Terapia małżeńska, par... - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » SEKS, SEKSUALNOŚĆ, PSYCHOLOGIA » Terapia małżeńska, par...

Strony Poprzednia 1 2 3 4 5 6 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 131 do 195 z 332 ]

131

Odp: Terapia małżeńska, par...

Wilku, i mi nasunęło się do Ciebie kolejne pytanie. Napisałeś wcześniej, że żyjecie obok, ale w tym wszystkim czymś, co Was łączy, jest syn i to on wydaje Ci się (w wolnym przekazie) najważniejszą wartością teraźniejszego związku. Próbowałeś sobie może wyobrazić czego brakowałoby Ci, gdy obok nie było żony? Sądzisz, że byś tęsknił, jest coś, czego brak mógłbyś wówczas uznać za dotkliwy?

Zobacz podobne tematy :

132

Odp: Terapia małżeńska, par...

małżeństwo można ratować i poprawiać na wiele sposobów. ZWIĄZKU między ludźmi nie da się naprawić terapią małżeńską, ani wskrzeszać czegoś co było na początku, co połaczyło parę. Bo teraz po latach są innymi ludźmi.  Jak ktoś nie jest uporządkowany sam ze sobą, stabilnego związku z kimś innym nie stworzy, wiem że to przykre. Na Twoim miejscu Wilku skupiłabym się na sobie, nie zajmując się żoną. Zmiana terapeuty to dobry pomysł, skoro Ty sam nie widzisz efektów. Ty się musisz odnaleźć jako facet, a Ona jako kobieta, ale Ty nie możesz jej w tym pomóc.
Popatrz co napisała Ci Iceni- popieram smile
Może kiedyś wasze ścieżki się zbiegną, jako kobiety i mężczyzny, bez powrotu do przeszłości, teraz nie robiłabym niczego na siłę.
I buduj relację z synem, jak z przyjacielem.. niezależnie od żony.

133

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:
summerka88 napisał/a:

Wilku, mi się wydaje, a po lekturze wielu smutnych wątków na tym forum, zbliżam się do przekonania, że cholernie trudną rzeczą, moźe najtrudniejszą w związku jest utrzymanie „atmosfery” z początku relacji tak żeby związek wciąż był dla obojga świeży i atrakcyjny. Chyba celem terapii par jest też odnalezienie tego, co nas do siebie przyciągnęło oraz zbadanie co poszło nie tak, żeby wyciągnąć wnioski i więcej nie powtarzać tych doświadczeń, które ludzi od siebie oddalają, za to wzmacniać to wszystko, co nas w sobie zafascynowało. Przecież jeśli między tobą a twoja żona było kiedyś gorąco, przyjemnie, bezpiecznie, czy co tam was obojga przekonało do tego, że to jest mężczyzna/kobieta dla mnie, to trzeba się zastanowić, co to było i spróbować przywrócić ten stan, w którym byliście drużyną działającą wspólnie na rzecz wzajemnej atrakcyjności. No i trzeba się zastanowić co się takiego stało, że przestało wam się chcieć robić wszystko, żeby między wami było tak jak na początku, albo inaczej, żeby to, co was do siebie przyciągnęło rozwijało się, przeobrażało się, kwitło, rodziło owoce. To trzeba rozmawiać, mówić i słuchać. Nie wystarczy godzina w tygodniu na fotelu u terapeuty.

Ja sobie zdaję sprawę z tego, że związek zawsze ewoluuje i nie ma powrotu do emocji, które towarzyszą jego początkom. Chociaż u nas było tak, że na początku też fajerwerków jakiś nie było. Zwłaszcza z mojej strony. Trochę zazdroszczę ludziom, którzy przeszli przez taką fazę bezrefleksyjnego, głupiego zakochania. To taki haj, którego nigdy nie doświadczyłem. Mnie perspektywa związku po prostu przerażała. Tym bardziej, że wchodziłem w związek, który wydawał mi się czymś kompletnie karkołomnym dla mnie. To był związek na odległość z kobietą z dzieckiem, która miała popieprzoną sytuację życiową, nie miała pracy, skończonych studiów, za to miała długi po związku z ojcem dziecka. Myślałem, że porywam się z motyką na słońce, bo ja z kolei nie miałem żadnych doświadczeń w związkach, żadnych doświadczeń w kontaktach z dziećmi. Z jednej strony coś mi mówiło, żeby wiać jak najprędzej, a z drugiej coś mnie ciągnęło. Miałem deprechę i nerwicę. W głowie totalny mętlik. Czułem się jak jakiś świr. Jak na początku ostatniej terapii terapeutka zapytała o początek naszego związku to nie wiedziałem jak o tym mówić. Było mi naprawdę głupio.

Najgorsze jest to, że teraz czasem pojawia się taka myśl, że może jednak źle oceniłem tę sytuację.

Trochę to wygląda jakbyś dobrze czuł się w roli wybawiciela albo rycerza na białym koniu, który ratuje niewiastę z opresji i ona odwdzięcza mu się miłością. Tylko, że wdzięczność to nie miłość. Jeśli takie były podstawy miłości u twojej żony (nie znam ich i sobie improwizuję) to w takiej sytuacji najlepiej powiedzieć nic mi nie jesteś winna, żyj jak chcesz. Być może ona cały czas czuje, że ma wobec ciebie dług wdzięczności, stąd jej deklaratywne starania o naprawę związku, które na deklaracjach się kończą. Wybacz Wilku, mam świadomość, że to, co piszę jest bolesne.
Inna sprawa, że jeśli ty dobrze czułeś się w roli rycerza, bo wtedy ZASŁUGIWAŁEŚ na miłość, to jak się sytuacja unormowała, zabrakło kluczowego elementu. Do przemyślenia dla ciebie, ewentualnie do przegadania z żoną.

Z tym hajem to też bym nie przesadzała, to tylko bonus od natury, który szybko się kończy i jak ktoś nie potrafi stworzyć „atmosfery” w związku to i tak w dłuższej perspektywie nic z tego nie będzie. A jak się nie wyniosło z domu odpowiednich wzorców, to żadn haj nie pomoże, gdy nie ma się szczęścia. W ramach dygresji napiszę, że dzisiaj myślę, że miałam dużo szczęścia, bo ja też byłam na haju, ale to jakieś takie popierniczone wszystko było, bo mimo tego, że mój pierwszy w życiu związek (kilkuletni) zakończył się tak, że po ostatniej wspólnej nocy zostałam z krótkim liścikiem na rozstanie w ręku zamiast wyjaśnień i przez długi czas żyłam w takim przeświadczeniu, że jestem dobra do bzykania, ale już nie do kochania, to zaczęłam znajomość z moim mężem właśnie od seksu. Sama do niego doprowadziłam, chociaż on przynajmniej ze dwa razy się mnie spytał, czy jestem pewna, że tego chcę. Jakbym sobie chciała udowodnić dokładnie to, co o sobie myślałam. Widzę tego typu zachowań na forum pełno. Może ty też myślisz, że tylko jako rycerz zasługujesz na miłość?

134

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

Wilczek, a opowiedziałbyś coś więcej o początkach Waszego związku?
Chyba, że jest tutaj jakiś jeszcze Twój temat wink

A co byś chciała wiedzieć ? Szczerze mówiąc nie bardzo lubię o tym opowiadać. To nie jest romantyczna historia.

O ile to nie są zbyt prywatne pytania, to jak właściwie się poznaliście? Co Was do siebie przyciągnęło? Dlaczego zdecydowałeś, że z tą kobietą chcesz wziąć ślub? Jak długo jesteście małżeństwem? Pamiętam Twoje pojedyncze wypowiedzi z innych tematów, że Twoja żona unika seksu, bo ma inne oczekiwania od Twoich. Znaliście te oczekiwania przed ślubem? Czy wcześniej było inaczej i co właściwie było inaczej?

135

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:
Iceni napisał/a:

Zaciekawiło mnie to, co piszecie o dotyku, bo ja mam z tym od zawsze pewien problem.

Nie chce jednak ściągać watku wilka na inny tor - ma ktos ochotę pokontynuowac ten temat w osobnym topiku?

Możesz of topować. Luzik. Nie jestem tu alfą i omegą smile

No Ok... skoro mam pozwolenie ;P


Mam problem z dotykiem w takim sensie, ze we wczesnymdziecinstwie  nie lubilam dotyku. Nie wiem czy nie lubilam go z jakichs wlasnych powodow (np zaburzen podchodzacych pod autyzm) czy ze wzgledu na sytuacje w domu (alkoholizm ojca plus o wiele starsze rodzenstwo i zablokowana emocjonalnie matka) ale pamietam, że ja nie lubilam nawet kiedy ona mnie dotykala. Np kiedy spalam z nia razem to odsuwalam sie w nocy tak, aby jej nie dotykac, nie dawalam sie przytulac, a dotyk obcych to byla trauma. Nawet w wieku kilku lat (w takim, ze juz sie to pamieta) ja sie z wrzaskiem wyrywalam kiedy ktos probowal mnie wziac na rece.

Zmiana (albo ta blokada nie wystepuje w tej sytuacji) nastąpiła w wieku nastoletnim -  nie mialam zadnego problemu z dotykiem od poczatku kontaktow seksualnych małe  nie bylo to zwiazane jedynie z seksem. Mialam grupke przyjaciol plci obojga i dotykanie ich (w sensie przytulanie, spanie w jednym lozku itp nigdy nie bylo problemem)

Pozniej, z czasem zaczelam uwielbiac dotyk (seksualny i plaroniczny) ale tylko od osob lubianych przeze mnie. Do tej pory mam problem z dotykiem osoby, ktorej nie akceptuje calkowicie. To sa jakby dwa swiaty "swoi", ktorych dotyk uwielbiam i "obcy", ktorych dotyku nie znosze. W stosunku do obcych problemem jest nawet uscisniecie dloni na przywitanie nawet po latach znajomosci.

Osobę, którą akceptuję mogę dotykac od razu.

Przyznam, że czasem ten dualizm utrudnia mi zycie, bo reaguję wycofaniem w bardzo typowych sytuacjach kiedy tak na rozum  nie ma zadnego powodu mojej niechęci i bylabym szczesliwa gdybym mogla nad tym bardziej panować chociazby z tego powodu, ze niektore osoby zauwazaja moje nietypowe zachowania w tej kwestii.

136

Odp: Terapia małżeńska, par...
Olinka napisał/a:

Wilku, i mi nasunęło się do Ciebie kolejne pytanie. Napisałeś wcześniej, że żyjecie obok, ale w tym wszystkim czymś, co Was łączy, jest syn i to on wydaje Ci się (w wolnym przekazie) najważniejszą wartością teraźniejszego związku. Próbowałeś sobie może wyobrazić czego brakowałoby Ci, gdy obok nie było żony? Sądzisz, że byś tęsknił, jest coś, czego brak mógłbyś wówczas uznać za dotkliwy?

No właśnie nie wiem za czym bym tęsknił. Czy w ogóle bym tęsknił. Nie bardzo już czuję, że mam żonę.
Syn faktycznie jest obecnie chyba jedyną wartością w tym związku.

137

Odp: Terapia małżeńska, par...
Olinka napisał/a:

Wilku, i mi nasunęło się do Ciebie kolejne pytanie. Napisałeś wcześniej, że żyjecie obok, ale w tym wszystkim czymś, co Was łączy, jest syn i to on wydaje Ci się (w wolnym przekazie) najważniejszą wartością teraźniejszego związku. Próbowałeś sobie może wyobrazić czego brakowałoby Ci, gdy obok nie było żony? Sądzisz, że byś tęsknił, jest coś, czego brak mógłbyś wówczas uznać za dotkliwy?

lub wariant mniej ciekawy, za to bardziej prawdopodobny. Syn ma 17 lat? czyli że zaraz może wyfrunąć z gniazda , a ty zostaniesz z żoną... i co wtedy?

Mi przyszło do głowy, że ty po  prostu potrzebujesz przyjaciela - zadowalasz się substytutami w postaci terapii, forum, gdzie się możesz wygadać. Potrzebujesz kogoś, kto zaakceptuje twoje wady i zalety, do kogo nie będziesz musiał się dopasowywać. Masz jakiegoś kumpla, koleżankę, z kim możesz iść na piwo i gadać o du** Maryny, albo zadzwonić gdy potrzebujesz pomocy, by np. przenieść fortepian lol?

138

Odp: Terapia małżeńska, par...
summerka88 napisał/a:

Trochę to wygląda jakbyś dobrze czuł się w roli wybawiciela albo rycerza na białym koniu, który ratuje niewiastę z opresji i ona odwdzięcza mu się miłością. Tylko, że wdzięczność to nie miłość. Jeśli takie były podstawy miłości u twojej żony (nie znam ich i sobie improwizuję) to w takiej sytuacji najlepiej powiedzieć nic mi nie jesteś winna, żyj jak chcesz. Być może ona cały czas czuje, że ma wobec ciebie dług wdzięczności, stąd jej deklaratywne starania o naprawę związku, które na deklaracjach się kończą. Wybacz Wilku, mam świadomość, że to, co piszę jest bolesne.
Inna sprawa, że jeśli ty dobrze czułeś się w roli rycerza, bo wtedy ZASŁUGIWAŁEŚ na miłość, to jak się sytuacja unormowała, zabrakło kluczowego elementu. Do przemyślenia dla ciebie, ewentualnie do przegadania z żoną.

