Snake moje zgadzanie się z Tobą ogranicza się chyba tylko do wątku Hrefiego
zarzucasz innym, że współcześnie wywyzszaja rolę macierzyństwa o robią wielkie halo a sam demonizujesz współczesne matki. Chyba nie tedy droga jak chciałbyś wrócić do podejście macierzyństwo zwykła rzecz jak oddychanie czy bycie kasjerka w sklepie.
Poza tym opisujesz sytuację Twojej matki jakby to była jakaś norma. Jakoś moja mama z bratem byli wychowywani przez swoich mamę i tatę na spółkę z babcią bo oboje rodziców tyrali dziennie wiele godzin w pracy i nie zawsze mieli czas na wszystkie obowiązku rodzicielskie. Tak samo po moja mamę do szpitala rodzina przyjechała, ba przez parę tygodni pierwszych tygodni mieszkała z nią siostra która swoje dzieci już miała I chciała mamę wprowadzić w temat i zaoferować wsparcie. Więc nie była to norma że urodzenie dziecka to wydarzenie równie wielkie jak wyjście na bazar po kartofle.
66 2019-03-12 20:25:20 Ostatnio edytowany przez jjbp (2019-03-12 20:31:37)
67 2019-03-12 20:27:23 Ostatnio edytowany przez Znerx (2019-03-12 20:29:09)
50 czy 100 lat temu matka nie miała zbytniego uznania społecznego w swojej roli nie znaczy, że było lepiej. Czemu miałabym nie doceniać kobiet które wychowały i ukształtowały drugiego człowieka?
100+ lat temu, już nie mówiąc o dawniejszych czasach, to chyba inaczej wyglądało. Dzieci się "same chowały/opieka rodzeństwa" i pracowały na swoje utrzymanie od młodych lat. W warstwach wyższych to dzieci wychowywał jakiś niania, a matka się takimi rzeczami nie zajmowała. Potem np.: jakaś szkoła z internatem i to od młodszego wieku niż aktualnie.
Jeszcze dawnej? To przecież chłopców wychowywali mężczyźni. Tak było aż do XX wieku.
Jak podają rozmaite przekazy, do około 7. roku życia zaspokajano podstawowe potrzeby dzieci. Pieczę nad potomstwem obojga płci sprawowała matka lub niańka. Po tym okresie - w myśl ówczesnych zwyczajów- role wychowawcze rodziców i dalszy proces wychowania chłopców i dziewcząt sytuowały się odmiennie. Matka opiekowała się córkami, natomiast synowie przechodzili pod nadzór ojca. Różne wszak były cele edukacji obojga płci, insze - jak to wyraził S. Petrycy-zabawy męskie (...)insze białogłowskie35.
Do 7 roku życia ![]()
68 2019-03-12 20:29:22 Ostatnio edytowany przez jjbp (2019-03-12 20:31:09)
jjbp napisał/a:50 czy 100 lat temu matka nie miała zbytniego uznania społecznego w swojej roli nie znaczy, że było lepiej. Czemu miałabym nie doceniać kobiet które wychowały i ukształtowały drugiego człowieka?
100+ lat temu, już nie mówiąc o dawniejszych czasach, to chyba inaczej wyglądało. Dzieci się "same chowały/opieka rodzeństwa" i pracowały na swoje utrzymanie od młodych lat. W warstwach wyższych to dzieci wychowywał jakiś niania, a matka się takimi rzeczami nie zajmowała. Potem np.: jakaś szkoła z internatem i to od młodszego wieku niż aktualnie.
Jeszcze dawnej? To przecież chłopców wychowywali mężczyźni. Tak było aż do XX wieku.Wychowanie dziecka w rodzinieszlacheckiej w XVI i XVII wieku. Edyta Kahl napisał/a:Jak podają rozmaite przekazy, do około 7. roku życia zaspokajano podstawowe potrzeby dzieci. Pieczę nad potomstwem obojga płci sprawowała matka lub niańka. Po tym okresie - w myśl ówczesnych zwyczajów- role wychowawcze rodziców i dalszy proces wychowania chłopców i dziewcząt sytuowały się odmiennie. Matka opiekowała się córkami, natomiast synowie przechodzili pod nadzór ojca. Różne wszak były cele edukacji obojga płci, insze - jak to wyraził S. Petrycy-zabawy męskie (...)insze białogłowskie35.
