Terapia DDA - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 5 ]

Temat: Terapia DDA

Napisałam całą rozprawkę, niestety z jakiegoś powodu mnie wylogowało i straciłam post. Nie chce mi się drugi raz rozpisywać, więc przejdę do meritum:
Mam ojca alkoholika i chociaż już w szkole średniej widziałam, jaki to ma wpływ na moją osobowość, po jednym spotkaniu dla DDA zrezygnowałam z terapii. Zrezygnowałam dlatego, że wydawało mi się, że jej nie potrzebuję, a tak naprawdę - dlatego, że na spotkaniu należało mówić o emocjach, czego nie potrafiłam i nie chciałam robić.
Teraz mam 30 lat i dalej nie potrafię mówić o emocjach. Nie potrafię też sobie z nimi radzić. Wydaje mi się, że emocje, których nie potrafimy rozpoznać i nazwać mają bardzo destrukcyjny wpływ na nasze życie. To, w połączeniu z faktem, że przez zaniżoną samoocenę od zawsze miałam potrzebę usprawiedliwienia jakoś swojego istnienia spowodowało, że w życiu kierowałam się bardziej społecznymi oczekiwaniami albo moim wyobrażeniem o nich niż tym, czego naprawdę chciałam. Za wyjątkiem sytuacji, kiedy zasugerowanie się cudzymi oczekiwaniami mogłoby mi przynieść jakąś korzyść, np. po roku intensywnego zakuwania do matury i dostaniu się na prawo zrezygnowałam z niego, co uzasadniałam niby logicznie, ale chyba jednak głupio: tym, że bez znajomości nie będę mieć pracy po tych studiach. Zamiast tego poszłam na łatwy humanistyczny kierunek, ale mam tylko licencjat i nie obroniłam magisterki. Z perspektywy czasu myślę, że obie rzeczy mają wspólną przyczynę: uważałam, że nie poradzę sobie na prawie i tylko stracę czas, bo na którymś etapie wylecę. Tak samo chyba czułam się za głupia na magistra filologii, co teraz mi się wydaje zupełnie nieracjonalne, bo nie znam nikogo, kto by nie obronił magisterki na łatwym kierunku. Co prawda bezpośrednią przyczyną tego, że zrezygnowałam mając napisaną połowę pracy było to, że miałam wtedy bardzo dużo obowiązków i musiałabym zarywać noce, żeby ją dokończyć, ale przecież wiele osób tak robi.Ja też nieraz nie dosypiałam na wcześniejszych etapach studiów i jakoś je przeszłam. Potem miałam 5 lat na to, żeby się obronić i myślałam o tym, ale nie wróciłam do pisania pracy. Uważałam, że poniosłam porażkę na etapie wyboru studiów i tytuł magistra polonistyki i tak nic mi nie da, więc znów stracę tylko czas. Może to było zwykłe lenistwo? Do niedawna przypisywałam tę nieudaną magisterkę właśnie temu, że mi się nie chciało. Jednak patrząc z perspektywy czasu, na to, jak dużo kiedyś pracowałam i jak bardzo chciałam mieć wyższe wykształcenie, wydaje mi się, że była jakaś głębsza przyczyna.