Z tym hajem to też bym nie przesadzała, to tylko bonus od natury, który szybko się kończy i jak ktoś nie potrafi stworzyć „atmosfery” w związku to i tak w dłuższej perspektywie nic z tego nie będzie. A jak się nie wyniosło z domu odpowiednich wzorców, to żadn haj nie pomoże, gdy nie ma się szczęścia. W ramach dygresji napiszę, że dzisiaj myślę, że miałam dużo szczęścia, bo ja też byłam na haju, ale to jakieś takie popierniczone wszystko było, bo mimo tego, że mój pierwszy w życiu związek (kilkuletni) zakończył się tak, że po ostatniej wspólnej nocy zostałam z krótkim liścikiem na rozstanie w ręku zamiast wyjaśnień i przez długi czas żyłam w takim przeświadczeniu, że jestem dobra do bzykania, ale już nie do kochania, to zaczęłam znajomość z moim mężem właśnie od seksu. Sama do niego doprowadziłam, chociaż on przynajmniej ze dwa razy się mnie spytał, czy jestem pewna, że tego chcę. Jakbym sobie chciała udowodnić dokładnie to, co o sobie myślałam. Widzę tego typu zachowań na forum pełno. Może ty też myślisz, że tylko jako rycerz zasługujesz na miłość?

Może się mylę, ale chyba każdy facet marzy trochę o roli takiego rycerza. Nie zaprzeczę, że to, że jej pomogłem wyjść na prostą i wydostać się z życiowego dołka w jakimś stopniu napawało mnie dumą z samego siebie. A to naprawdę rzadkie uczucie u mnie. Czułem to, że zrobiłem coś wartościowego. Ale czułem wtedy też, że realnie do siebie pasujemy. Że mamy podobny światopogląd, poczucie humoru. Cieszyłem się z tego jak układały mi się relacje z jej synem.

139

Odp: Terapia małżeńska, par...
Averyl napisał/a:
Olinka napisał/a:

Wilku, i mi nasunęło się do Ciebie kolejne pytanie. Napisałeś wcześniej, że żyjecie obok, ale w tym wszystkim czymś, co Was łączy, jest syn i to on wydaje Ci się (w wolnym przekazie) najważniejszą wartością teraźniejszego związku. Próbowałeś sobie może wyobrazić czego brakowałoby Ci, gdy obok nie było żony? Sądzisz, że byś tęsknił, jest coś, czego brak mógłbyś wówczas uznać za dotkliwy?
Jeśli gdzieś o tym pisałeś, to przepraszam, widocznie przeoczyłam.

lub wariant mniej ciekawy, za to bardziej prawdopodobny. Syn ma 17 lat? czyli że zaraz może wyfrunąć z gniazda , a ty zostaniesz z żoną... i co wtedy?

Mi przyszło do głowy, że ty po  prostu potrzebujesz przyjaciela - zadowalasz się substytutami w postaci terapii, forum, gdzie się możesz wygadać. Potrzebujesz kogoś, kto zaakceptuje twoje wady i zalety, do kogo nie będziesz musiał się dopasowywać. Masz jakiegoś kumpla, koleżankę, z kim możesz iść na piwo i gadać o du** Maryny, albo zadzwonić gdy potrzebujesz pomocy, by np. przenieść fortepian lol?

Tu akurat może być wariant optymistyczny i pesymistyczny. Optymistyczny można opierać na tym, że generalnie jest tak, że ponieważ żona ma silną wolę kontroli nad synem, to jak już wielokrotnie zauważyłem, kiedy jego nie ma (np. w wakacje, albo ferie) to ona jest spokojniejsza, mniej nerwowa, więc przy tym bardziej "strawna" dla mnie wink Naprawdę ja tą różnicę odczuwam kolosalnie. W momencie jak syn wraca i jak zaczyna się szkoła to ja już wiem, że będzie "jazda".
Więc jeśli syn się wyprowadzi to może to być z korzyścią dla absolutnie wszystkich.
Ale może być i tak, że w momencie kiedy on się wyprowadzi (o ile się wyprowadzi) to już i tak nie będzie kompletnie nic do sklejania, bo będziemy od siebie o całe lata świetlne.

140

Odp: Terapia małżeńska, par...
Lady Loka napisał/a:
wilczysko napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

Wilczek, a opowiedziałbyś coś więcej o początkach Waszego związku?
Chyba, że jest tutaj jakiś jeszcze Twój temat wink

A co byś chciała wiedzieć ? Szczerze mówiąc nie bardzo lubię o tym opowiadać. To nie jest romantyczna historia.

O ile to nie są zbyt prywatne pytania, to jak właściwie się poznaliście? Co Was do siebie przyciągnęło? Dlaczego zdecydowałeś, że z tą kobietą chcesz wziąć ślub? Jak długo jesteście małżeństwem? Pamiętam Twoje pojedyncze wypowiedzi z innych tematów, że Twoja żona unika seksu, bo ma inne oczekiwania od Twoich. Znaliście te oczekiwania przed ślubem? Czy wcześniej było inaczej i co właściwie było inaczej?

Poznaliśmy się przez internet na Sympatii. Żona była stroną, która zainicjowała poznanie. Co nas do siebie przyciągnęło ? Żona twierdzi, że jej bardzo odpowiadało moje poczucie humoru. A mnie co ? Mam problem z określeniem tego. Może to było tak, że moje zainteresowanie nią było po prostu odpowiedzią na jej zainteresowanie. Dla mnie to nie było coś zwykłego, że się komuś podobam. Może to i głupie podejście. Ale im bardziej ją poznawałem to właśnie myślałem, że mamy coś wspólnego.
Sam ślub był tak naprawdę pragnieniem żony. Mnie on nie był potrzebny. Wcześniej mieszkaliśmy już razem prawie 2 lata. Ale żona bardzo go chciała, więc się zgodziłem.
Co do oczekiwań w kwestii seksu to nie było wiele rozmów na ten temat. Wiedziałem, że żona miała wcześniej bogate życie seksualne. Że seks dla samego seksu nie stanowił dla niej jakiegoś problemu. Nie przeszkadzało mi to. Czasem coś tam mówiła co lubi, ale myślałem, że mimo wszystko między nami nie jest tak tragicznie pod tym względem, choć problemy były. Żona bardzo rzadko była w seksie stroną inicjującą, ale była między nami jakaś interakcja tzn. czułem, że mój dotyk na nią działa. Ja ją dotykałem, a ona mnie. Potem się to zmieniło.

141

Odp: Terapia małżeńska, par...
Iceni napisał/a:

Mam problem z dotykiem w takim sensie, ze we wczesnymdziecinstwie  nie lubilam dotyku. Nie wiem czy nie lubilam go z jakichs wlasnych powodow (np zaburzen podchodzacych pod autyzm) czy ze wzgledu na sytuacje w domu (alkoholizm ojca plus o wiele starsze rodzenstwo i zablokowana emocjonalnie matka) ale pamietam, że ja nie lubilam nawet kiedy ona mnie dotykala. Np kiedy spalam z nia razem to odsuwalam sie w nocy tak, aby jej nie dotykac, nie dawalam sie przytulac, a dotyk obcych to byla trauma. Nawet w wieku kilku lat (w takim, ze juz sie to pamieta) ja sie z wrzaskiem wyrywalam kiedy ktos probowal mnie wziac na rece.

Zmiana (albo ta blokada nie wystepuje w tej sytuacji) nastąpiła w wieku nastoletnim -  nie mialam zadnego problemu z dotykiem od poczatku kontaktow seksualnych małe  nie bylo to zwiazane jedynie z seksem. Mialam grupke przyjaciol plci obojga i dotykanie ich (w sensie przytulanie, spanie w jednym lozku itp nigdy nie bylo problemem)

Pozniej, z czasem zaczelam uwielbiac dotyk (seksualny i plaroniczny) ale tylko od osob lubianych przeze mnie. Do tej pory mam problem z dotykiem osoby, ktorej nie akceptuje calkowicie. To sa jakby dwa swiaty "swoi", ktorych dotyk uwielbiam i "obcy", ktorych dotyku nie znosze. W stosunku do obcych problemem jest nawet uscisniecie dloni na przywitanie nawet po latach znajomosci.

Osobę, którą akceptuję mogę dotykac od razu.

Przyznam, że czasem ten dualizm utrudnia mi zycie, bo reaguję wycofaniem w bardzo typowych sytuacjach kiedy tak na rozum  nie ma zadnego powodu mojej niechęci i bylabym szczesliwa gdybym mogla nad tym bardziej panować chociazby z tego powodu, ze niektore osoby zauwazaja moje nietypowe zachowania w tej kwestii.

Czy to nie jest tak, że ludzie, którzy Cię już znają i na których Ci zależy już po prostu wiedzą, że masz pewne reakcje takie, a nie inne ?
Mówiąc szczerze nie bardzo rozumiem czemu sobie robisz problem ? Moim zdaniem nie jest z Tobą jakoś źle. Ja też nie lubię np. tego standardowego uścisku dłoni. Na czym polegają te sytuacje, które Ci tak utrudniają życie ?

142

Odp: Terapia małżeńska, par...
Iceni napisał/a:

Mam problem z dotykiem w takim sensie, ze we wczesnymdziecinstwie  nie lubilam dotyku. Nie wiem czy nie lubilam go z jakichs wlasnych powodow (np zaburzen podchodzacych pod autyzm) czy ze wzgledu na sytuacje w domu (alkoholizm ojca plus o wiele starsze rodzenstwo i zablokowana emocjonalnie matka) ale pamietam, że ja nie lubilam nawet kiedy ona mnie dotykala. Np kiedy spalam z nia razem to odsuwalam sie w nocy tak, aby jej nie dotykac, nie dawalam sie przytulac, a dotyk obcych to byla trauma. Nawet w wieku kilku lat (w takim, ze juz sie to pamieta) ja sie z wrzaskiem wyrywalam kiedy ktos probowal mnie wziac na rece.

Iceni, dzieci lubią dotyk bliskich osób. Wiele badań pokazuje, że wręcz nie rozwijają się prawidłowo, gdy dotyku brak. Myślę, że może doświadczyłaś w okresie przedwerbalnym, czyli w tym okresie którego nie pamiętamy - bólu związanego z dotykiem. Stąd twoje późniejsze zachowanie. Zaadaptowalaś w ten sposób się do środowiska, aby w najlepszy dla siebie sposób przetrwać. Stawiam zatem na blokadę. Tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę to, co nastąpiło później.

Iceni napisał/a:

Zmiana (albo ta blokada nie wystepuje w tej sytuacji) nastąpiła w wieku nastoletnim -  nie mialam zadnego problemu z dotykiem od poczatku kontaktow seksualnych małe  nie bylo to zwiazane jedynie z seksem. Mialam grupke przyjaciol plci obojga i dotykanie ich (w sensie przytulanie, spanie w jednym lozku itp nigdy nie bylo problemem)

Okres nastoletni to okres doświadczania siebie, testowania, eksperymentowania, budowania swojej tożsamości. W tym okresie zaprzyjaźniamy się (bądź nie) ze swoim ciałem. Zaczęłaś sprawdzać, doświadczać i widać, że ci się to spodobało wink


Iceni napisał/a:

Pozniej, z czasem zaczelam uwielbiac dotyk (seksualny i plaroniczny) ale tylko od osob lubianych przeze mnie. Do tej pory mam problem z dotykiem osoby, ktorej nie akceptuje calkowicie. To sa jakby dwa swiaty "swoi", ktorych dotyk uwielbiam i "obcy", ktorych dotyku nie znosze. W stosunku do obcych problemem jest nawet uscisniecie dloni na przywitanie nawet po latach znajomosci.

Osobę, którą akceptuję mogę dotykac od razu.

Przyznam, że czasem ten dualizm utrudnia mi zycie, bo reaguję wycofaniem w bardzo typowych sytuacjach kiedy tak na rozum  nie ma zadnego powodu mojej niechęci i bylabym szczesliwa gdybym mogla nad tym bardziej panować chociazby z tego powodu, ze niektore osoby zauwazaja moje nietypowe zachowania w tej kwestii.

Wg mnie reagujesz zdrowo smile Chociaż fakt, że akurat ja jestem bardziej niedotykalska i kontakt cielesny zostawiam naprawdę bliskim osobom.
Uważasz swoje wycofanie i awersję do dotykania osób, których nie lubisz oraz chęć kontaktu z lubianymi osobami za zbyt intensywne/mocne?
W sumie jak inni to zauważają to chyba faktycznie jest to ponad normę, ale czy ci to przeszkadza, chcesz to zmienić?

143

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:
Pirx napisał/a:

Wilczysko,odnośnie Twojego syna.
Wychowałem się w takiej rodzinie.
Powiem Ci jedno.Im bardziej będziesz zostawiał go bez wsparcia ,mam na myśli to że jeśli widzisz że atak żony jest bezpodstawny - natychmiast ja zastopuj.Na jego oczach niezależnie od awantury na linii Ty ona.

W tej chwili zostawiasz go samemu sobie.
Źle to zabrzmi ale nie dajesz męskiego wzorca,budujesz w nim przekonanie że kobieta może Wszystko.A.fsxet nie ma prawa reagowac.
Przykro mi jeśli Cię tym uraze, ale tak to wygląda oczami dziecka.U mnie poszło to łagodniejszym torem,bo mam taki a nie inny charakter.Ale długo wzorem ojca,zagryzalem zęby i lagodzilem sytuacje.
Pomyśl o tym ok?