Do 7 roku życia
No właśnie. Dlatego według mnie ciężko jest porównać wychowanie kiedyś do wychowania dzis
Więc nie była to norma że urodzenie dziecka to wydarzenie równie wielkie jak wyjście na bazar po kartofle.
No kartofle kupić, to była historia. Pamiętam wyprawy na wieś żeby od chłopa choć worek, dwa kupić ![]()
Jasne, że młoda kobieta musiała dostać jakieś wsparcie i najczęściej jak od wieków dostawała je od innych kobiet, starszych, doświadczonych. Wracając do mojej mamusi
Jako, że była najmłodszą córką z licznej czeredy córek dziadka, przeznaczoną do szczytnych celów kariery nie nauczyła się w domu rodzinnym gotować. Tak w życiu wybrała, że trafiła ze studiów w stolicy do zajmowania się mężem i dziećmi. Nikt nie pytał czy umie gotować, żadna babcia nie przychodziła jej w tym pomagać. Chodziła do sąsiadki, która pół życia knajpę miała o poratowanie żeby jej pokazała jak się gotuje choć parę podstawowych rzeczy. Zawsze mi potem powtarzała, że nie znosi gotować ale co miała robić mają kilku chłopów do wykarmienia.
Za to zupełnie mimochodem, nie wiem czy to było celowe swoich synów wypuściła w świat umiejących wszystko w domu. Ugotować, uszyć, uprasować. Sami nauczyliśmy się dawać w mordę, to akurat ku zadowoleniu ojca. Piszę więc tu tylko dlatego, że gdybym nie umiał tego wszystkiego i tego wszystkiego nie raz nie robił, to pewnie dałbym się nabrać jakie to straszne wyzwania stoją przed kobietami w prowadzeniu domu. Moja żona choć świetnie wyszkolona przez teściową i obyta opieką na młodszym rodzeństwem po narodzinach naszego pierworodnego zestrachała się kompletnie. Ja się boję - weź ty! No i poza karmieniem wokół dziecka wszystko ja robiłem. Mycie, przebieranie, obcinanie, odkażanie, zasypywanie, nasmarowywanie, usypianie, kołysanie, nakładanie pół nocy kompresów na kolki albo grzanie suszarką, a rano do roboty. Nawet spałem sam z niemowlakiem na kanapie. Nikt mnie tego nie uczył, trzeba było - robiłem, nie zgłosiłem się do plebiscytu ojciec/matka roku.
70 2019-03-12 21:03:48 Ostatnio edytowany przez jjbp (2019-03-12 21:04:08)
No zobacz tyle historii o mamusi a ja się dalej nie zgadzam że wychowanie dziecka to pestka
przykro mi, po prostu inaczej na to chyba patrzymy
No nie pestka ale mnie jak dotąd się wydawało, że dziecko wychowują rodzice. Nie licząc rodzin z jednym rodzicem.
72 2019-03-13 00:22:30 Ostatnio edytowany przez jjbp (2019-03-13 00:28:06)
Ja to co mówisz potwierdziłam wyżej więc uznaje że to post nie o mnie i nie do mnie.
Nikt inny wyżej też nie twierdził że liczą się jedynie matki (chyba że coś przeoczyłam) w związku z czym niezbyt wiem do kogo się odnosisz.
