sposób (myślę że wiecie o co chodzi - "powiem jej coś miłego, niech głupia łyknie i się cieszy, a ja się pośmieję z jej naiwności") albo po prostu puste słowa, żeby coś zyskać (czyt. seks, zabicie czasu lub po prostu satysfakcję, ze ma się dziewczynę - bo może koledzy nie mają a on ma!).
Nikt nigdy nie nastawiał mnie przeciw mężczyznom, mój tato jest dla mnie wzorem i mama zawsze powtarzała, że życzy mi z całego serca takiego męża jakim dla niej jest mój tato. Wiadomo, tak się nie da. Zresztą ja nie wymagam nie wiadomo czego...Nie szukam księcia z bajki w białym mercedesie, śpiącego na kupie hajsu o twarzy i ciele CR7. No nie, żadnej z wymienionych rzeczy mój obecny facet nie ma i nie chcę zeby miał. Jedyne czego bym chciała, to wiedzieć, że naprawdę mnie kocha i jest wobec mnie szczery. Że nie robi mi tylko złudnych nadziei, a naprawdę chce się ze mna związać. Że jak w końcu mu zaufam i wyznam co czuję, nie zacznie po kryjomu szukać nowej, żeby potem kopnąć mnie w cztery litery, żebym rozpaczała, że dałam się nabrać jak głupia nastolatka i znów układać sobie wszystko we łbie od nowa...
Czasem bardzo załuję, że nie jestem taką cold bitch bez uczuć, która się w nic nie angażuje i zależy jej tylko na sobie...ale niestety, nie umiem tak. Cokolwiek się
zadzieje między nami złego, ja cierpię i obawiam się, co będzie dalej. I mimo wszystko tęsknie...i chyba bardziej niż on za mną. I tak samo nie chcę z nim zerwać bo wiem, że to być może ja jestem w błędzie i trzymam się po prostu tej nadziei, że jeszcze się ułoży, że zaufam, że będzie dobrze, że naprawdę ma dobre intencje...
W piątek ma przyjechać do mnie na weekend i poznac moją rodzinę. Liczę, że może mama spojrzy na to z boku swoim doświadczonym okiem i co nieco mi powie jak to wygląda z jej perspektywy.