Rozumiem to co piszesz. Tylko, że kiedy staję w obronie syna, to spotykam się zarzutem, że podważam autorytet żony, że nie powinienem przy nim jej krytykować. Ja to rozumiem, tylko że realnie to jest ciężko w momencie jak jest kryzysowa sytuacja odczekać ileś czasu, żeby się nadarzyła sposobność, aby wyrazić swoje zdanie bez obecności syna. Po jakimś czasie to już po prostu emocje opadają i nie mam ochoty wracać do sprawy.
Szlag mnie trafia kiedy widzę w mojej żonie swoją matkę. Ja nie twierdzę, że syn nie jest też bez winy, bo on naprawdę, jak to się dzisiaj mówi, ma ewidentnie "wyjebane" na pewne kwestie. I nic nie jest w stanie go zmienić. I to są często takie prozaiczne głupie sprawy, które naprawdę nie są fizyką kwantową i można je sobie przyswoić, no ale ten typ nie jest w stanie tego zrobić. Nie wiem czy to jest taka konstrukcja psychiczna, czy czasami jest to też jakiś wyraz buntu. Może jedno i drugie. W każdym razie ja uważam, że mądrością jest też rozdzielanie spraw o które warto kruszyć kopię i te które już należy odpuścić. Żona niestety ma z tym problem. Mimo, że za rok syn będzie miał 18-tkę to żona go wciąż pyta, czy się spakował do szkoły. Mnie ręce opadają jak to słyszę. Gdybym chciał być upierdliwy i konfliktowy to naprawdę często darłbym z nią koty, bo uważam, że jest nadopiekuńcza, że za bardzo chce go kontrolować i absolutnie nie uczy go samodzielnego myślenia i pilnowania swoich spraw. Myśli za niego. A żeby było śmieszne to żona ma wykształcenie pedagogiczne big_smile Dobrze, że nie pracuje w zawodzie.
Jest też jeszcze jedna kwestia dotycząca mojego reagowania. Zauważyłem, że syn kiedy wdaje się w kłótnie z żoną to nieraz używa moich argumentów i słów. A robi to nie zawsze kiedy ma rację. I z tym też nie czuję się dobrze. Tak więc z tym dawaniem męskiego wzorca to nie jest zupełnie tak. W moim domu ojciec był stroną jednoznacznie dominującą nad matką. Był domowym Darth Vaderem przez którego matka płakała i zawsze musiało być tak jak on chce. Myślisz, że to mi zbudowało dobry męski wzorzec ? Akurat całkiem odwrotnie.

Wilku, nie chcę Ci truć.
Ale w tej wypowiedzi dotknięty został chyba właściwy problem.
Uczysz syna reagować tak jak Ty.
Zacznie myśleć tak Ty.Nie mówię że to źle. W tej sytuacji jednak - nie sprawdzi się.
Spójrz: podważanie autorytetu.JEJ.Ty tego autorytetu u niej nie masz.Mnie niemal podobnie wychowano.

Pogadaj z terapeutą ,ale jestem zdania że czas zerwać z myśleniem jakie przedstawiłeś.Chrzań jej autorytet.Chrzanić JEJ postrzeganie.
Będzie burza ,na pewno .Z tym że inaczej do niej nie dotrzesz, a dwa będziesz cały czas żył w przekonaniu że z Tobą jest coś nie tak.
To nie sprawi że ona Cię pokocha, ale przynajmniej zerwiesz z wasalstwem jakie masz w genach.Przynajmniej spróbuj.

144 Ostatnio edytowany przez summerka88 (2018-04-03 14:23:42)

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:

Może się mylę, ale chyba każdy facet marzy trochę o roli takiego rycerza. Nie zaprzeczę, że to, że jej pomogłem wyjść na prostą i wydostać się z życiowego dołka w jakimś stopniu napawało mnie dumą z samego siebie. A to naprawdę rzadkie uczucie u mnie. Czułem to, że zrobiłem coś wartościowego. Ale czułem wtedy też, że realnie do siebie pasujemy. Że mamy podobny światopogląd, poczucie humoru. Cieszyłem się z tego jak układały mi się relacje z jej synem.

Może panowie się wypowiedzą jak widzą siebie w roli rycerza smile
Na moje oko to musi być przyjemne, bo daje poczucie „wielkości” w sensie sprawczości, zaradności. Może też pompować ego. Raczej miłe doznanie. Bardziej w kontekście tego wątku miałam na myśli myślenie o sobie w kategoriach kogoś, kto musi sobie w taki bądź inny sposób na miłość zasłużyć. Kobiety zzęsto np. myślą, że muszą być dobrymi kucharkami, sprzątaczkami i opiekunkami, żeby być wystarczająco dobre, żeby je kochać.

U ciebie,jak piszesz Wilku, były jeszcze inne podstawy, które pozwalały sądzić, że związek ma szansę być stałym źródłem satysfakcji, tj. dopasowanie pod ważnymi dla ciebie kwestiami. I zdaje się, że dużym bonusem było dziecko, więc co poszło nie tak?

145

Odp: Terapia małżeńska, par...
summerka88 napisał/a:
wilczysko napisał/a:

Może się mylę, ale chyba każdy facet marzy trochę o roli takiego rycerza. Nie zaprzeczę, że to, że jej pomogłem wyjść na prostą i wydostać się z życiowego dołka w jakimś stopniu napawało mnie dumą z samego siebie. A to naprawdę rzadkie uczucie u mnie. Czułem to, że zrobiłem coś wartościowego. Ale czułem wtedy też, że realnie do siebie pasujemy. Że mamy podobny światopogląd, poczucie humoru. Cieszyłem się z tego jak układały mi się relacje z jej synem.

Może panowie się wypowiedzą jak widzą siebie w roli rycerza smile
Na moje oko to musi być przyjemne, bo daje poczucie „wielkości” w sensie sprawczości, zaradności. Może też pompować ego. Raczej miłe doznanie. Bardziej w kontekście tego wątku miałam na myśli myślenie o sobie w kategoriach kogoś, kto musi sobie w taki bądź inny sposób na miłość zasłużyć. Kobiety zzęsto np. myślą, że muszą być dobrymi kucharkami, sprzątaczkami i opiekunkami, żeby być wystarczająco dobre, żeby je kochać.

U ciebie,jak piszesz Wilku, były jeszcze inne podstawy, które pozwalały sądzić, że związek ma szansę być stałym źródłem satysfakcji, tj. dopasowanie pod ważnymi dla ciebie kwestiami. I zdaje się, że dużym bonusem było dziecko, więc co poszło nie tak?

Nie miałem nigdy powodzenia u kobiet. Więc faktycznie może i myślałem, że muszę na miłość jakoś zapracować.
A co poszło nie tak ? Może ten efekt "rycerza" przestał z czasem działać wink ? Z tego co rozmawialiśmy na terapii to żona całkiem inaczej ocenia sytuację, bo wg mnie coś zaczęło się już psuć w momencie jak zaczęliśmy razem mieszkać. A ona była zdziwiona takim stwierdzeniem, bo uważa, że wszystko było ok.
Wkurza mnie, że muszę to stwierdzić, ale wszystko coraz bardziej zaczęło się sypać i rzadziej był seks. Kiedy doszło do momentu, że seks był raz lub dwa na rok to już się czuło, że coś jest mocno nie tak. A w momencie kiedy zaczęliśmy spać oddzielnie to już była równia pochyła. Poza tym coraz bardziej zaczęła mnie irytować niezmienna postawa żony względem syna. Ciągle ta sama nerwowość itd. A syn przecież rośnie, staje się coraz starszy. A ona jakby się zatrzymała na etapie 10-latka. Coraz częściej i częściej zacząłem odczuwać wobec niej złość. I to była najczęściej taka niewypowiedziana złość. Bo tak realnie rzecz mówiąc to my się nie kłócimy intensywnie. Nawet tego nie potrafimy. To są jeśli już krótkie wybuchy po których następuje długa cisza. Obie strony zamykają się w sobie.

146 Ostatnio edytowany przez Iceni (2018-04-03 14:51:57)

Odp: Terapia małżeńska, par...
summerka88 napisał/a:

Iceni, dzieci lubią dotyk bliskich osób. Wiele badań pokazuje, że wręcz nie rozwijają się prawidłowo, gdy dotyku brak. Myślę, że może doświadczyłaś w okresie przedwerbalnym, czyli w tym okresie którego nie pamiętamy - bólu związanego z dotykiem. Stąd twoje późniejsze zachowanie. Zaadaptowalaś w ten sposób się do środowiska, aby w najlepszy dla siebie sposób przetrwać. Stawiam zatem na blokadę. Tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę to, co nastąpiło później.

Iceni napisał/a:

Zmiana (albo ta blokada nie wystepuje w tej sytuacji) nastąpiła w wieku nastoletnim -  nie mialam zadnego problemu z dotykiem od poczatku kontaktow seksualnych małe  nie bylo to zwiazane jedynie z seksem. Mialam grupke przyjaciol plci obojga i dotykanie ich (w sensie przytulanie, spanie w jednym lozku itp nigdy nie bylo problemem)

Okres nastoletni to okres doświadczania siebie, testowania, eksperymentowania, budowania swojej tożsamości. W tym okresie zaprzyjaźniamy się (bądź nie) ze swoim ciałem. Zaczęłaś sprawdzać, doświadczać i widać, że ci się to spodobało wink


Iceni napisał/a:

Pozniej, z czasem zaczelam uwielbiac dotyk (seksualny i plaroniczny) ale tylko od osob lubianych przeze mnie. Do tej pory mam problem z dotykiem osoby, ktorej nie akceptuje calkowicie. To sa jakby dwa swiaty "swoi", ktorych dotyk uwielbiam i "obcy", ktorych dotyku nie znosze. W stosunku do obcych problemem jest nawet uscisniecie dloni na przywitanie nawet po latach znajomosci.

Osobę, którą akceptuję mogę dotykac od razu.

Przyznam, że czasem ten dualizm utrudnia mi zycie, bo reaguję wycofaniem w bardzo typowych sytuacjach kiedy tak na rozum  nie ma zadnego powodu mojej niechęci i bylabym szczesliwa gdybym mogla nad tym bardziej panować chociazby z tego powodu, ze niektore osoby zauwazaja moje nietypowe zachowania w tej kwestii.

Wg mnie reagujesz zdrowo smile Chociaż fakt, że akurat ja jestem bardziej niedotykalska i kontakt cielesny zostawiam naprawdę bliskim osobom.
Uważasz swoje wycofanie i awersję do dotykania osób, których nie lubisz oraz chęć kontaktu z lubianymi osobami za zbyt intensywne/mocne?
W sumie jak inni to zauważają to chyba faktycznie jest to ponad normę, ale czy ci to przeszkadza, chcesz to zmienić?

Może być tak, że przyczyny tkwią głębiej niż sięgam pamięcią.

Nie jest to dla mnie na obecnym etapie jakiś gigantyczny problem, ale czasami przeszkadza.

Nie umiem na przyklad przełamać się w monencie, kiedy ktos np potrzebuje przytulenia (w miarę bliska mi osoba, ale taka ktora jest poza strefą dotyku) jako np formy pocieszenia. I z jednej strony ja wiem, że to jest to, co w danym momencie owa osoba potrzebuje i nawet chcialabym to zrobic - ale ten opór jest silniejszy. To znow wytwarza we mnie taki wewnetrzny konflikt i stoję, nic nie robie, a potem żałuję, że się nie przełamałam.

Drugą sytuacja sa wszelkiego rodzaju imprezy towarzyskie i moment składania życzeń -  mam problem z osobami bardziej wylewnymi i choc duzo osob wie, ze nie przepadam za dotykiem to czesto o tym zapominaja. Tu znow pojawia sie problem, bo spodziewając sie takich akcji czuję się zle trzy dni wczesniej. I o ile np nad zachowaniami z pogranicza fobii spolecznej udaje mi się dość dobrze panowac (zdarzało mi się unikać wszelkich form kontaktu)  to nad reakcjami na dotyk nie umiem.

Chcialabym to zmienic o tyle, ze w pewnych sytuacjach przy zwiekszonej tolerancji reagowalabym mniej intensywnie, a co za tym idzie dawałoby to mi wiekszy spokoj ducha.

Z drugiej strony z wiekiem ludzie staja sie mniej wylewni to moze problem sam się niedlugo  rozwiaze big_smile

147

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:
adiaphora napisał/a:

sorry, ale zadne terapie nie sprawią, ze będziesz TYM facetem dla swojej zony. Chyba juz kilka osób gdzieś wczesniej pisało, ze jesteś dla niej opcja zapasową. Nie kocha Cie i nigdy nie kochała. Nie pociagasz jej jako facet.  Jesteście razem bo ona jako samotna kobieta z dzieckiem potrzebowała spokojnego, odpowiedzialnego faceta. Dlatego na poczatku, przed slubem bylo lepiej. A teraz... Przeciez nie powie Ci tego prosto w oczy bo takich rzeczy się nie mowi.  Stad terapie nic nie zmienią. One sa tylko na pokaz i dla Twojego swietego spokoju, zebys nie mogl jej zarzucic, ze nie zalezy jej i ze sie nie stara. No to Ci mowi, ze przeciez jej zalezy bo gdyby nie, to by nie zgodzila sie na terapie.
Sam się oszukujesz wierząc, ze cokolwiek się zmieni. Boisz się odejść. Wiele osób tkwi w także ch układach bo nie maja odwagi zaczynać od nowa albo nie wierzą, ze będzie im lepiej.

Pewnie masz trochę racji, ale myślę, że jednak aż tak wyrachowana nie była. Ale może jestem naiwny.

to nie musiało być jakieś wielkie wyrachowanie. W jej oczach możesz być dobrym człowiekiem i mężem oraz ojcem dla jej dziecka.   Może miała nadzieje, ze jakoś to będzie... Ale to nigdy tak nie jest, co niejedna kobieta tu opisywała, będąc w takim układzie. Bo choćby nie wiem jak ktoś był dobry to jeśli nie czuje się  chemii ani miłości to seks  staje sie obowiazkiem malzenskim, czesto przykrym,  stad robi sie uniki, aby nie dopuszczac do niezrecznych sytuacji. Dlatego ucina sie w zarodku kazdy gest, ktory mógłby być wstepem do zblizenia. Zwlaszcza, gdy ma sie swiadomosc, ze druga strona chce tej bliskosci.  Jak gdzies niejedna pisała, ze kładzie się do lozka jak maz juz zaśnie, żeby nie dopuszczać do  sytuacji o jakich piszesz, ze on będzie chciał się przytulic czy ja objąć...i nie daj Boże  zachce mu sie seksu a ona będzie musiała wykrecac się, ze jest zmeczona czy glowa ja boli...
To najczęściej z tego wynika ta  oschlosc i niechęć do bliskości w zwiazku.  Zimny chow to tylko wymowka. Wystarczy odpowiedni partner i nagle ma się ochotę na wszystko czego dotąd się unikalo...
Związki z rozsądku są dobre wtedy, gdy obie strony maja świadomość, ze łączy ich tylko przyjazn, wspólne zainteresowania czy cokolwiek ale nie milosc ani seks. Bo gdy jedna się poświęca to cierpią oboje.
Wilczysko, Twoja zona nie jest głupia i doskonale zdaje sobie sprawę, ze Wasz związek jest chory. Ze Ty potrzebujesz czulosci, dotyku, seksu a ona udaje, ze tego nie widzi. Ale wcale nie jest jej z tego powodu przyjemnie.
Tak czy siak, jak dla mnie nie ma tu czego ratować. Terapia dla Ciebie jak najbardziej, abyś w koncu dojrzał do decyzji o odejściu. Życie jest zbyt krótkie aby męczyć się w związku, który niczego Ci nie daje i w którym czujesz się nieszczęśliwy. Pomimo swoich kompleksów, musisz uwierzyc, ze zaslugujesz na kogoś, dla kogo będziesz najważniejszy.