73 2019-03-13 00:49:47 Ostatnio edytowany przez Leśny_owoc (2019-03-13 00:51:02)
luc napisał/a:Wiesz, już słyszałam taki tekst "będę mieć na wszystko czas" (przy małym dziecku), a w praniu wyszło zupełnie inaczej
I nie jest to "nieogarnięty" mężczyzna.Otóż to. Weźmy jeszcze pod uwagę, że męskie dbanie o dom zwykle wygląda jednak nieco inaczej od kobiecego. Skądś się w końcu wzięło powiedzenie o tzw. kobiecej ręce w prowadzeniu domu. Zresztą daleko szukać - dosłownie kilka dni temu usłyszałam od pani w agencji nieruchomości, gdy pytałam o stan jednego z mieszkań: "no wie pani, on dba o dom jak potrafi, jest czysto, ale wyraźnie brak tam kobiecej ręki".
Mój mąż też nieraz twierdził, że to pikuś, ale jak przychodziło co do czego, to już po dwóch-trzech dniach ogarniania domu i zajmowania się trzyletnim dzieckiem wszystko zaczynało wymykać mu się spod kontroli.
No cóż trudno się z tym nie zgodzić. Ten przyjemny zapach, ciepły dom, a nie deski i sofa na krzyż z 3 rzeczami... mój mąż sam mi przyznał, że teraz miałby ogromny problem w zamieszkaniu na dłuższy okres tylko w męskim gronie. Ma wyższe standardy odnośnie estetyki domu, jak i poziomu "zakurzenia"
. W taki prawdziwym związku to jest fajne, że obie strony dopełniają się w różnych płaszczyznach życia.
Natomiast jeśli chodzi o podział ról w rodzinie to wszystko zależy od tego czy ktoś pozostaje z dzieckiem w domu, czy nie. Z tego właśnie Burzowy wynikają "wyższe" wymagania polegające, jak najbardziej równomiernym rozłożeniu obowiązków w rodzinie.
Nie widzę powodu, abym np. tylko ja miała zajmować się domem, dzieckiem i do tego chodzić do pracy, a mój mąż tylko zajmować się firmą i okazjonalnie (jak nie będzie zmęczony - tak jakby kobieta nie była zmęczona po pracy) dzieckiem. Praca jest mniej stresująca, bo jednak instynkt macierzyński ciągle nakazuje kobiecie myśleć do przodu i przewidywać różne sytuacje. Psychicznie się odpoczywa dla tego wiele kobiet woli zrezygnować z macierzyństwa, bądź pędem wraca do pracy. Wyjątki to kobiety wolące silnie tradycyjny podział ról oraz "madki" kombinatorki. Nie wiem, jak u Was Panowie przejawia się instynkt tacierzyński, chyba jako bezpośrednia opieka ogniska domowego
.
Ha, ha kobieca dłoń w mieszkaniu, to nieposkromiona potrzeba rozmieszczania w nim do niczego nie potrzebnych pierduł po to żeby przeszkadzały i utrudniały życie. Te wazony, obrazki, bibeloty, zasłonki, firaneczki, których obecność terroryzuje mieszkańców "patrz, gdzie kopiesz piłkę!". Te dywaniki, narzutki, które służą głównie jako powód do awantur, że znowu pełno w nich okruchów chipsów. To jest wręcz fizjologiczna potrzeba kobiet do znaczenia swojego terytorium. Kobieta jak wchodzi na męskie terytorium od razu kombinuje jak je oznaczyć, jak pies obsikujący "swoje" płoty.
Snake, nie o tę 'kobiecą rękę' mi chodziło, choć nie przeczę, że sporo w tym racji, że kobiety lubią podkreślać swoją obecność w domu. Bardziej miałam jednak na myśli, że mężczyźni, na szczęście nie wszyscy, wielu rzeczy w domu nie widzą i często, co nie znaczy zawsze, są w zajmowaniu się nimi wybiórczy. To są drobiazgi, ale jak tych drobiazgów nazbiera się ileś tam, to zaczyna być to widoczne.
Być może nawet nie wiesz, a z Tobą jest podobnie? A nie wiesz, bo tego zwyczajnie... nie widzisz
. Jeśli jednak nie, to od razu zwracam honor.
