Witajcie,
Mam na imię Ewa i, jak większość z nas tu obecnych, wychowana zostałam na bajkach o księżniczkach, księciach i prawdziwej miłości, co uderza jak grom z jasnego nieba. Jako nastolatka nieustannie wierzyłam w to, że pewnego dnia spotkam tego wyśnionego mężczyznę i zrozumiem, że to on, gdy tylko go ujrzę. W tym okresie raczej unikałam chłopców, choć może inaczej - unikałam bezpośredniego kontaktu z nimi, lecz podkochiwałam się z ukrycia w kilku, jak każda dziewczynka w wieku lat nastu. Kreowałam w głowie historie o tym, jak oni nagle odnajdują moje tęskne spojrzenie na ulicy, biorą mnie w ramiona i spacerujemy o pełni księżyca po parkach, pływamy łódką po jeziorach...
Kiedy miałam 18 lat przeżywałam okres fascynacji internetem. To było niesamowite, odkryć, że wystarczy tylko kilka korków, lekkie ubarwienie kilku faktów, odpowiednie zdjęcie z głębokim spojrzeniem i każdego dnia skrzynka wręcz pęka w szwach od wiadomości. Na jednym z portali poznałam M. - wysoki, odrobinę niezdarny z burzą długich, jasnych włosów. Spotkaliśmy się raz czy dwa, po tygodniu byliśmy parą, po dwóch miesiącach zamieszkaliśmy razem, po pół roku mi się oświadczył. Wydaje mi się, że kochałam go wtedy swoim dziecięcym serduszkiem - tym bardziej, że był o dziesięć lat starszy, często i na długo wyjeżdżał do Niemiec doglądać tam jakichś interesów rodzinnych, a mnie oburzały historie o rozpadach związków na odległość i obiecywałam sobie, że będę tym chwalebnym wyjątkiem. Trochę jak w tych wszystkich historiach, w których kobieta wiernie czeka na powrót swojego ukochanego. No i przecież, ledwo napisałam maturę, a już miałam swój dom i "prawie-męża". Taki status już na starcie ma mało która panna.
Zaczęły się studia.
Po roku mieszkania razem zdałam sobie sprawę, że w codziennej rutynie nie ma nic, co choć trochę idzie w parze z moim wyobrażeniem romantyzmu - gdzież te głębokie spojrzenia, gdzie westchnienia i gorące szepty nocą i zapewnienia o wiecznej miłości. Przecież nawet Kopciuszek nie prał gaci i skarpetek, nie biegał na targ po warzywa, gdy już został odnaleziony przez Księcia. Zaczęłam nabierać pewności, że to nie jest moja bajka.
Nadal mieszkaliśmy razem, ale rozpoczęłam nieśmiało rozglądać się dookoła siebie. W głowie znów zaczęły powstawać romantyczne historie.
Kolega z mojej grupy ćwiczeniowej zwierzył mi się podczas jednej z domówek, że rzuciła go dziewczyna, którą kochał jak nikogo. Opowiadał mi o depresji, próbie samobójczej, tabletkach. Zakochałam się. Spotykaliśmy się potajemnie w letnie wieczory - ubiegając komentarze: nigdy nie spaliśmy ze sobą. Spacerowaliśmy nocą wokół małego jeziora niedaleko mojego domu, trzymaliśmy się za ręce, wkładałam całą energię w "przywrócenie go do żywych". To była moja romantyczna misja. Nagle zaczął mi opowiadać, że się zakochał, że chce byśmy zostali parą. Wtedy poczułam, że to znów sprowadzi się do prania gaci i odkurzania. Wraz z październikiem pojawiła się możliwość wyjazdu na półroczne stypendium do Anglii. Zgłosiłam się w tajemnicy. Swojemu narzeczonemu powiedziałam o tym na dwa tygodnie przed, gdzieś po nowym roku, z życia tego drugiego po prostu zniknęłam - czyż nie romantycznie? Po prostu rozpływasz się pod osłoną nocy, wciąż czując smak tego ostatniego pocałunku... Płakałam całą noc i to było bardzo przyjemne.
W Anglii szybko odnalazłam sposób na to, jak bezbłednie manipulować gestem, głosem, jak dobierać słowa, by mężczyźni okazali mi zainteresowanie. Spotykałam się z kilkoma, ale zwykle te historie kończyły się po kilku dniach, wraz z ich pierwszym "kocham cię". Wtedy znałam te słowa w trzydziestu chyba językach. Zostawiałam ich bez słowa, bo w ich oczach nie było nic, co mnie pociągało, gdy to mówili.
Tam poznałam H. Był bardzo wysoki i bardzo szeroki w barach, co napawało mnie poczuciem bezpieczeństwa. Był Turkiem, więc oznaczał wszystko, co egzotyczne i nieznane. Nie jakiś tam Norweg, Amerykanin, Czech, Niemiec czy inny nudziarz. Rzuciłam się w wir mojej baśni rodem z tysiąca i jednej nocy. Spijałam z jego ust wszystkie historie o nieznanym kraju. Całował delikatnie, dotykał delikatnie, chciał czekać z seksem do ślubu. Pomieszkiwaliśmy raz u niego raz u mnie w akademiku. Przemycanie go na noc do pokoju było niezwykle podniecające. Zaczęliśmy spać ze sobą, obiecywał, że przyjedzie do Polski i odnajdziemy się w Warszawie. Pamiętam, jak stykały się nasze ręce przez szybę autobusu, który miał mnie zawieźć na lotnisko. Płakałam za nim, bo chyba go kochałam w ten mój romantyczny sposób. Romantyzm wymaga łez.
Dzwoniliśmy i pisaliśmy kilka tygodni po moim powrocie do Warszawy. Znów zaczęłam szukać swojej miłości życia, kiedy nagle H. przyjechał do Warszawy. Miał odbyć staż, czy coś w tym rodzaju... Był tak szczęśliwy, jego oczy błyszczały, a ja zdałam sobie sprawę, że tu w Polsce moja egzotyczna miłość nie ma racji bytu. Dlaczego? Bo to w idei byłam zakochana. Bo muzułmanin był czymś egzotycznym, czymś zakazanym, jak mąż w wieku 18 lat, jak facet z depresją, jak idea tęsknoty i niespełnienia.
Oto stał przede mną na dworcu głównym, obładowany walizkami i widziałam w jego oczach pragnienie zostania przy mnie. Wiedziałam, że znów wpadlibyśmy w rutynę. Zniknęłam więc z Warszawy i z jego życia...
Dziś mam 26 lat, wpadam w obce ramiona od czasu do czasu, ale boję się czegoś stałego, a za to wszystko winię bajki o romantycznej miłości...