148 Ostatnio edytowany przez Pirx (2018-04-03 15:02:30)

Odp: Terapia małżeńska, par...

Wilku, jeśli dobrze rozumiem -> miałeś nieciekawy dom.
Spójrz : syn ma to samo! Wyjdzie z tym samym!
Mnie tez się kiedyś wydawało że nie mam powodzenia u kobiet.Wiesz jakie zdziwienie wywołały u mnie (po latach) koleżanki z lat szkolno-młodzieńczych? ;-)
Miałem i to duże, tylko to podświadomie ignorowałem.Ba ,tłumilem 'przeciwstawienie się' takim akcjom.Brałem kobietę za autoryte po części.I miałem dylematy ;-)

A moja matka jest jak Twoja żona.Moja obecna ex,zgadnij jak kto? ;-) Pośrednio ale była.

Wiem że to wątek o Tobie, ale patrzę na całość, także syna.Znam skutki.
W tej chwili, to Twoja postawa zadecyduje co dalej.

Point is : To nie Ty i syn potrzebujecie jej ,tylko ona Was.
Tego nie widzisz.Tak szybko jak wyzwolisz się z 'nie podważę jej autorytetu" tak długo będziesz się męczył ;-)

Wiesz co wygarnąłem po latach ojcu? Że tkwił w tym. I tylko jeden jego argument do mnie przemówił: "Bałem się Ciebie z nią zostawić samego.Pod opieką a dostałaby ją"
A ja byłbym wdzięczny im gdyby się rozwiedli.Nawet jak miałem 15-17 lat.Sam bym zdecydował z kim bym przebywał.

I nie wiem czy dobrze rozumiem adiaphore -> ale sądzę że Ty się nie czujesz mężczyzną. Więc jak masz być kimś, kim się nie czujesz?

149

Odp: Terapia małżeńska, par...
Iceni napisał/a:

Zaciekawiło mnie to, co piszecie o dotyku, bo ja mam z tym od zawsze pewien problem.

Nie chce jednak ściągać watku wilka na inny tor - ma ktos ochotę pokontynuowac ten temat w osobnym topiku?

o dotyku ją mogę zawsze i wszędzie

150 Ostatnio edytowany przez adiafora (2018-04-03 15:32:23)

Odp: Terapia małżeńska, par...

Pirx, Wilku z powodu swoich kompleksów uważa, ze nic lepszego juz mu się nie trafi a nawet gdyby mial nadzieje, ze jednak, to on  nie ma śmiałości do kobiet, co czesto powtarza a co należy traktować jako wymowke. No bo jak on miałby sobie znaleźć jakąś kobietę? Z nieba mu spadnie? Jak czytam Wilka to mam wrażenie, ze  on sam siebie sabotuje. Niby mu źle ale nie robi nic aby było mu lepiej.  Może chodzic na terapie i kolejnych 10 lat ale one nie sprawia, ze zona stanie się dla niego ciepłą, namietną kobietą lubiącą seks.
Oczywiście, ze Wilk nie czuje się mężczyzna w oczach swojej zony. Wykastrowala go skutecznie. Przecież ciągle o tym pisze.

Obserwujac niechec Wilka do jakichkolwiek zmian, obawiam sie, ze zadnej rewolucji w swoim zyciu nie zrobi i bedzie dzwigal swoj krzyz dalej. No chyba, ze pozna jakas super babeczke i ona  bedzie tym  katalizatorem dobrych zmian smile

151

Odp: Terapia małżeńska, par...
adiaphora napisał/a:

Pirx, Wilku z powodu swoich kompleksów uważa, ze nic lepszego juz mu się nie trafi a nawet gdyby mial nadzieje, ze jednak, to on  nie ma śmiałości do kobiet, co czesto powtarza a co należy traktować jako wymowke. No bo jak on miałby sobie znaleźć jakąś kobietę? Z nieba mu spadnie? Jak czytam Wilka to mam wrażenie, ze  on sam siebie sabotuje. Niby mu źle ale nie robi nic aby było mu lepiej.  Może chodzic na terapie i kolejnych 10 lat ale one nie sprawia, ze zona stanie się dla niego ciepłą, namietną kobietą lubiącą seks.
Oczywiście, ze Wilk nie czuje się mężczyzna w oczach swojej zony. Wykastrowala go skutecznie. Przecież ciągle o tym pisze.

Zgadzam się z Tobą, znam ten tok myślenia bo byłem jego bliski. Powiedzmy Wilku ma go w 100% ,ja miałem najpierw 50. poźniej w 20.
Też przez jakiś czas sam siebie 'sabotowałem' .
Dlatego namawiam go do zerwania z tymi wymówkami. To trudne ale możliwe dla niego .

152 Ostatnio edytowany przez Iceni (2018-04-03 15:30:34)

Odp: Terapia małżeńska, par...
_v_ napisał/a:
Iceni napisał/a:

Zaciekawiło mnie to, co piszecie o dotyku, bo ja mam z tym od zawsze pewien problem.

Nie chce jednak ściągać watku wilka na inny tor - ma ktos ochotę pokontynuowac ten temat w osobnym topiku?

o dotyku ją mogę zawsze i wszędzie

Ale nie z kazdym? big_smile

Edit: znaczy rozmawiac to mozna z kazdym tongue wlasciwie nawet pisanie o tym jest przyjemne jezeli przywoła się te przyjemne skojarzenia.

153 Ostatnio edytowany przez adiafora (2018-04-03 15:49:58)

Odp: Terapia małżeńska, par...
Pirx napisał/a:
adiaphora napisał/a:

Pirx, Wilku z powodu swoich kompleksów uważa, ze nic lepszego juz mu się nie trafi a nawet gdyby mial nadzieje, ze jednak, to on  nie ma śmiałości do kobiet, co czesto powtarza a co należy traktować jako wymowke. No bo jak on miałby sobie znaleźć jakąś kobietę? Z nieba mu spadnie? Jak czytam Wilka to mam wrażenie, ze  on sam siebie sabotuje. Niby mu źle ale nie robi nic aby było mu lepiej.  Może chodzic na terapie i kolejnych 10 lat ale one nie sprawia, ze zona stanie się dla niego ciepłą, namietną kobietą lubiącą seks.
Oczywiście, ze Wilk nie czuje się mężczyzna w oczach swojej zony. Wykastrowala go skutecznie. Przecież ciągle o tym pisze.

Zgadzam się z Tobą, znam ten tok myślenia bo byłem jego bliski. Powiedzmy Wilku ma go w 100% ,ja miałem najpierw 50. poźniej w 20.
Też przez jakiś czas sam siebie 'sabotowałem' .
Dlatego namawiam go do zerwania z tymi wymówkami. To trudne ale możliwe dla niego .

to może zamiast terapii małżeńskiej, porzadna terapia kognitywna która nakieruje jego myślenie na wlasciwe tory.  Niską samoocenę da się przeciez  leczyc. Od tego należałoby zacząć, żeby w ogóle ruszyć z czymkolwiek. Bo z myśleniem - jestem do dupy, widocznie nie zasluguje na nic lepszego to można tylko  w leb se strzelic. Bo to zazwyczaj jedyna inicjatywa na która takiego czlowieka jeszcze bez wysiilku stać.

154 Ostatnio edytowany przez Iceni (2018-04-03 15:46:45)

Odp: Terapia małżeńska, par...

I iść pobiegać!

Najprostsza forma podniesienia dopaminy tongue

Wilku, rusz d**! Bo jak nie, to przyjadę i Ci ją skopie lol

155

Odp: Terapia małżeńska, par...

I myślę że najtrudniejsze będzie dla Wilka przełknięcie że jest 'na zastępstwo'.
Przy jego kompleksach i niskiej samoocenie : bolesne ale konieczne.

156 Ostatnio edytowany przez summerka88 (2018-04-03 16:32:03)

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:

Nie miałem nigdy powodzenia u kobiet. Więc faktycznie może i myślałem, że muszę na miłość jakoś zapracować.
A co poszło nie tak ? Może ten efekt "rycerza" przestał z czasem działać wink ? Z tego co rozmawialiśmy na terapii to żona całkiem inaczej ocenia sytuację, bo wg mnie coś zaczęło się już psuć w momencie jak zaczęliśmy razem mieszkać. A ona była zdziwiona takim stwierdzeniem, bo uważa, że wszystko było ok.
Wkurza mnie, że muszę to stwierdzić, ale wszystko coraz bardziej zaczęło się sypać i rzadziej był seks. Kiedy doszło do momentu, że seks był raz lub dwa na rok to już się czuło, że coś jest mocno nie tak. A w momencie kiedy zaczęliśmy spać oddzielnie to już była równia pochyła. Poza tym coraz bardziej zaczęła mnie irytować niezmienna postawa żony względem syna. Ciągle ta sama nerwowość itd. A syn przecież rośnie, staje się coraz starszy. A ona jakby się zatrzymała na etapie 10-latka. Coraz częściej i częściej zacząłem odczuwać wobec niej złość. I to była najczęściej taka niewypowiedziana złość. Bo tak realnie rzecz mówiąc to my się nie kłócimy intensywnie. Nawet tego nie potrafimy. To są jeśli już krótkie wybuchy po których następuje długa cisza. Obie strony zamykają się w sobie.

Z tego, co napisałeś wynika, że jest związek między ilością/jakością seksu w twoim związku i satysfakcją lub jak wolisz jej brakiem w związku. To pokazuje korelację ale nie związek przyczynowo-skutkowy.
Co było najpierw?
Twoja żona może uważać, że najpierw się pogorszyło w waszej relacji, co przełożyło się na seks, a ty i chyba większość wypowiadających się tutaj osób twierdzi odwrotnie. Zwykło się też mówić, że seks jest barometrem związku.
To chyba jednak nie ma znaczenia, co pierwsze się wywaliło. Ważne, że leży i podnieść nie można.

Zostaje jeszcze ta wasza frustracja i złość. Zbiera się jak woda w spłuczce, niewyrażona. Może czas ją spuścić zanim sama znajdzie ujście i poleci z siłą wodospadu. Przecież nie trzeba krzyczeć i walić pięścią w stół, żeby wyrazić złość. Można powiedzieć wprost, że wkurza mnie i złości to i to, nie mogę znieść tego i tego. Ale jakbyś miał ochotę pokrzyczeć, to czemu nie big_smile

157

Odp: Terapia małżeńska, par...

Myślę, ze zbyt mocno życie kręci Ci się wokół żony i to wbrew pozorom przeszkadza, a nie pomaga... Zajmij się sobą..

158 Ostatnio edytowany przez summerka88 (2018-04-03 16:42:45)

Odp: Terapia małżeńska, par...
Iceni napisał/a:

Może być tak, że przyczyny tkwią głębiej niż sięgam pamięcią.

Nie jest to dla mnie na obecnym etapie jakiś gigantyczny problem, ale czasami przeszkadza.

Nie umiem na przyklad przełamać się w monencie, kiedy ktos np potrzebuje przytulenia (w miarę bliska mi osoba, ale taka ktora jest poza strefą dotyku) jako np formy pocieszenia. I z jednej strony ja wiem, że to jest to, co w danym momencie owa osoba potrzebuje i nawet chcialabym to zrobic - ale ten opór jest silniejszy. To znow wytwarza we mnie taki wewnetrzny konflikt i stoję, nic nie robie, a potem żałuję, że się nie przełamałam.

A może Iceni, ty się boisz jak ktoś zareaguje w takiej chwili na twój dotyk, jak to odbierze? Może boisz się, że ciebie odepchnie, odrzuci, odbierze z niesmakiem? Pomyślałam sobie, że może wspominana przez ciebie nietolerancja dotyku w dzieciństwie to twoja reakcja na to jak był odbierany twój dotyk jako małego dziecka. Wiesz, ja mam małe dziecko i nie trudno mi sobie wyobrazić, że jakbym ileś razy je odepchnęła gdy chciałoby abym wzięła na ręce, przytuliła albo po prostu szukało bezpiecznego schronienia, to po jakimś czasie zacząłby unikać kontaktu ze mną, potem unikając także kontaktu z innymi, kojarząc go z bólem odrzucenia. Aż mnie ściska gdy o tym piszę sad Ale tak działa warunkowanie.

Iceni napisał/a:

Drugą sytuacja sa wszelkiego rodzaju imprezy towarzyskie i moment składania życzeń -  mam problem z osobami bardziej wylewnymi i choc duzo osob wie, ze nie przepadam za dotykiem to czesto o tym zapominaja. Tu znow pojawia sie problem, bo spodziewając sie takich akcji czuję się zle trzy dni wczesniej. I o ile np nad zachowaniami z pogranicza fobii spolecznej udaje mi się dość dobrze panowac (zdarzało mi się unikać wszelkich form kontaktu)  to nad reakcjami na dotyk nie umiem.

Chcialabym to zmienic o tyle, ze w pewnych sytuacjach przy zwiekszonej tolerancji reagowalabym mniej intensywnie, a co za tym idzie dawałoby to mi wiekszy spokoj ducha.

Z drugiej strony z wiekiem ludzie staja sie mniej wylewni to moze problem sam się niedlugo  rozwiaze big_smile

Wbrew pozorom to też może być obawa przed tym jak inni zareagują, gdy już będą ciebie trzymać w ramionach z rozpędu.