Na przykład mój mąż wiele rzeczy w domu zrobi, ale też wielu sam z siebie nie zrobi, bo ich po prostu nie zauważa, a są konieczne do ogarnięcia, żeby można było powiedzieć, że dom jest naprawdę zadbany. Mam tu na myśli każdy drobiazg, którego musi dotknąć czyjaś ręka, aby było tak po kobiecemu czysto. Wiesz o czym piszę? Nie wiem na przykład czy wpadłby na pomysł, żeby przetrzeć karnisz, umyć lampę (w końcu nie ma tego przed oczami
) albo wiele innych rzeczy, których zaniedbanie stwarza wrażenie, że coś jest nie tak. O, choć irytują go paprochy na podłogach, z którymi dzielnie walczy z odkurzaczem w rękach, to już kurzu na meblach naprawdę nie zauważa.
Generalnie tu chyba ponownie sprawdza się zasada, że mężczyźni patrzą na dane zjawisko czy otoczenie całościowo, a my, kobiety, widzimy detale, ale to właśnie te detale tworzą domową całość.
Z drugiej strony kiedy mój małżonek zajmuje się męskimi pracami, to jest w tym wręcz pedantyczny i muszę przyznać, że męską rękę u nas bardzo widać i to bez konieczności proszenia czy przypominania. Wyraźnie tak jest jego umysł wycelowany.
Raz małżonka zrobiła mi porządek z papierami. 20-30 kartonów pięknie posegregowała. Wróciłem, popatrzyłem i powiedziałem tylko - potrzebuję zaraz takich i takich dokumentów, ja teraz nie wiem, gdzie je włożyłaś więc masz pół godziny żeby je znaleźć. Przewaliła prawie wszystkie kartony w poszukiwaniu tych dokumentów żeby znaleźć je w jednym z ostatnich. Kobieca ręka... Rano poszedłem do garderoby i poszukując ciuchu na wyjście zrobiłem tam niezły kipisz. Skoro się nudzi i z nudów grzebie już w moich rzeczach znaczy, że za mało bałaganię "na jej terytorium" i trzeba to niedopatrzenie naprawić. Nie ma żywiołu bardziej szkodliwego niż kobieta, która się nudzi
A to nie, ja z kolei takich rzeczy nigdy nie robię. Raz, że chyba nigdy nie nudzę się na tyle, żeby na siłę szukać zajęcia, a dwa - mam taką zasadę, że nie ruszam co nie moje, a już na pewno nie uszczęśliwiam nikogo na siłę
.
A mnie się nic nie wymykało spod kontroli. Dwa tygodnie zajmowania się samemu 2-latkiem i mieszkaniem było dla mnie super wypoczynkiem. Żonka wypoczywała sobie nad morzem, a ja w domu z maluchem. Teraz jak zostaję sam na parę dni z dwójka starszych dzieciaków, to dzieciaki szybko wchodzą na odpowiednie tory. Siedzi w domu trzech facetów, najedzeni, zadowoleni*, jest porządek i organizacja
No to jednak się różnicie. Pamiętam na przykład taką sytuację, gdy pod moją nieobecność mój małżonek zajął się jakąś domową, męską robotą. Ja po całym, długim dniu wchodzę do domu z zakupami, które jeszcze na szybko zrobiłam, a mój maluch z wyraźnym ożywieniem biegnie do mnie do drzwi i wskazując rączką na zakupy smutnym głosikiem skarży na tatę: "ooo... mama mniam mniam, tata nie dzidzi mniam mniam"
(to wierny cytat), bo mąż tak zajął się swoją robotą, że wszystko inne zostawił, łącznie z daniem dziecku jeść
.
Lata praktyki na szczęście wiele w tym i podobnych tematach zmieniły
, a najlepsze, że w pracy od zawsze musiał równocześnie ogarniać sto rzeczy naraz i z tym bez problemu dawał i nadal daje sobie radę.
