To co napisze nie bedzie normalne. Nie bedzie zdrowe. I dlatego wlasnie tu jestem i postanowilam sie tym podzielic bo nie majac z kim o tym rozmawiac, nie jestem w stanie wyjsc sama z tego problemu, a rozmowa sama ze soba nie przynosi zadnych skutkow.
Przechodze przez tragedie - rozstanie z wlasnym oprawca.
Tak, jestem jego ofiara, jestem od niego uzalezniona, choruje na syndrom sztokholmski i mimo depresji jaka przezywam, dalej zamiast ceszyc sie, ze nadeszla moja upragniona wolnosc - placze, ze juz sie nade mna nie zneca ( nie doslownie, bardzo ciesze sie, ze juz mnie nie meczy ale tesknie za jego obecnoscia, nawet ta zla ).
On jest 6 lat ode mnie mlodszy. Nigdy nie pracowal. Kombiowal / Ja - matka teresa, swoim cieplem, dobrym sercem i motywacja sprawilam, ze dzis ma jedna z najlepszych prac w jednym z najlepszych miejsc ( za co jest mi wdzieczny, ale to jest malo istotne ). Przez 2 lata naszego zwiazku bardzo cierpialam, mimo to dalej brnelam w ten bol.
On nigdy nie mial forsy, ja placilam za niego. Ja placilam za kolacje w restauracjach, za jego wiekszosc ciuchow, za jego bilety, jedzenie i wszystko co potrzebowal. On przewalal swoje wyplaty na palenie oraz obstawianie zakladow online. Wiecznie chodzil bez kasy. Wiecznie w dlugach, ja mu je splacalam jak jego mama. Zamiast do lekarza musial zapalic lub tracil kase online lub bral ode mnie czasami. Raczej mnie nie chronil, byl mily jakcos mu bylo trzeba, mowil, manipulowal...DO tego wiecznie zly, rozwalal mi wszystko w moim ( wynajmowanym ) mieszkaniu. Uderzyl mnie nie raz, nie dwa. Ingerowala w to policja, bylam raz u psychologa. Udalo mi sie uciec na kilka miesiecy. Moje zycie bylo zagrozone. Stracilam wszystko co mialam, wyjechalam i troche od niego odpoczelam, ale on sie odezwal. Wrocilam i spotykalismy sie dalej, obiecywal poprawe ( w sumie troche sie zmienilo ale nie mieszkalismy razem wiec nie wiem czy tak naprawde sie zmienilo ). Chodzil za mna 7 miesiecy i mowil, ze chce byc razem, ja nie chcialam wracac do przeszlosci wiec mowilam, ze nie bedziemy razem, mimo to kochalam go non stop i dalej go wspieralam i emocjonalnie i finansowo. Az do niedawna. Odsunal sie odkad poszedl do nowej pracy. Poznal nowe kolezanki. MIal mozliwosc odskoczni, wreszcie zrozumial, ze robil zle i postanowil sie ze mna rozstac. Chcial znormalniec. Ta mi mowi, chociaz z jego ex przede mna mial takie same jazdy, wiec to raczej kwestia jego charakteru.
Ja zwariowalam, ze postanowil to zakonczyc, bo mowil, ze zawsze bedzie mnie kochal...Umarlam, bo on wreszcie postanowil uwolnic siebie i mnie. Dziekuje mu za to. ALe boli mnie to, ze to on mnie zostawil i od miesiaca nie moge sie pozbierac.
Mimo, ze wreszcie jestem wolna nie czuje sie wolna. Nie jestem ponizana, nie jestem zle traktowana. Nie wydaje na niego kasy.... Czuje sie pusta i nic nie warta mimo, ze jestem nareszcie wolna, jestem bardzo nieszczesliwa bo nie ma juz jego..Wiadomo, ze pisze to z ironia, bo ta to brzmi, ze sama sie prosze o takie traktowanie.
Jestem swiadoma wszystkiego co pisze i co czuje i wiem co powinnam zrobic. Ale nie dam rady po prostu nie dam rady. DLatego pisze to tutaj. Chcialabym uslyszec od Was, bo slysze to tylko od samej siebie, ze powinnam zobaczyc jak on mnie traktoewal i wykorzystal na wszystko i nagle zniknal.
Takie chore zycie wynioslam z mego domu. Moja mama byla zle traktowana przez ojca. Ja zawsze na to patrzylam i kiedy raz zapytalam ja czemu ona nie odejdzie, odpowiedziala mi, ze tak juz musi byc. Dzis juz dawno nie jest z moim ojcem, ale ja zachowalam w sobie taki schemat zycia, dzis mam 34 lata i NIGDY ale to NIGDY nie mialam normalnego zwiazku. Nie wiem co to jest szacunek faceta. No, moze pierwsze 3 miesiace zwiazku sa zawsze super wiec tyle tego poznalam. Czuje sie zepsuta i probuje sie naprawic.
Jestem uzalezniona od destrukcyjnych fajerwerkow w moim mozgu. CO najlepsze bardzo duzo wiem o nalogach, o tym jak mozg reaguje na przyjemnosc i jak mozna uzaleznic sie od zlego, ale sama nie jstem w stranie sobie pomoc. Umiem odciac kawe, papierosy i cz alkohol, a to jest kolejna uzywka dla mozgu, jednak wspomnienia i to jakim chamem bym, sa dalej we mnie i nie potrafie tego od tak odciac i im bardziej mysle, ze powinien byc mi wdzieczny, tym bardziej mnie to boli. NIe chce jego wdziecznosci tak naprawde, bo ja robie wiele rzeczy bezinteresownie, ale boli, ze mnie wykorzystal a zawsze mowil, ze ma honor i zasady....
Dlatego jestem tu. Wiem, ze zostane bardzo zle odebrana ale moze akurat ktos powie mi cos, co pomoze mi zmienic spojrzenie na to wszystko i wreszcie zrozumiem, ze musze ratowac siebie zamiast plakac nad tym, ze moj oprawca mnie juz nie kocha.....