159 Ostatnio edytowany przez lilly25 (2018-04-03 17:03:45)

Odp: Terapia małżeńska, par...
_v_ napisał/a:
Iceni napisał/a:

Zaciekawiło mnie to, co piszecie o dotyku, bo ja mam z tym od zawsze pewien problem.

Nie chce jednak ściągać watku wilka na inny tor - ma ktos ochotę pokontynuowac ten temat w osobnym topiku?

o dotyku ją mogę zawsze i wszędzie

Ja tez jestem chetna na rozmowe, to moze niech ktoras z nas zalozy taki temat w odpowiednim dziale.

--- --- --- ---

Wilku, a od ilu lat znasz zone? Kiedys zachowywala sie wobec Ciebie inaczej, czy zawsze tak bylo?

160

Odp: Terapia małżeńska, par...
lilly25 napisał/a:
_v_ napisał/a:
Iceni napisał/a:

Zaciekawiło mnie to, co piszecie o dotyku, bo ja mam z tym od zawsze pewien problem.

Nie chce jednak ściągać watku wilka na inny tor - ma ktos ochotę pokontynuowac ten temat w osobnym topiku?

o dotyku ją mogę zawsze i wszędzie

Ja tez jestem chetna na rozmowe, to moze niech ktoras z nas zalozy taki temat w odpowiednim dziale.

--- --- --- ---

Wilku, a od ilu lat znasz zone? Kiedys zachowywala sie wobec Ciebie inaczej, czy zawsze tak bylo?

Od jakiś 12 lat. Kiedyś było inaczej.

161

Odp: Terapia małżeńska, par...
Pirx napisał/a:

I myślę że najtrudniejsze będzie dla Wilka przełknięcie że jest 'na zastępstwo'.
Przy jego kompleksach i niskiej samoocenie : bolesne ale konieczne.

To co piszecie z Adiaphorą jest bardzo trudne dla mnie sad
Jest to na pewno materiał do przemyśleń.

162

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:
Pirx napisał/a:

I myślę że najtrudniejsze będzie dla Wilka przełknięcie że jest 'na zastępstwo'.
Przy jego kompleksach i niskiej samoocenie : bolesne ale konieczne.

To co piszecie z Adiaphorą jest bardzo trudne dla mnie sad
Jest to na pewno materiał do przemyśleń.

Dlaczego trudne? Może wyzwoleńcze.. Czasami a może nawet niestety często tak bywa, że ktoś jest z kimś, nie do końca nas akceptując. I nie świadczy to o nas, tylko o nim..
Dlatego Pirx pisał o samoocenie, a Iceni i ja o tym, byś zadbał o siebie.

163 Ostatnio edytowany przez Pirx (2018-04-03 17:33:55)

Odp: Terapia małżeńska, par...

Przemyśl Wilku, pogadaj o tym na terapii, pomyślcie jak porozmawiać o tym z Twoją żoną.
Realia mogą byc nieprzyjemne, ale lepsze to niż iluzja lub domysły.Nie sądzisz?

Zobacz : u mnie prawda czemu "modliszka' była ze mną, oraz to że atak na mnie i ocena mnie  nie miała ze mną nic wspólnego tylko z faktem że już kogoś przygruchała - właśnie była wyzwalająca.Wcześniej, od sierpnia tonąłem momentami w domysłach,w biczowaniu się że ze mną coś nie tak itp. Samoocena -100 .
Cała prawda zadziałała odwrotnie.
Rozumiem że to może być trudne, bo kiedy przed rozstaniem , poznałem przypadkiem prawdę o tym że jest mną bo jest jej wygodnie, itd była wstrząsem a jej późniejsze kłamstwa - dobijające.
Ostatecznie podziałalo wyzwalająco własnie. Skupiłem się 'na sobie' , na wszystkich sprawach przez które czułem sie 'gorszy' i niemal uwierzyłem w to.
Serio to jest mega ciężar który spada z pleców.

164

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:
lilly25 napisał/a:

Wilku, a od ilu lat znasz zone? Kiedys zachowywala sie wobec Ciebie inaczej, czy zawsze tak bylo?

Od jakiś 12 lat. Kiedyś było inaczej.

Skoro kiedys bylo inaczej, to moze nie byla jednak z Toba z wyrachowania, tylko po drodze uczucie przygaslo z jakichs powodow? Takie zwiazki w ktorych zainteresowanie druga osoba, oraz czulosc w stosunku do niej nawet po dluzszym okresie czasu sie utrzymuja nie sa chyba czyms bardzo czestym/czestym, wiec niekoniecznie musiala cos udawac od poczatku.

165 Ostatnio edytowany przez nimfa_błotna (2018-04-03 18:22:00)

Odp: Terapia małżeńska, par...
lilly25 napisał/a:
wilczysko napisał/a:
lilly25 napisał/a:

Wilku, a od ilu lat znasz zone? Kiedys zachowywala sie wobec Ciebie inaczej, czy zawsze tak bylo?

Od jakiś 12 lat. Kiedyś było inaczej.

Wilku, gdyby ona od początku nie chciała w ogóle Cię dotykać, nie ożeniłbyś się z nią przecież.
Jak czytam to, co piszesz w tym wątku, to jest mi strasznie smutno.
Tylko smutek i żałość.....
Bardzo mi Ciebie żal. Dopóki nie przyjmiesz prawdy (którą Ci tu niektórzy próbują naświetlić), będziesz nieszczęśliwy.
I nieważne w sumie, jak i co było kiedyś, ważne co jest teraz, a raczej czego nie ma. Nie ma już nic. Pustka i frustracja sad sad
Po ch...j tkwić w czymś takim?

lilly25 napisał/a:

Takie zwiazki w ktorych zainteresowanie druga osoba, oraz czulosc w stosunku do niej nawet po dluzszym okresie czasu sie utrzymuja nie sa chyba czyms bardzo czestym/czestym

I znowu kolejna teoria z d...py wzięta. Czy może tym razem z własnego doświadczenia?

166 Ostatnio edytowany przez lilly25 (2018-04-03 19:35:17)

Odp: Terapia małżeńska, par...
nimfa_błotna napisał/a:
lilly25 napisał/a:

Takie zwiazki w ktorych zainteresowanie druga osoba, oraz czulosc w stosunku do niej nawet po dluzszym okresie czasu sie utrzymuja nie sa chyba czyms bardzo czestym/czestym

I znowu kolejna teoria z d...py wzięta. Czy może tym razem z własnego doświadczenia?

Skoro pomimo mojej odpowiedzi w tamtym watku (bo rozumiem ze to 'kolejna' oznacza ze nawiazujesz) nadal uwazasz ze to bylo 'z dupy' to chyba nie przeczytalas ostatniej strony tamtej dyskusji, bo jesli bys ja przeczytala to wiedzialabys ze te wyjasnienia to nie byly zadne wyszukane, przekombinowane teorie 'skads tam' tylko proste acz w miare precyzyjne odpowiedzi na pytania jakie sie pojawialy, oraz zwykle, bardzo zyciowe przyklady (co juz wtedy przeciez dokladnie Ci wyjasnilam, wiec jesli mialas jakies zastrzezenia to raczej tam powinnas sie do tego odniesc).

Co do tego tematu to mezatka nie bylam/nie jestem, wiec to akurat nie jest z mojego, a wielu osob/wiekszosci(?) wypowiadajacych sie w tego typu tematach doswiadczenia. To nie ja odpowiadam za to jak wyglada rzeczywistosc, a przeczyc czemus tylko dlatego ze mi sie nie podoba nie zamierzam. Przypominam ze to bylo o zwiazkach z dluzszym stazem, a nie 'swiezych' parach u ktorych jeszcze 'lataja motyle'.

Tak na marginesie: pamietam ze juz ktorys raz z rzedu zarzucasz mi ze 'pisze o rzeczach ktorych nie rozumiem'/'wymyslam teorie z dupy' skoro posiadam nieco inne zdanie od Ciebie/'typowego' (np. wtedy gdy stwierdzilas ze mace/nie wiem co mowie skoro uwazam ze mezczyzne ktorego uznaje sie za ladnego/pieknego pod wzgledem estetycznym niekoniecznie sie zawsze pozada/mocno pozada, a prawda jest taka ze ta wiedza akurat pochodzila z mojego wnetrza/autoanalizy, bo akurat ten ktory wzbudzal moje najwieksze pozadanie posiadal pewne skazy/defekty i byl drazniacy, a ten idealny - piekny wizualnie, dobry i madry wywolywal zalednie letnie uczucia seksualne). Masz czesto taki niefajny nawyk negowania czyichs przezyc, a uwierz ze to nie jest mile gdy ktos wmawia Ci (i dodatkowo probuje nakrecic inne osoby jak to bylo wtedy) ze to co przezylas/Twoje odczuwanie jest mniej prawdziwe, tylko dlatego ze mniej standardowe. Warto zebys sie nad swoim zachowaniem zastanowila, bo byc moze nie zdajesz sobie sprawy jak to z zewnatrz wyglada.

167 Ostatnio edytowany przez troll (2018-04-03 21:12:33)

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:
Pirx napisał/a:

I myślę że najtrudniejsze będzie dla Wilka przełknięcie że jest 'na zastępstwo'.
Przy jego kompleksach i niskiej samoocenie : bolesne ale konieczne.

To co piszecie z Adiaphorą jest bardzo trudne dla mnie sad
Jest to na pewno materiał do przemyśleń.

W wielu tematach i wielu postach widać obraz bardzo spokojnego, rozsądnego i mądrego człowieka. Z drugiej strony w relacjach jesteś durny jak pięciolatek.
Niestety, ale żeby stworzyć szczęśliwą relację, trzeba stworzyć szczęśliwego siebie. Musisz się zaakceptować i być ze sobą szczęśliwy. Kiedyś, będąc po jakiś tam przejściach, stworzyłem super związek ze swoją żoną. Było tak bardzo super, że nie chciałem tego psuć. Więc skoro ma być tak jak mówisz kochanie, to będzie, skoro ty tego chcesz, to i ja tak chcę. Skoro wrzeszczysz, to masz powód. W końcu powiedziałem dość. Po którejś awanturze zażądałem rozwodu. Spokojnie, stanowczo, jednoznacznie. Byłem całkowicie zdecydowany i nie miałem zamiaru dalej się męczyć. W końcu jak mam zostać sprowadzony do roli portfela z jedynym prawem do finansowania rodziny, to mogę to robić zdalnie. Moją żoną to wstrząsnęło na tyle, że tym razem to ona postanowiła się starać i naprawić to co było złe. To było z piętnaście lat temu. Nam się udało. Czy wam się uda, nie wiem, ale wiem że żeby być mężczzną trzeba czasem podjąć trudną decyzję. Widziałem wielu facetów którzy mieli gównianą robotę. Wszyscy byłi nieszczęśliwi. Widziałem wielu którzy nie lubili swoich żon. Albo wykańczała ich wóda, albo wybierali inny sposób na samobójstwo.

Jesteś mądrym, dobrym człowiekiem. Nie daj sobie wmówić że jest inaczej. Jak masz być w gównianym związku bez seksu, to po co ci baba? Gotować, prać, sprzątać umiesz. Masz pracę, wynajmiesz jakieś lokum i jesteś wolny. I gówno komu do tego czy chrapiesz, pierdzisz, albo smarkasz. Nie potrzebujesz terapii. Potrzebujesz chwili oddechu. Młody ma siedemnaście lat. Jak teraz się wyprowadzisz, to za rok może się do ciebie wprowadzi, żeby żyć. Czyli i dla ciebie i dla niego będzie lepiej jak kopniesz babsko w dupę i pójdziesz na swoje. A jeśliby się do ciebie nie wprowadził to może nie ma co się stresować tym co on zrobi jak się rozwiedziecie. Może jemu pasują połajanki z mamusią?
Spróbuj życia. Idź do kina, na obiad, może na siłownię. Kup sobie rower i zacznij na nim jeździć. Zawalcz o siebie, bo jesteś wszystkim co masz. Jak to utracisz, to już cię nie ma.

168

Odp: Terapia małżeńska, par...

Trollu, szkoda, że nie ma LIKE smile

169

Odp: Terapia małżeńska, par...

Czytam, czytam i czasem chłopaki zazdraszczam, że wy tak przeżywacie.

170

Odp: Terapia małżeńska, par...
Snake napisał/a:

Czytam, czytam i czasem chłopaki zazdraszczam, że wy tak przeżywacie.

Niektórzy mężczyźni mają coś jeszcze oprócz prącia.

171

Odp: Terapia małżeńska, par...
troll napisał/a:

W wielu tematach i wielu postach widać obraz bardzo spokojnego, rozsądnego i mądrego człowieka. Z drugiej strony w relacjach jesteś durny jak pięciolatek.
Niestety, ale żeby stworzyć szczęśliwą relację, trzeba stworzyć szczęśliwego siebie. Musisz się zaakceptować i być ze sobą szczęśliwy. Kiedyś, będąc po jakiś tam przejściach, stworzyłem super związek ze swoją żoną. Było tak bardzo super, że nie chciałem tego psuć. Więc skoro ma być tak jak mówisz kochanie, to będzie, skoro ty tego chcesz, to i ja tak chcę. Skoro wrzeszczysz, to masz powód. W końcu powiedziałem dość. Po którejś awanturze zażądałem rozwodu. Spokojnie, stanowczo, jednoznacznie. Byłem całkowicie zdecydowany i nie miałem zamiaru dalej się męczyć. W końcu jak mam zostać sprowadzony do roli portfela z jedynym prawem do finansowania rodziny, to mogę to robić zdalnie. Moją żoną to wstrząsnęło na tyle, że tym razem to ona postanowiła się starać i naprawić to co było złe. To było z piętnaście lat temu. Nam się udało. Czy wam się uda, nie wiem, ale wiem że żeby być mężczzną trzeba czasem podjąć trudną decyzję. Widziałem wielu facetów którzy mieli gównianą robotę. Wszyscy byłi nieszczęśliwi. Widziałem wielu którzy nie lubili swoich żon. Albo wykańczała ich wóda, albo wybierali inny sposób na samobójstwo.