Nawiązując jednak wprost do głównego tematu wątku, to w zasadzie wszystko zamyka się w tych trzech pytaniach Wielokropka:
Dlaczego kobieta ma być na utrzymaniu męża? [Pytania retoryczne]
Dlaczego prace domowe mają być wyłącznie sprawą kobiety? [Pytanie retoryczne]
Dlaczego ktokolwiek w związku ma być parobkiem? [Pytanie retoryczne]
Edit:
Leśny_owocu, ładnie w kilku słowach ujęłaś to, co ja usiłowałam i na domiar złego nie tylko stworzyłam cały elaborat, ale nawet nie wiem czy udało mi się zagadnienie w pełni wyjaśnić
.
Nie czytałam komentarzy, więc odpowiem na pierwszy post. Jeśli jako kobieta mam wybór jakiemu facetowi rodzić dzieci, z jakim mieszkać, nie wiem... chajtać się itd... to bym sobie w życiu takiego nie chciała trafić, jakiego opisałaś. Wolałabym sobie wybrać lepszego. Ot co!
A pracować to bym sobie i tak pracowała. No chyba, że bym dzieci porodziła to bym została z nimi w domu, by się móc nimi nacieszyć i urządzić oazę miłości dla ukochanego, by się móc nim nacieszyć. I bym chciała się w ogóle nacieszyć rodziną, więc jeśli miałabym z jakimś Panem taką rodzinę założyć, to z takim poganiaczem bym się nie cieszyła. Bo hola, hola ale o czym on mówi i do kogo w ogóle? Do lenia śmierdzącego czy do matki, kucharki, gosposi i kochanki w jednym? No hola, hola... Dzieci by podrosły to bym sobie znalazła zajęcie a pieniądze też chętnie bym jakieś dla rodziny przyniosła, gdyby partner nie wyrabiał czy miał gorszy okres. Ale to na innej zasadzie rozmowy niż to co napisałaś. Takiemu to figę z makiem, o! Niech się buja. Na cholerę mi zakładać rodzinę z takim? Niech sobie znajdzie inną naiwną. Bulwers na maksa;) Spalony i tak w ogóle to NEXT!!! ![]()
jjbp napisał/a:Więc nie była to norma że urodzenie dziecka to wydarzenie równie wielkie jak wyjście na bazar po kartofle.
No kartofle kupić, to była historia. Pamiętam wyprawy na wieś żeby od chłopa choć worek, dwa kupić
Jasne, że młoda kobieta musiała dostać jakieś wsparcie i najczęściej jak od wieków dostawała je od innych kobiet, starszych, doświadczonych. Wracając do mojej mamusiJako, że była najmłodszą córką z licznej czeredy córek dziadka, przeznaczoną do szczytnych celów kariery nie nauczyła się w domu rodzinnym gotować. Tak w życiu wybrała, że trafiła ze studiów w stolicy do zajmowania się mężem i dziećmi. Nikt nie pytał czy umie gotować, żadna babcia nie przychodziła jej w tym pomagać. Chodziła do sąsiadki, która pół życia knajpę miała o poratowanie żeby jej pokazała jak się gotuje choć parę podstawowych rzeczy. Zawsze mi potem powtarzała, że nie znosi gotować ale co miała robić mają kilku chłopów do wykarmienia.
Za to zupełnie mimochodem, nie wiem czy to było celowe swoich synów wypuściła w świat umiejących wszystko w domu. Ugotować, uszyć, uprasować. Sami nauczyliśmy się dawać w mordę, to akurat ku zadowoleniu ojca. Piszę więc tu tylko dlatego, że gdybym nie umiał tego wszystkiego i tego wszystkiego nie raz nie robił, to pewnie dałbym się nabrać jakie to straszne wyzwania stoją przed kobietami w prowadzeniu domu. Moja żona choć świetnie wyszkolona przez teściową i obyta opieką na młodszym rodzeństwem po narodzinach naszego pierworodnego zestrachała się kompletnie. Ja się boję - weź ty! No i poza karmieniem wokół dziecka wszystko ja robiłem. Mycie, przebieranie, obcinanie, odkażanie, zasypywanie, nasmarowywanie, usypianie, kołysanie, nakładanie pół nocy kompresów na kolki albo grzanie suszarką, a rano do roboty. Nawet spałem sam z niemowlakiem na kanapie. Nikt mnie tego nie uczył, trzeba było - robiłem, nie zgłosiłem się do plebiscytu ojciec/matka roku.