Obiektywnie uważam się za osobę inteligentną. Byłam zdolna do ciężkiej pracy, żeby osiągnąć jakiś tam cel. Mimo to moje życie jest pasmem celów, z których zrezygnowałam, bo wydawały mi się nieosiągalne. Mam jakieś zadatki na megalomankę, uważam się za inteligentniejszą od przeciętnego człowieka, mimo to - w praktyce, w spotkaniu face to face - mam się za gorszą od każdej napotkanej osoby i za głupią na to, żeby osiągnąć w życiu jakikolwiek sukces. Kiedyś marzyłam o wysokim wykształceniu i pracy naukowej, w sumie podporządkowałam temu 20 lat życia (wydawało mi się, że tyko wykształcenie i dobra praca sprawi, że wyrwę się z patologii i nie będę żyć jak rodzice), a potem odpuściłam temat, bo wydawało mi się, że nie dam sobie rady. Teraz wykonuję pracę biurową, którą lubię i która nie jest najgorzej płatna, mimo to nie czuję się spełniona zawodowo, bo chciałabym wykonywać pracę ważną społecznie, ale nie mam do niej kompetencji. I nawet nie myślę o wykształceniu się do innego zawodu, mimo że w teorii nie jestem na to za stara, a to dlatego, że nie radzę sobie ze stresem i nie potrafiłabym udźwignąć odpowiedzialności.
Piszę to dlatego, bo mam nadzieję, że jakiś kilkunasto- czy dwudziestoparolatek z problemami wynikającymi z syndromu DDA to przeczyta i zdecyduje się na terapię. Przez wiele lat żyłam w przekonaniu, że terapia nie jest mi potrzebna. A teraz myślę, że gdybym na nią poszła, osiągnęłabym coś w życiu - a jeśli nawet terapia w niczym by mi nie pomogła wiedziałabym przynajmniej, że próbowałam coś zrobić z niską samooceną, lękami, niezdolnością do okazywania emocji. Lęk przed zmianami spowodował, że bardzo wielu rzeczy, o których marzyłam, nigdy nawet nie próbowałam zrealizować.
Nie poszłam na terapię, bo wydawało mi się, że moje wady, które oczywiście dostrzegałam, nie zaważą na moim życiu. Tymczasem czasami okazuje się, że o naszym życiu decydują czynniki, które bagatelizujemy. Pamiętam jak moja koleżanka w czasach licealnych zwróciła mi uwagę, że za bardzo pozwalam sobą rządzić - chodziło o drobnostkę, o to że na kilkudniowej wyciecze koleżanka nie wpuściła mnie do pokoju, bo brała prysznic, a ja wtedy grzecznie zaczekałam na korytarzu (jak można się domyślić, prysznic był w łazience, w której była zasłonka zamiast drzwi). Wydaje się więc, że nie było powodu, żebym czekała na korytarzu, ale mnie w tamtym momencie zdawało się, że to zupełnie bez znaczenia, mogę zaczekać te kilkanaście minut. Nie dostrzegłam, że to jest jakaś ułomność mojego charakteru dopóki druga koleżanka nie zapytała dlaczego pozwalam sobie na takie traktowanie. Że pozwalam sobie wchodzić na głowę, nie walczę o swoje, nawet o szacunek do mojej osoby.
Zaczęłam się wtedy zastanawiać, czy to jest cecha, która w jakiś sposób zaszkodzi mi w życiu. Doszłam do wniosku, że nie. Teraz widzę, że uległość i unikanie sytuacji konfliktowych - nie wyrażanie niezadowolenia aż do momentu, w którym złość się we mnie kotłuje i zżera mnie od środka - w bardzo dużym stopniu zaważyło na moim życiu.
Dlatego jeśli macie jakiś problem, który poważnie wpływa na wasze zachowania, spróbujcie coś z nim zrobić, nawet jeśli wam się wydaje, że jest mało ważny. W realnym życiu nie da się nacisnąć przycisku restart i zacząć jeszcze raz.

"Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej".
Albert Einstein
Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Terapia DDA

Kareeno, na terapię nigdy nie jest za późno.
Dlaczego nie spróbujesz?

Wcale się nie boję, że mnie podepczą. Podeptana trawa staje się ścieżką. Błaga Dimitrowa

3 Ostatnio edytowany przez paslawek (2018-12-24 12:19:44)

Odp: Terapia DDA
Cyngli napisał/a:

Kareeno, na terapię nigdy nie jest za późno.
Dlaczego nie spróbujesz?

No właśnie wrócić na terapię zawsze można i nie jest za późno

Mój tata poszedł na terapię DDA w wieku 60 lat i bardzo sobie to chwalił,chodził też na mityngi DDA ,które jak twierdził dały mu więcej niż wiele lat leczenia psychiatrycznego ,zmagał się przez całe dorosłe życie ze schizofrenią
Powiem Ci że od 60 do samej śmierci w wieku 78 więcej w psychiatryku nie był i nie miał nawrotów choroby jego lekarka robiła wielkie oczy na postępy jego w leczeniu i jak sobie radzi w życiu
Kiedy po śmierci taty poszliśmy z moją mamą go wyrejestrować z poradni to pani dokror psychiatra zachowała się bardzo "nieprofesjonalnie" smile pobeczała się jak bóbr i powiedziała że takich pacjentów jak mój tata długo się pamięta tzn tak pogodnych.
Ty Autorko w pewnym sensie masz dużo łatwiej,masz dopiero 29 lat.
Mój tata twierdził też że jak by było DDA w Polsce jak był młody to było by mu łatwiej żyć ,no ale w latach 50,60 70 i chyba jeszcze 80 nie było.
Opór przed terapią jest niestety częścią uzależnień i współuzależnień strasznie chcemy wszystko sami załatwić i wydaje nam się że nam z tym wygodnie .

Pozdrawiam

4

Odp: Terapia DDA

Kareen widać jak na dłoni, jak "pięknie" jesteś umocowana w schemacie. Kolejny powód by nie wziać odpowiedzialności za własne życie. Teraz już "za późno". Oczywiście prawda jest zupełnie inna. A może jednak wcale tak do końca ten syndrom DDA zły nie jest zawsze na "coś" można zwalić winę ;-). Znam ten syndrom od podszewki jego największą "zaletą" jest tkwienie w pozycji zależności od ..... i tu można odpowiednio wstawić niewątpliwie racjonalny a nawet rzeczowy argument zatrutego umysłu co skutecznie odbiera nam odpowiedzialność za naszą odpowiedzialność. I szafa gra jesteśmy "rozgrzeszeni". No ale tak czy siak wybór należy do nas.

"Między bodźcem a reakcją leży nasza największa siła....wolna wola"

5 Ostatnio edytowany przez katarine93 (2018-12-25 23:07:58)

Odp: Terapia DDA
Kareena napisał/a:

Obiektywnie uważam się za osobę inteligentną. Byłam zdolna do ciężkiej pracy, żeby osiągnąć jakiś tam cel. Mimo to moje życie jest pasmem celów, z których zrezygnowałam, bo wydawały mi się nieosiągalne. Mam jakieś zadatki na megalomankę, uważam się za inteligentniejszą od przeciętnego człowieka, mimo to - w praktyce, w spotkaniu face to face - mam się za gorszą od każdej napotkanej osoby i za głupią na to, żeby osiągnąć w życiu jakikolwiek sukces.

Jeny. Cały post jest taki, jakbym czytała o sobie, a ten fragment... Opisujesz dokładnie to, co odczuwam ja.
Też jestem DDA, do czego doszłam po długich refleksjach na temat swojego "ja". Długo zastanawiałam się co ze sobą zrobić, jak zmienić swój sposób myślenia, wyleczyć w sobie to, co tkwi we mnie od niemal 30 lat. Niedawno wreszcie znalazłam w swoim mieście oddział specjalizujący się w terapiach DDA. Co więcej, terapia była całkowicie darmowa, dlatego, pokładając w niej ogromne nadzieje, szansę na ratunek, zdecydowałam się na nią, uznając jej rozpoczęcie za przełomowy moment w mom życiu.
Niestety. Spotkałam się z panią, która podczas moich opowieści robiła wielkie oczy, kompletnie nie wiedziała jak do mnie podejść, mówiła bardzo lakonicznie, wątpiła w dokumenty, które jej przyniosłam i, jak twierdziła, nie wiedziała, czy mi pomoże i nie miała pojęcia, na czym może polegać nasza terapia.
To był nasz pierwszy i ostatni raz.

Posty [ 5 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018