Jesteś mądrym, dobrym człowiekiem. Nie daj sobie wmówić że jest inaczej. Jak masz być w gównianym związku bez seksu, to po co ci baba? Gotować, prać, sprzątać umiesz. Masz pracę, wynajmiesz jakieś lokum i jesteś wolny. I gówno komu do tego czy chrapiesz, pierdzisz, albo smarkasz. Nie potrzebujesz terapii. Potrzebujesz chwili oddechu. Młody ma siedemnaście lat. Jak teraz się wyprowadzisz, to za rok może się do ciebie wprowadzi, żeby żyć. Czyli i dla ciebie i dla niego będzie lepiej jak kopniesz babsko w dupę i pójdziesz na swoje. A jeśliby się do ciebie nie wprowadził to może nie ma co się stresować tym co on zrobi jak się rozwiedziecie. Może jemu pasują połajanki z mamusią?
Spróbuj życia. Idź do kina, na obiad, może na siłownię. Kup sobie rower i zacznij na nim jeździć. Zawalcz o siebie, bo jesteś wszystkim co masz. Jak to utracisz, to już cię nie ma.

Niczego nie muszę wynajmować. Mieszkanie jest kupione przeze mnie jeszcze w kawalerskich czasach.

172

Odp: Terapia małżeńska, par...
troll napisał/a:
Snake napisał/a:

Czytam, czytam i czasem chłopaki zazdraszczam, że wy tak przeżywacie.

Niektórzy mężczyźni mają coś jeszcze oprócz prącia.

To dobrze, a w moim poście nie było szyderstwa.

173

Odp: Terapia małżeńska, par...
Ela210 napisał/a:

Dlaczego trudne? Może wyzwoleńcze.. Czasami a może nawet niestety często tak bywa, że ktoś jest z kimś, nie do końca nas akceptując. I nie świadczy to o nas, tylko o nim..
Dlatego Pirx pisał o samoocenie, a Iceni i ja o tym, byś zadbał o siebie.

To dbanie o siebie to dla mnie trochę abstrakcja. Próbuję. Ale ciężko to idzie. Trudno dbać o kogoś kogo się nie lubi.
To co tutaj napisaliście wczoraj cholernie mnie zdołowało, choć niby nie powinno, bo to nie jest coś co mi przez głowę nie przechodziło. Poczułem jednak namacalny strach przed końcem. Próbuję sobie siebie wyobrazić po ewentualnym rozstaniu i jest to obraz czarny. To jest jak cofnięcie do życia jakieś 20 lat temu, z tym, że wtedy się jeszcze żyło jakąś naiwną nadzieją, a teraz już tej nadziei nie widzę.

174 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2018-04-04 08:50:58)

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:
Ela210 napisał/a:

Dlaczego trudne? Może wyzwoleńcze.. Czasami a może nawet niestety często tak bywa, że ktoś jest z kimś, nie do końca nas akceptując. I nie świadczy to o nas, tylko o nim..
Dlatego Pirx pisał o samoocenie, a Iceni i ja o tym, byś zadbał o siebie.

To dbanie o siebie to dla mnie trochę abstrakcja. Próbuję. Ale ciężko to idzie. Trudno dbać o kogoś kogo się nie lubi.
To co tutaj napisaliście wczoraj cholernie mnie zdołowało, choć niby nie powinno, bo to nie jest coś co mi przez głowę nie przechodziło. Poczułem jednak namacalny strach przed końcem. Próbuję sobie siebie wyobrazić po ewentualnym rozstaniu i jest to obraz czarny. To jest jak cofnięcie do życia jakieś 20 lat temu, z tym, że wtedy się jeszcze żyło jakąś naiwną nadzieją, a teraz już tej nadziei nie widzę.

Za siebie napiszę- ja Ciebie nie namawiam do radykalnego kroku typu składamy papiery o rozwód jutro. Ale do takiego przestawiania sobie w głowie, kiedy taka opcja nie będzie Ciebie już przerażać. Dobrze to napisałeś- trudno dbać o kogoś, kogo się nie lubi.
A zobacz, jak rozrósł się ten wątek, gdzie piszemy przecież o trudnych sprawach.. Dlaczego?- bo to wątek Netfaceta, którego lubimy, fajnego, z dystansem i poczuciem humoru. smile Więc Ty też pracuj nad tym, by to dostrzec.
Czasami jest to klucz do współistnienia w związku, a czasami do nowego życia smile
Ty też jesteś ważny. Rób tak, by dla Ciebie też było dobrze ( zapożyczone od mądrego faceta smile smile )

175

Odp: Terapia małżeńska, par...
Ela210 napisał/a:
wilczysko napisał/a:
Ela210 napisał/a:

Dlaczego trudne? Może wyzwoleńcze.. Czasami a może nawet niestety często tak bywa, że ktoś jest z kimś, nie do końca nas akceptując. I nie świadczy to o nas, tylko o nim..
Dlatego Pirx pisał o samoocenie, a Iceni i ja o tym, byś zadbał o siebie.

To dbanie o siebie to dla mnie trochę abstrakcja. Próbuję. Ale ciężko to idzie. Trudno dbać o kogoś kogo się nie lubi.
To co tutaj napisaliście wczoraj cholernie mnie zdołowało, choć niby nie powinno, bo to nie jest coś co mi przez głowę nie przechodziło. Poczułem jednak namacalny strach przed końcem. Próbuję sobie siebie wyobrazić po ewentualnym rozstaniu i jest to obraz czarny. To jest jak cofnięcie do życia jakieś 20 lat temu, z tym, że wtedy się jeszcze żyło jakąś naiwną nadzieją, a teraz już tej nadziei nie widzę.

Za siebie napiszę- ja Ciebie nie namawiam do radykalnego kroku typu składamy papiery o rozwód jutro. Ale do takiego przestawiania sobie w głowie, kiedy taka opcja nie będzie Ciebie już przerażać. Dobrze to napisałeś- trudno dbać o kogoś, kogo się nie lubi.
A zobacz, jak rozrósł się ten wątek, gdzie piszemy przecież o trudnych sprawach.. Dlaczego?- bo to wątek Netfaceta, którego lubimy, fajnego, z dystansem i poczuciem humoru. smile Więc Ty też pracuj nad tym, by to dostrzec.
Czasami jest to klucz do współistnienia w związku, a czasami do nowego życia smile
Ty też jesteś ważny. Rób tak, by dla Ciebie też było dobrze ( zapożyczone od mądrego faceta smile smile )

Na dzień dzisiejszy chciałbym się indywidualnie spotkać z terapeutką do której wspólnie chodziliśmy. Nie wiem czy mnie przyjmie, bo gdy ostatnio zapytałem ją o indywidualną terapię to powiedziała, żeby odczekać jakiś czas. Ale ja mam potrzebę teraz. Nie chcę wracać do poprzedniej terapeutki, a tym bardziej szukać kogoś nowego. Ze względu na to, że ta ma obraz naszego związku pochodzący z obu źródeł, to myślę, że może mi bardziej pomóc. To chyba też podchodzi pod zadbanie o siebie ?
Co do ewentualnego rozstania to jest to jednak cholernie trudna decyzja. Także ze względu na syna. Może warto zaczekać przynajmniej ten rok, aż będzie miał 18 lat. Wtedy będzie mógł sam zdecydować z kim chce mieszkać.

176

Odp: Terapia małżeńska, par...
troll napisał/a:

W końcu powiedziałem dość. Po którejś awanturze zażądałem rozwodu. Spokojnie, stanowczo, jednoznacznie. Byłem całkowicie zdecydowany i nie miałem zamiaru dalej się męczyć. W końcu jak mam zostać sprowadzony do roli portfela z jedynym prawem do finansowania rodziny, to mogę to robić zdalnie. Moją żoną to wstrząsnęło na tyle, że tym razem to ona postanowiła się starać i naprawić to co było złe. To było z piętnaście lat temu. Nam się udało.

Troll - na tyle na ile znam cię z forum to jesteś facetem pewnym siebie zarówno w domu, jak i w pracy, znasz swoją wartość... a Wilczysko - sam pisze, że nie lubi siebie, że ma niską samoocenę. Jeśli facet trzaśnie w stół i powie, że tak dalej być nie może i chce rozwodu, to najprawdopodobniej żona powie - "no to pakuj walizy". To raczej jego żona jest dominującą postacią w ich domu. Myślę, że oboje odczuwają dyskomfort w relacji (nie wierzę, że kobieta, która miała udane życie seksualne przed małżeństwem, tak po prostu godzi się na totalną aseksualność), ale oboje z jakiegoś powodu wybierają marazm. I tu się zgodzę - przydałoby im się coś, co nimi by wstrząsnęło, co pobudziło ich do działania (ale nie sądzę, by była to groźba rozwodu)
Nie wiem, jakie są ich relacje finansowe, ale zanim się rozwiodą, a sąd zasądzi alimenty, to być może syn będzie dorosły. Alimenty na żonę... musiałaby nie pracować przez całe życie... (no chyba, że mieszkają w za zachodnią granica tongue). Po takim rozwodzie równie dobrze mogliby podzielić wszystko na pół i już nigdy więcej się nie spotkać. Nie wiem, ale do tej pory Wilku nie pisał, że motywem konfliktów między nimi jest kasa, więc ten argument raczej odpada.

Trollu - raczej daj mu porady jak być tak pewnym siebie, jak polubić siebie.

177

Odp: Terapia małżeńska, par...

Wilku - tak z innej beczki.
Czego nie lubisz w sobie?
Zacznijmy od podstaw.

- W wyglądzie (podaj szczegóły)
- W ubiorze
- W wiedzy

Co Ciebie interesuje?
Co chciałeś kiedyś zrobić? (podaj cokolwiek)

Piszę nie bez powodu. To co było ze mną ostatnie 2 lata pomogło mi zacząć od takich podstaw. I wiesz co? Działa ;-)

178

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:

Na dzień dzisiejszy chciałbym się indywidualnie spotkać z terapeutką do której wspólnie chodziliśmy. Nie wiem czy mnie przyjmie, bo gdy ostatnio zapytałem ją o indywidualną terapię to powiedziała, żeby odczekać jakiś czas. Ale ja mam potrzebę teraz. Nie chcę wracać do poprzedniej terapeutki, a tym bardziej szukać kogoś nowego. Ze względu na to, że ta ma obraz naszego związku pochodzący z obu źródeł, to myślę, że może mi bardziej pomóc. To chyba też podchodzi pod zadbanie o siebie ?
Co do ewentualnego rozstania to jest to jednak cholernie trudna decyzja. Także ze względu na syna. Może warto zaczekać przynajmniej ten rok, aż będzie miał 18 lat. Wtedy będzie mógł sam zdecydować z kim chce mieszkać.

Każdy ma swoją drogę i swój sposób. Ja kleję samolociki, bo to mnie uspokaja, ty chodzisz do terapeutki, bo liczysz że to coś zmieni. Czasem idę na spacer w zielone, albo nad morze. Chodzi o to żeby to było dla ciebie. Nie dla ratowania małżeństwa, ale siebie. Naprawdę trzeba siebie polubić, a uwierz, że ty masz za co. Często widzę cię tutaj i nie jesteś byle kim. Jesteś mądry, zrównoważony, a to bardzo dużo. Może trochę za dużo myślisz i analizuje Dz, a czasem trzeba wziąć życie takim jakim jest i wycisnąć z niego ile się da. A da się naprawdę dużo. Jak ci źle w domu, to może np zapisz się na jakieś studia? Rozwiń się, zobacz że z twoją inteligencja możesz wiecej. To poprawi ci samoocenę.

179

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:

Poczułem jednak namacalny strach przed końcem. Próbuję sobie siebie wyobrazić po ewentualnym rozstaniu i jest to obraz czarny. To jest jak cofnięcie do życia jakieś 20 lat temu, z tym, że wtedy się jeszcze żyło jakąś naiwną nadzieją, a teraz już tej nadziei nie widzę.

Nie będę opisywał całej mojej historii z różnych względów, w tym tych, że forum nie jest takie do końca anonimowe smile Mogę ci opisać coś a propos powyższego ale to pewnie niewiele da, bo ty się jeszcze emocjonalnie miotasz. Otóż mnie całe nasze wspólne życie małżonka straszyła rozwodem. Z mniejszym, większym natężeniem i z różnymi aspektami pobocznymi. Niewątpliwie mnie to irytowało co zaogniało konflikt. Aż przyszedł "dzień" kiedy sobie przepracowałem powód swojej irytacji. Ze zdziwieniem (jednak) zrozumiałem, że głównym powodem tej irytacji jest niechęć do zmian, zburzenie stabilizacji, okres chaosu, konieczność zmian w organizacji życia. Czyli wszystkie rzeczy, których bardzo nie lubię. Kiedy to zrozumiałem, to dalej było już łatwiej. Czyli zrobiłem bilans aktywów i pasywów, harmonogram przejścia przez ten proces, ustaliłem sam ze sobą jak dalej wyglądałoby moje życie. Wprowadziłem porządek w chaos. Powiedziałem żonie - ok. Możemy się rozwodzić w każdej chwili, podałem moje warunki brzegowe dla niej ogólnie też przyzwoite. To praktycznie zamknęło temat. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jak to napisała ostatnio jedna z forumowiczek, kobieta odchodzi tylko wtedy kiedy ma zabezpieczone tyły w postaci nowego faceta. Tylko, że moja podejrzewa, że obeszłoby mnie to tyle co zeszłoroczny śnieg, za to miałbym lepsze karty w dalszej rozgrywce. Zresztą działa to w obie strony tongue No więc od tamtego czasu głównym wątkiem stało się jaka jest nieszczęśliwa. Ja mówię - nie rozumiem cię. Jesteś nieszczęśliwa, to zrób coś z tym! Ja mam wszystko czego potrzebuję, to nie narzekam.