No właśnie kiedyś było łatwiej bo wystarczyło dobrze wykarmić aby rosło zdrowe i duże i rządziło w przedszkolu a teraz to musisz od małego wychowywać małego geniusza. Do podstawówki wystawiasz dzieciaka w wyścigu szczurów w walce o oceny, konkursy, olimpiady, języki obce, treningi a jeszcze wieczorem jak już myślisz że będziesz mieć spokój musisz prowadzić dyskusje z 6 latkiem dlaczego chce akurat nowego iphona i kto w klasie już takiego ma ![]()
Pewne wartości są uniwersalne i powtarzają się w każdym pokoleniu ale głównie musisz patrzeć w przyszłość kiedy myślisz o dzieciach. Kiedyś wystarczyło wykarmić i nauczyć ogarniać przestrzeń wokół siebie, posłać do szkoły. Teraz taki dzieciak miałby ciężej w życiu.
Także zgadzam się z głosami mówiącymi że wychowanie dziecka to sztuka w obecnych czasach i wymaga większych nakładów czasu i pieniędzy niż kiedyś. Ale jak już pisałam wcześniej, może w końcu pójdziemy w jakość a nie w ilość
)
Snake, nie o tę 'kobiecą rękę' mi chodziło, choć nie przeczę, że sporo w tym racji, że kobiety lubią podkreślać swoją obecność w domu. Bardziej miałam jednak na myśli, że mężczyźni, na szczęście nie wszyscy, wielu rzeczy w domu nie widzą i często, co nie znaczy zawsze, są w zajmowaniu się nimi wybiórczy. To są drobiazgi, ale jak tych drobiazgów nazbiera się ileś tam, to zaczyna być to widoczne.
Być może nawet nie wiesz, a z Tobą jest podobnie? A nie wiesz, bo tego zwyczajnie... nie widzisz. Jeśli jednak nie, to od razu zwracam honor.
Na przykład mój mąż wiele rzeczy w domu zrobi, ale też wielu sam z siebie nie zrobi, bo ich po prostu nie zauważa, a są konieczne do ogarnięcia, żeby można było powiedzieć, że dom jest naprawdę zadbany. Mam tu na myśli każdy drobiazg, którego musi dotknąć czyjaś ręka, aby było tak po kobiecemu czysto. Wiesz o czym piszę? Nie wiem na przykład czy wpadłby na pomysł, żeby przetrzeć karnisz, umyć lampę (w końcu nie ma tego przed oczami
) albo wiele innych rzeczy, których zaniedbanie stwarza wrażenie, że coś jest nie tak. O, choć irytują go paprochy na podłogach, z którymi dzielnie walczy z odkurzaczem w rękach, to już kurzu na meblach naprawdę nie zauważa.
Generalnie tu chyba ponownie sprawdza się zasada, że mężczyźni patrzą na dane zjawisko czy otoczenie całościowo, a my, kobiety, widzimy detale, ale to właśnie te detale tworzą domową całość.
Poniekąd tak i nie. Bardziej rozpatrywałbym to w aspekcie indywidualnych cech, a nie płciowych. Natomiast w kwestii widzenia całościowo/detalicznie, to ja widzę to raczej z perspektywy celowości. Facet ogarnia problemy, a więc i na przykład porządek w domu z punktu widzenia celowości. Gdzie celem nie jest czysty dom
Celem jest porządek lub jego wrażenie w celu.... i tu można sobie wstawić różne powody.