180

Odp: Terapia małżeńska, par...
Snake napisał/a:

Ze zdziwieniem (jednak) zrozumiałem, że głównym powodem tej irytacji jest niechęć do zmian, zburzenie stabilizacji, okres chaosu, konieczność zmian w organizacji życia. Czyli wszystkie rzeczy, których bardzo nie lubię. Kiedy to zrozumiałem, to dalej było już łatwiej. Czyli zrobiłem bilans aktywów i pasywów, harmonogram przejścia przez ten proces, ustaliłem sam ze sobą jak dalej wyglądałoby moje życie. Wprowadziłem porządek w chaos. Powiedziałem żonie - ok. Możemy się rozwodzić w każdej chwili, podałem moje warunki brzegowe dla niej ogólnie też przyzwoite. To praktycznie zamknęło temat.

Dokładanie tak, strach przed zmianą jest blokujący, ale jak się zastanowisz, co może się wydarzyć, to okazuje się, że ziemia dalej będzie się kręcić, może nawet słońce będzie mocniej świecić... ale to nie jest wariant dla pesymistów, bo taki to zaraz obwieści koniec świata lol

181 Ostatnio edytowany przez adiafora (2018-04-04 10:10:49)

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:

To dbanie o siebie to dla mnie trochę abstrakcja. Próbuję. Ale ciężko to idzie. Trudno dbać o kogoś kogo się nie lubi.
To co tutaj napisaliście wczoraj cholernie mnie zdołowało, choć niby nie powinno, bo to nie jest coś co mi przez głowę nie przechodziło. Poczułem jednak namacalny strach przed końcem. Próbuję sobie siebie wyobrazić po ewentualnym rozstaniu i jest to obraz czarny. To jest jak cofnięcie do życia jakieś 20 lat temu, z tym, że wtedy się jeszcze żyło jakąś naiwną nadzieją, a teraz już tej nadziei nie widzę.

ten czarny obraz to jest projekcja Twojego umysłu taka sama jak te wszystkie, ktore sprawiają, ze widzisz siebie jako beznadziejnego goscia. Tak sie przyzwyczailes ze juz inaczej nie umiesz myslec. Negatywne myslenie moze stac sie nawykiem jak wszystko. A wyjść z kolein takiego myślenia jest potem trudno. Musisz przestać wierzyć we wszystko, co myślisz o sobie.
Czego tak naprawdę się boisz myśląc o przyszłości? Napisałes, ze widzisz czarny obraz po ewentualnym rozstaniu. A teraz, gdy jesteś w związku,  to niby jest rozowy?
Boisz sie, ze stracisz to, co masz? A co masz teraz? Boisz się, że będziesz sam?  Przeciez tak naprawdę  teraz jesteś sam.
To czego się boisz? Świadomości, ze - jak spiewa Budka -  "znowu w życiu mi nie wyszło [...] późno, późno... by zaczynać wszystko znów..."?
Nigdy nie jest za późno.

Bronie Ware, pielęgniarka opiekująca się chorymi w stanie terminalnym, napisała w swojej książce m.in o tym, czego ludzie najbardziej zaluja  u kresu zycia. Wiesz czego żałuje większość? Tego, ze nie pozwolili sobie być bardziej szczęśliwymi, ze tracili czas na byle jakie relacje, ze nie mieli odwagi żyć, tak, jak chcieli.
Wyobraziles sobie siebie po ewentualnym rozstaniu i to Cie przerazilo. A nie przeraza Cie przyszlosc, ktora bedzie odbiciem obecnej teraźniejszości? 
W sieci dużo jest motywujacych filmow, afirmacji. Iceni nawet założyła tu wątek w temacie. Może będzie tam dodawać nowe filmiki. Zaglądaj i oglądaj. I prostuj się smile

182

Odp: Terapia małżeńska, par...
Averyl napisał/a:
Snake napisał/a:

Ze zdziwieniem (jednak) zrozumiałem, że głównym powodem tej irytacji jest niechęć do zmian, zburzenie stabilizacji, okres chaosu, konieczność zmian w organizacji życia. Czyli wszystkie rzeczy, których bardzo nie lubię. Kiedy to zrozumiałem, to dalej było już łatwiej. Czyli zrobiłem bilans aktywów i pasywów, harmonogram przejścia przez ten proces, ustaliłem sam ze sobą jak dalej wyglądałoby moje życie. Wprowadziłem porządek w chaos. Powiedziałem żonie - ok. Możemy się rozwodzić w każdej chwili, podałem moje warunki brzegowe dla niej ogólnie też przyzwoite. To praktycznie zamknęło temat.

Dokładanie tak, strach przed zmianą jest blokujący, ale jak się zastanowisz, co może się wydarzyć, to okazuje się, że ziemia dalej będzie się kręcić, może nawet słońce będzie mocniej świecić... ale to nie jest wariant dla pesymistów, bo taki to zaraz obwieści koniec świata lol

Podpisuję się pod tym.
Dwa lata temu sama na tym forum pisalam, ze pewne sprawy nie sa warte burzenia mojego swiata i wprowadzania chaosu.
Okazalo się, że wiele spraw jakoś same z siebie się porządkują w tym chaosie i wcale nie jest zle.

Inna sprawa, że nie musialam burzyć tego swojego swiata po fundamenty - drobne zmiany wystarczyły, by machina ruszyła - teraz działa siłą rozpędu  tongue

183

Odp: Terapia małżeńska, par...

Witam . Chciałbym sie udzielic w temacie. Jakiś czas temu ż żoną postanowilismy poszukać innej pary aby podzielić sie wrażeniami poglądami  dla urozmaiceni  wszystko w formie zabawy , zaczelismy szukać i nawiązalismy kontakt z interesującą parą, z żoną byłem umówiony że to wszystko ma być w formie zabawy nic pozatym, żadnych spotkań itym podobne. niestety po czasie przypadkiem zobaczyłem skrzynke mejlową żony i okazało sie że żona po kryjomu pisała i dzwoniła do tego gościa z tej pary, kontaktowali sie dość dużo on też robił to w ukryciu przed swoją żoną , wysyłali sobie odważne zdjęcia , rozmawiali też o spotkaniu sie po kryjomu, jednym slowem jak to przeczytałem to zmroziło mnie i sie wsciekłem. jednak że mamy rodzine dzieci , nie robiłem jakiś awantur tylko porozmawialiśmy, ona twierdzi że do niczego nie doszło , że tylko rozmawiali ,że nawet sie nie spotkali, jednak ja mam mieszane uczucia i dokonca już jej nie wieże . zrobiła to w bardzo wredny sposób bo umowa była zupełnie inna, Sam nie wiem co o tym mam mysleć i co dalej zrobić , szarpie mnie od środka, jakoś jej nie potrafię uwieżyć że sie nie spotkali . Gdy tylko chcem o tym porozmawiać odrazu ucina rozmowe że wszystko mi już wyjaśnila.

184 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2018-04-04 10:31:51)

Odp: Terapia małżeńska, par...
Snake napisał/a:

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jak to napisała ostatnio jedna z forumowiczek, kobieta odchodzi tylko wtedy kiedy ma zabezpieczone tyły w postaci nowego faceta.

Sorry, to zupełnie nie na temat, ale jak takie rzeczy czytam, to mi się ciśnienie podnosi pod sufit!
Odeszłam od męża. Nie było nikogo trzeciego i nie ma do dziś. Mam swój honor i nie muszę wisieć na facecie, żeby emocjonalnie oraz pod innymi względami dawać sobie w życiu radę.
Co do małżeństwa Wilka, pisałam nieraz, więc już nie będę powtarzać. Zresztą wiele osób potwierdza moje zdanie.
Wilku, ja tez Cię darzę sympatią, dobrze Ci życzę i uważam, że czasami warto się odważyć - nawet za cenę bólu. Przypominasz mi trochę moją małżeńską sytuację, rozpaczliwe próby uratowania czegoś, czego... nie było.
W końcu ucięłam samooszukiwanie się i powiedziałam ślubnemu, że z nas już nic nie będzie. Bolało, jego też mi szkoda, ale uważam, że postąpiłam słusznie.

185

Odp: Terapia małżeńska, par...
Piegowata'76 napisał/a:
Snake napisał/a:

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jak to napisała ostatnio jedna z forumowiczek, kobieta odchodzi tylko wtedy kiedy ma zabezpieczone tyły w postaci nowego faceta.

Sorry, to zupełnie nie na temat, ale jak takie rzeczy czytam, to mi się ciśnienie podnosi pod sufit!
Odeszłam od męża. Nie było nikogo trzeciego i nie ma do dziś. Mam swój honor i nie muszę wisieć na facecie, żeby emocjonalnie oraz pod innymi względami dawać sobie w życiu radę.
Co do małżeństwa Wilka, pisałam nieraz, więc już nie będę powtarzać. Zresztą wiele osób potwierdza moje zdanie.
Wilku, ja tez Cię darzę sympatią, dobrze Ci życzę i uważam, że czasami warto się odważyć - nawet za cenę bólu. Przypominasz mi trochę moją małżeńską sytuację, rozpaczliwe próby uratowania czegoś, czego... nie było.
W końcu ucięłam samooszukiwanie się i powiedziałam ślubnemu, że z nas już nic ni będzie. Bolało, jego też mi szkoda, ale uważam, że postąpiłam słusznie.

Pod tym też się mogę podpisać.

Takie twierdzenia są co najmniej obraźliwe dla kobiet, które mają odwagę by decydować o swoim życiu. 

Niby inteligentny facet, a wpada w pułapki prostego myslenia...

186 Ostatnio edytowany przez Pirx (2018-04-04 10:30:32)

Odp: Terapia małżeńska, par...
adiaphora napisał/a:
wilczysko napisał/a:

To dbanie o siebie to dla mnie trochę abstrakcja. Próbuję. Ale ciężko to idzie. Trudno dbać o kogoś kogo się nie lubi.
To co tutaj napisaliście wczoraj cholernie mnie zdołowało, choć niby nie powinno, bo to nie jest coś co mi przez głowę nie przechodziło. Poczułem jednak namacalny strach przed końcem. Próbuję sobie siebie wyobrazić po ewentualnym rozstaniu i jest to obraz czarny. To jest jak cofnięcie do życia jakieś 20 lat temu, z tym, że wtedy się jeszcze żyło jakąś naiwną nadzieją, a teraz już tej nadziei nie widzę.

ten czarny obraz to jest projekcja Twojego umysłu taka sama jak te wszystkie, ktore sprawiają, ze widzisz siebie jako beznadziejnego goscia. Tak sie przyzwyczailes ze juz inaczej nie umiesz myslec. Negatywne myslenie moze stac sie nawykiem jak wszystko. A wyjść z kolein takiego myślenia jest potem trudno. Musisz przestać wierzyć we wszystko, co myślisz o sobie.
Czego tak naprawdę się boisz myśląc o przyszłości? Napisałes, ze widzisz czarny obraz po ewentualnym rozstaniu. A teraz, gdy jesteś w związku,  to niby jest rozowy?
Boisz sie, ze stracisz to, co masz? A co masz teraz? Boisz się, że będziesz sam?  Przeciez tak naprawdę  teraz jesteś sam.
To czego się boisz? Świadomości, ze - jak spiewa Budka -  "znowu w życiu mi nie wyszło [...] późno, późno... by zaczynać wszystko znów..."?
Nigdy nie jest za późno.

Bronie Ware, pielęgniarka opiekująca się chorymi w stanie terminalnym, napisała w swojej książce m.in o tym, czego ludzie najbardziej zaluja  u kresu zycia. Wiesz czego żałuje większość? Tego, ze nie pozwolili sobie być bardziej szczęśliwymi, ze tracili czas na byle jakie relacje, ze nie mieli odwagi żyć, tak, jak chcieli.
Wyobraziles sobie siebie po ewentualnym rozstaniu i to Cie przerazilo. A nie przeraza Cie przyszlosc, ktora bedzie odbiciem obecnej teraźniejszości? 
W sieci dużo jest motywujacych filmow, afirmacji. Iceni nawet założyła tu wątek w temacie. Może będzie tam dodawać nowe filmiki. Zaglądaj i oglądaj. I prostuj się smile

A ja się podpisuje pod tym.
Wilku : miałem sobie za złe swoje finanse,brałem do siebie jak mnie oceniają z tego powodu.
Aż nastał tydzień w którym: dostałem odmowę przedostatniej ugody z urzędem,zepsuł mi się samochód,był 7my(!!!) a ja do 29tego miałem 500 pln (z 7 tys),grypę,naciągnięty miesięń,ex wypisywała mi jak to jej ex zmienił swoje życie aby z nią być itp...do tego nadal miałem nieduży brzuszek. I było tak jak Iceni napisał.Czarna projekcja.
I tak siedząć w parku ,zmęczony po 5km biegu (dramat...) z piersiówką pełną whisky zacząłem się śmiać ;-) Bo co mi się może teraz stać? ;-)
Tydzień później: dotarłem do kierowniczki w urzędzie, załatwiłem 'detale' ugody,w pracy usiadłem do szkoleń, wziąłem dodatkowy duży projekt,wtarłem w bark maść przeciwzapalną,wywaliłem wszystkie stare lub sprane ciuchy (zostało kilka na krzyż) itp. I wiesz co? Nic się złego nie stało .Córka mnie obejmuje i kocha,kondycja się zmienia,w pracy idzie coraz lepiej i w d...e mam to ze możliwe że rok ,dwa lata spędzę sam . Za dwa lata będę 'wolny' od długów etc, z nową sylwetką,z drugim dyplomem, z jeszcze wiekszą pensją.

Ważne zobaczyć że skoro jest do dupy to może być już tylko lepiej,wytrzymałem ponad trzy lata, to co teraz mam zdechnąć? ;-)
Bo skoro i tak nic nie masz to co masz do stracenia Wilku?

187

Odp: Terapia małżeńska, par...
Iceni napisał/a:
Piegowata'76 napisał/a:
Snake napisał/a:

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jak to napisała ostatnio jedna z forumowiczek, kobieta odchodzi tylko wtedy kiedy ma zabezpieczone tyły w postaci nowego faceta.