No cóż trudno się z tym nie zgodzić. Ten przyjemny zapach, ciepły dom, a nie deski i sofa na krzyż z 3 rzeczami... mój mąż sam mi przyznał, że teraz miałby ogromny problem w zamieszkaniu na dłuższy okres tylko w męskim gronie. Ma wyższe standardy odnośnie estetyki domu, jak i poziomu "zakurzenia"
. W taki prawdziwym związku to jest fajne, że obie strony dopełniają się w różnych płaszczyznach życia.
To tego nie rozumiem. Jak ktoś ma wyższe standardy odnośnie estetyki domu i porządku oraz tego tzw. ciepła, to utrzyma taki stan niezależnie czy mieszka sam, w towarzystwie męskim, czy kobiecym. Jeśli nie utrzymuje tego bez towarzystwa kobiety, to występowanie tego standardu mu zwyczajnie zwisa albo jego utrzymywanie uznaje za niemęskie i niegodne uwagi faceta.
Praca jest mniej stresująca, bo jednak instynkt macierzyński ciągle nakazuje kobiecie myśleć do przodu i przewidywać różne sytuacje.
A to już jest problem kobiet. Męski instynkt tacierzyński nakazuje facetowi odwracać wzrok kiedy trzeba
Ojciec jest od stawiania dziecku wyzwań i nie wyręczaniu go w ich pokonywaniu. Kiedyś podawałem przykład z mojego życia jak dzieckiem będąc mama nie chciała się zgodzić żebym chodził z kolegami nad rzekę. Zapewne ten kobiecy instynkt stawiał jej przed oczami szereg zagrożeń czyhających na mnie nad rzeką, podwójne dno, nurt, konary i wszystko inne co może sobie wyobrazić tylko kobieta. Poszedłem się poskarżyć ojcu, a ten rzekł tylko - jak się będziesz pytał matki o zgodę, to nigdy nie pójdziesz nad rzekę. I już wiedziałem co robić ![]()
Jak prowadzę dzieci na place zabaw, gdzie wspinają się po tych wszystkich rzeczach, gdzie mogą spaść, potłuc się, poobcierać, powybijać zęby itp., to się po prostu odwracam i nie patrzę. Od tego są te rzeczy, drzewa, dachy, żeby dzieci się na nie wspinały i z nich spadały jeśli nie będą dość zręczne. Nawet jeśli serce mi drży, to męska pamięć i rozsądek przypominają mi ile razy sam spadłem z drzewa tracąc dech i nabijając sobie guzy. I tak ma być. Nie bez powodu dawniej zabierano chłopców od matek kiedy kończyli 7 lat. Po prostu dalsze przebywanie z matkami tylko im szkodziło. To się nawet samo z siebie reguluje. Moja małżonka ma do mnie pretensje, że ja buntuje dzieci przeciw niej, bo chłopaki coraz bardziej wolą moje towarzystwo niż jej, mnie słuchają bez dyskusji, robią na wyprzódki o co poproszę albo sami zgadują. A to jest naturalne. Oni po prostu osiągnęli wiek, w którym nie widzą już za wiele atrakcyjnych rzeczy u matki za to widzą u ojca. Stając się małymi mężczyznami garną się do mężczyzny, a kobiety zaczynają traktować instrumentalnie ![]()
Kobiety zaczynają traktować instrumentalnie i tak ma być - zazdro dla Twojej żony snake. Piękna wizja.....
Ogólnie rozumiem przesłanie jakie chyba chcesz zawrzeć w swoich postach ale później na koniec skwitujesz to takim frazesem i ręce mi opadają.
Kobiety zaczynają traktować instrumentalnie i tak ma być - zazdro dla Twojej żony snake. Piękna wizja.....
Ogólnie rozumiem przesłanie jakie chyba chcesz zawrzeć w swoich postach ale później na koniec skwitujesz to takim frazesem i ręce mi opadają.