Sorry, to zupełnie nie na temat, ale jak takie rzeczy czytam, to mi się ciśnienie podnosi pod sufit!
Odeszłam od męża. Nie było nikogo trzeciego i nie ma do dziś. Mam swój honor i nie muszę wisieć na facecie, żeby emocjonalnie oraz pod innymi względami dawać sobie w życiu radę.
Co do małżeństwa Wilka, pisałam nieraz, więc już nie będę powtarzać. Zresztą wiele osób potwierdza moje zdanie.
Wilku, ja tez Cię darzę sympatią, dobrze Ci życzę i uważam, że czasami warto się odważyć - nawet za cenę bólu. Przypominasz mi trochę moją małżeńską sytuację, rozpaczliwe próby uratowania czegoś, czego... nie było.
W końcu ucięłam samooszukiwanie się i powiedziałam ślubnemu, że z nas już nic ni będzie. Bolało, jego też mi szkoda, ale uważam, że postąpiłam słusznie.

Pod tym też się mogę podpisać.

Takie twierdzenia są co najmniej obraźliwe dla kobiet, które mają odwagę by decydować o swoim życiu. 

Niby inteligentny facet, a wpada w pułapki prostego myslenia...

No ale to był luźny cytat z forumowiczki tongue Nie mnie oceniać na ile odpowiadający rzeczywistości ale nawet od reguł są wyjątki, bo są i wyjątkowe kobiety wink Zresztą ja swojej odwagi dodawałem. Wskazywałem, że będzie miała zabezpieczone mieszkanie, opieką nad dziećmi się podzielimy sprawiedliwie, wie że nie będę od tego uciekał. Wskazywałem same jasne strony, że będzie miała możliwość znaleźć swoje szczęście. A ta się woli męczyć...

188

Odp: Terapia małżeńska, par...
Pirx napisał/a:

A ja się podpisuje pod tym.
Wilku : miałem sobie za złe swoje finanse,brałem do siebie jak mnie oceniają z tego powodu.
Aż nastał tydzień w którym: dostałem odmowę przedostatniej ugody z urzędem,zepsuł mi się samochód,był 7my(!!!) a ja do 29tego miałem 500 pln (z 7 tys),grypę,naciągnięty miesięń,ex wypisywała mi jak to jej ex zmienił swoje życie aby z nią być itp...do tego nadal miałem nieduży brzuszek. I było tak jak Iceni napisał.Czarna projekcja.
I tak siedząć w parku ,zmęczony po 5km biegu (dramat...) z piersiówką pełną whisky zacząłem się śmiać ;-) Bo co mi się może teraz stać? ;-)
Tydzień później: dotarłem do kierowniczki w urzędzie, załatwiłem 'detale' ugody,w pracy usiadłem do szkoleń, wziąłem dodatkowy duży projekt,wtarłem w bark maść przeciwzapalną,wywaliłem wszystkie stare lub sprane ciuchy (zostało kilka na krzyż) itp. I wiesz co? Nic się złego nie stało .Córka mnie obejmuje i kocha,kondycja się zmienia,w pracy idzie coraz lepiej i w d...e mam to ze możliwe że rok ,dwa lata spędzę sam . Za dwa lata będę 'wolny' od długów etc, z nową sylwetką,z drugim dyplomem, z jeszcze wiekszą pensją.

Ważne zobaczyć że skoro jest do dupy to może być już tylko lepiej,wytrzymałem ponad trzy lata, to co teraz mam zdechnąć? ;-)
Bo skoro i tak nic nie masz to co masz do stracenia Wilku?

Może to jest głupie, ale właśnie chyba jeszcze mam wrażenie, że jednak coś mam do stracenia. Chociaż nie umiem określić dokładnie co. A nie widzę tego co mam do zyskania.
Ale może to się zmieni.

189 Ostatnio edytowany przez Averyl (2018-04-04 11:51:16)

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:

Może to jest głupie, ale właśnie chyba jeszcze mam wrażenie, że jednak coś mam do stracenia. Chociaż nie umiem określić dokładnie co. A nie widzę tego co mam do zyskania.
Ale może to się zmieni.

oczywiście - możesz stracić swoje poczucie marazmu tongue
Na ogół ludzie dokonują zmian w krytycznych momentach, gdy spotka ich katastrofa finansowa, padnie zdrowie, czy kobieta życia ulotni się do innego, a tak na co dzień ludzie mocno trzymają się swoich pozycji w okopach.

Jeśli poczytasz sobie wspomnienia ludzi, którzy przeżyli straszne rzeczy - wojna, jakieś uwięzienie w patologicznym związku, to sam zauważysz, że z ich wypowiedzi przebija dużo pozytywnej energii, żadne życiowe zawirowania nie robią na nich wrażenia.

Nie namawiam cię na rozwód, bo z jakiś powodów ten układ wam odpowiada, raczej powtórzę - zadbaj o siebie, o swoje samopoczucie, zastanów się w jakim kierunku chcesz podążać. Jak już będziesz wiedział o co ci chodzi w życiu, wtedy będzie ci łatwiej funkcjonować we własnym życiu.

190

Odp: Terapia małżeńska, par...

Co masz do stracenia? Spokój, ktory daje znane.

Co masz do zyskania? Wolność.

Nie od zony, nie od niesatysfakcjonujacej pracy, nie od problemow dnia codziennego.

Wolność od pretensji do samego siebie, że nie jesteś taki jakbyś chciał.

191

Odp: Terapia małżeńska, par...

Wilczysko, czas pokaże jak się Wasza historia zakończy. Kojarzę kilka wątków tutaj, gdzie z opisu autorów wynikało, że jest to tak katastroficzna sytuacja, że nie da się już nic z tym zrobić i jedyne co pozostaje to składanie pozwu o rozwód. Forumowicze wydają wyrok, potem mija trochę / sporo czasu i okazuje się, że związek ... dalej trwa. Zastanawia mnie tylko jego JAKOŚĆ - zdarza się, że ktoś napisze, że jest lepiej, niż było w czasie kryzysu. Potem forumowicz wychodzi z życiowego zakrętu i często znika.

Sporo masz na swoim wątku mądrych postów skłaniających do refleksji. Na chwilę OBECNĄ myślę, że ocena adiaphory może być przykra w odbiorze dla Ciebie, ale jest trafna.


Możesz spędzić resztę życia z tą kobietą, możesz z inną, możesz sam. Nikt z nas przyszłości przewidzieć nie potrafi tak naprawdę. Zawsze jednak  będzie Ci towarzyszyć ... Wilczysko. Również uważam, że to, na czym powinieneś się skupić to jest podbudowanie poczucia własnej wartości. Ono jest moim zdaniem bardzo ważnym fundamentem szczęśliwych związków.


Człowiek pewien poczucia swojej wartości nie potrzebuje oceny innych, aby dobrze się czuł ze sobą. Ale popatrz, ile pozytywnych opinii o Tobie pojawiło się w Twoim wątku od tak wielu RÓŻNYCH osób. Tu nie ma "kółka wzajemnej adoracji" czy innej sekty - a takie opinie nie pojawiają się tutaj bez powodu. Zwróć też uwagę jak reagują na Twoje posty ... kobitki na różnych wątkach. wink To się nie bierze znikąd.

Forumowicze dzielą się swoim doświadczeniem i proponują Ci to, co im samym pomogło w budowaniu pozytywnego obrazu siebie. I ja zaproponuję coś od siebie. Samemu trudno Ci będzie zapewne znaleźć swoje dobre cechy, ale weź WYDRUKUJ sobie dzisiaj to:

wrażliwość, ciepło, dystans do siebie, poczucie humoru i umiejętność wglądu

W wielu tematach i wielu postach widać obraz bardzo spokojnego, rozsądnego i mądrego człowieka.

to wątek Netfaceta, którego lubimy, fajnego, z dystansem i poczuciem humoru.

Często widzę cię tutaj i nie jesteś byle kim. Jesteś mądry, zrównoważony, a to bardzo dużo.

i czytaj regularnie.

Też Cię tak odbieram na tym forum.
To są naprawdę fajne cechy człowieka, bardzo pożądane. TY JE MASZ. smile

192

Odp: Terapia małżeńska, par...
Averyl napisał/a:
wilczysko napisał/a:

Może to jest głupie, ale właśnie chyba jeszcze mam wrażenie, że jednak coś mam do stracenia. Chociaż nie umiem określić dokładnie co. A nie widzę tego co mam do zyskania.
Ale może to się zmieni.

oczywiście - możesz stracić swoje poczucie marazmu tongue
Na ogół ludzie dokonują zmian w krytycznych momentach, gdy spotka ich katastrofa finansowa, padnie zdrowie, czy kobieta życia ulotni się do innego, a tak na co dzień ludzie mocno trzymają się swoich pozycji w okopach.

Jeśli poczytasz sobie wspomnienia ludzi, którzy przeżyli straszne rzeczy - wojna, jakieś uwięzienie w patologicznym związku, to sam zauważysz, że z ich wypowiedzi przebija dużo pozytywnej energii, żadne życiowe zawirowania nie robią na nich wrażenia.

Nie namawiam cię na rozwód, bo z jakiś powodów ten układ wam odpowiada, raczej powtórzę - zadbaj o siebie, o swoje samopoczucie, zastanów się w jakim kierunku chcesz podążać. Jak już będziesz wiedział o co ci chodzi w życiu, wtedy będzie ci łatwiej funkcjonować we własnym życiu.

Ja się nad tym zastanawiam całe życie i chyba gównianie mi to wychodzi. Gdybym naprawdę wiedział o co mi chodzi w życiu, do czego się nadaję to byłbym naprawdę mądry.

193

Odp: Terapia małżeńska, par...
I_see_beyond napisał/a:

Forumowicze dzielą się swoim doświadczeniem i proponują Ci to, co im samym pomogło w budowaniu pozytywnego obrazu siebie. I ja zaproponuję coś od siebie. Samemu trudno Ci będzie zapewne znaleźć swoje dobre cechy, ale weź WYDRUKUJ sobie dzisiaj to:

wrażliwość, ciepło, dystans do siebie, poczucie humoru i umiejętność wglądu

W wielu tematach i wielu postach widać obraz bardzo spokojnego, rozsądnego i mądrego człowieka.

to wątek Netfaceta, którego lubimy, fajnego, z dystansem i poczuciem humoru.

Często widzę cię tutaj i nie jesteś byle kim. Jesteś mądry, zrównoważony, a to bardzo dużo.

i czytaj regularnie.

Też Cię tak odbieram na tym forum.
To są naprawdę fajne cechy człowieka, bardzo pożądane. TY JE MASZ. smile

To bardzo miłe co piszesz smile Naprawdę.
Ja sobie zdaję sprawę z tych cech. Szkopuł w tym, że ja myślę, że one wystarczają do tego, żeby być dobrze odbieranym na forum. One wystarczają do bycia kolegą, do bycia przyjacielem. Ale do bycia w związku to jakby było za mało. Ta sfera mi całkowicie kuleje. Kuleje mi po prostu bycie takim typowym facetem. A myślę, że tego najbardziej szukają kobiety i chyba to jest też deficyt, którego doświadcza żona.

194

Odp: Terapia małżeńska, par...
wilczysko napisał/a:

Ja się nad tym zastanawiam całe życie i chyba gównianie mi to wychodzi. Gdybym naprawdę wiedział o co mi chodzi w życiu, do czego się nadaję to byłbym naprawdę mądry.

1) życie jest dynamiczne, ze zmieniającymi się ciągle danymi - przyznasz rację, że przemyślania o życiu nieco się różnią gdy masz 15 lat, gdy jesteś szczęśliwie zakochany, gdy rozpada ci się małżeństwo. Nie rozumiem określania "całe życie"
2) możesz gdybyć o pogodzie siedząc w zamkniętym, bez okien pokoju - jak się twoje gdybania mają do rzeczywistości? To co widać po tobie jesteś zblokowany w sobie, masz niską samoocenę, myślisz pesymistycznie - to trochę takie siedzenie z zamkniętym pokoju sad
3) czasem pewnych rzeczy nie da się zmienić np. choroba, ale chodzi o to, by nauczyć się akceptować jakieś swoje ograniczenia, znaleźć trochę przestrzeni na przyjemności, dostrzegać inne aspekty swojego własnego nieszczęścia.

Chodzisz na terapię, chcesz kolejną... ale poza chwilową ulgą, one nie zmieniają twojego życia. Myślę, że wszyscy (albo zdecydowana większość) próbują ci powiedzieć, że aby coś zmienić... trzeba zacząć coś zmieniać.
Wiele razy pisałam, żebyś cokolwiek zrobił, ja czasem mam problem z deprechą i wtedy jestem bardzo dumna z siebie, jak wstanę z łóżka, jak posprzątam mieszkanie, jak zrobię cokolwiek. Nie dlatego, że to są takie wielkie rzeczy, ale dlatego, że w starciu z deprechą punkty liczą się dla mnie tongue
Spróbuj cokolwiek zmienić w swoim życiu, nie uda się - trudno, ale będziesz miał poczucie, że próbowałeś, że te "siniaki" na duszy, to dlatego, że naprawdę zawalczyłeś smile

195

Odp: Terapia małżeńska, par...

Wilku, wygugluj sobie książkę pod tytułem zawartym w mojej sygnaturce. "Unf*ck yourself- napraw się!"

Ściągnij sobie darmowy fragment i poczytaj. Ale podejdź do tego otwarcie - nawet jezeli będzie Ci trudno uwierzyć, że to działa, zaakceptuj fakt, że to naprawdę działa. 

A potem się zastanów, czy nie warto spróbować i zacząć od tego.

Do stracenia bedziesz miał tylko 30zl za ksiazke.

Posty [ 131 do 195 z 332 ]

Strony Poprzednia 1 2 3 4 5 6 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » SEKS, SEKSUALNOŚĆ, PSYCHOLOGIA » Terapia małżeńska, par...

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024