Nie wiem czy tak ma być ale tak jest. Po prostu wchodzą w wieki kiedy nie widzą nic atrakcyjnego w kobiecym pierwiastku poza tym co mogą wykorzystać czysto użytkowo. Żeby było śmieszniej to raczej małżonka ich uczula żeby nie wpadało im do głowy ulegać dziewczynkom z takich czy innych powodów. No a już pod żadnym pretekstem nie ulegać jakimś śmiertelnym afektom. Chcecie sympatie, to je sobie znajdujcie, rzucajcie, bierzcie nowe, przebierajcie, grymaście i tak spokojnie do 30-tki. W sumie nie protestuję, choć czasem im jakieś romantyczne zagranie podpowiadam, tak z punktu widzenia faceta nawet cyniczny romantyzm jest romantyzmem
Ale nauczyłem ich ustępować kobietom w drzwiach!
80 2019-03-13 12:10:34 Ostatnio edytowany przez jjbp (2019-03-13 12:15:21)
Nie wiem czy chciałabym uczyć swoje dzieci tego co Twoja żona rzekomo wpaja Waszym synom. Raczej nie, nie wiem co w tym takiego świetnego.
Jakbyście mieli dziewczynkę to też byście ja uczyli że do 30 faceci będą się nią bawić i rzucać, grymasic itd czyli najprawdopodobniej nie brać na poważnie?
81 2019-03-13 12:15:05 Ostatnio edytowany przez Snake (2019-03-13 12:16:18)
A ja wiem co w tym świetnego? Do starszego lezą te panny jak na jakiś lep, po co chłopak ma brać jakąś pierwszą lepszą? Niech grymasi.
Ps. Jakbym miał córki, to bym szkolił córki.
Przynajmniej za ustępowanie w drzwiach mogę dać plusa ![]()
Przynajmniej za ustępowanie w drzwiach mogę dać plusa
To samo chłopakom mówię - będziecie mieć plusa ![]()
Instrumentalnie to mocno i za dużo powiedziane, ale ja sama swojemu synowi tłukę do głowy, że partnerkę należy wybrać sobie świadomie, a zanim się do tego etapu dotrze, to najpierw trzeba dowiedzieć się czego się oczekuje i w tym celu być może nawet parę razy przejechać na wyborze.
Chodzi o to, żeby miał na tyle silne poczucie własnej wartości, by zdał sobie sprawę, że nie ma takiej miłości na świecie, która jeśli okaże się niespełniona, warta jest potem dramatów, łez i rozpaczy, a już nie daj Boże popełnienia samobójstwa - niestety znam ze swojego otoczenia aż trzy takie przypadki.
Bardzo ładnie to Olinko ujęłaś i nie tak cynicznie, i szorstko jak ja. Co kobieta, to jednak kobieta ![]()
Snake, bo generalnie chodzi mi o takie zdrowe podejście do związku, do drugiego człowieka, ale i do siebie samego. Partnera/partnerkę należy szanować, ale się od niego/od niej emocjonalnie nie uzależniać. Nie przypuszczam zresztą, żeby Twoja żona, kobieta, namawiała chłopców, by traktowali płeć przeciwną instrumentalnie w sensu stricto tego pojęcia. Tu raczej chodzi o dojście do takiego etapu, kiedy ma się poczucie, że nie idzie się na żadne kompromisy, a ta ona/ten on, to jest ta osoba, z którą można stworzyć naprawdę satysfakcjonujący związek.
Wspomniałam wcześniej o wysokim poczuciu własnej wartości - moim zdaniem jest ono niezbędne, aby (przepraszam za określenie) nie brać byle czego, a dążyć do maksymalizacji połączenia oczekiwań z rzeczywistością. Tu widzę ważną rolę rodziców, którzy muszą pomóc dzieciakowi to poczucie wartości zbudować. Trzeba też rzecz jasna życiowej mądrości i realnego spojrzenia na własne możliwości, bo to że się czegoś chce, jeszcze nie znaczy, że się to dostanie
.