Witajcie...
Chciałabym odświeżyć wątek, choć nie wiem czy jest on potrzebny...
Widzicie byłam w związku z fantastycznym chłopakiem przez rok, poznaliśmy się (głupio się przyznać, ale...) na portalu społecznościowo-randkowym. Bardzo szybko zaczęliśmy ze sobą chodzić, bo przecież jeszcze do końca nie poznaliśmy siebie dobrze, a tu już związek. Jednak mój tłumaczył mi, że przecież człowieka poznaje się całe życie i różne sytuacje wpływają na to, że człowiek może mieć różne podejście do pewnych spraw, za każdym razem inne.
No i tak byliśmy ze sobą przez ten czas, aż nagle czar miłość prysł, a zaczęły się schody, czyli kłótnie. Szło o wszystko, o to, że on moich znajomych ma gdzieś, że jego są ważniejsi, że to jego nauka jest ważna itp. Nie podobało mi się to i parę razy nazwałam go EGOISTA... Wtedy on uznał, że ja robię problem z niczego i zakończył związek.
Było mi przykro, przecież byliśmy ze sobą rok czasu, a to nie jest żadna błahostka, ale poważniejszy związek (bynajmniej dla mnie). Od tamtego dnia unikał mnie jak mógł, ja go z resztą też. Jedynie spotykaliśmy się na uczelni i tyle, ale w milczeniu przechodziliśmy obok siebie.
Jednak traf chciał, że zachorowałam i to poważnie.Już wcześniej miałam komplikacje ze zdrowiem, ale razem z moim nie myśleliśmy o niczym strasznym. Lekarze naturalnie dają nadzieje, ale sami nie są do końca pewni-jak to bywa w naszych polskich szpitalach. Czarne myśli nachodzące moją głowę spowodowały, że zechciałam po 5 miesiącach milczenia spotkać się z nim i jakoś wyprostować sytuację abyśmy się nie traktowali jak wrogowie a aby zachować ową znajomość.
Nie myślcie, że staram się w ten sposób do niego wrócić, nie. Jedynie co chciałam to mieć pewność, że nie pozostawiam po sobie żadnych wrogów...
I tak spotkałam się z nim, zmienił się, ale poznałam go... Jednak ta oschłość, ta obojętność wobec mojej osoby-zabolało jak cholera. Na pytanie jak u mnie odpowiedziałam, że jakoś leci. Na pytanie czy wyzdrowiałam-tak jakby. I tyle, siedzieliśmy w kawiarni uczelnianej przez godzinę i dowiedziałam się jedynie, że nie jest na mnie zły.
Po powrocie do domu doszłam do wniosku, że on zgodził się na spotkanie z łaski. Jednak... Łaską byłoby to gdyby wrócił do mnie wiedząc, że jestem chora, a tego bym chyba nie chciała. Tak wiem napisałam chyba? Bo prawdą jest to, że? Chciałabym mieć w nim wsparcie w tych trudnych momentach? Lekarze karzą żyć dalej, tak robię? Ale myśl, że nie ma przy mnie osoby, która do tej pory mnie wspierała i pomagała mi? Ale przecież łaski nie chce. Zastanawiam się czy powinnam mu powiedzieć, że chce tej znajomości, że byłabym wdzięczna za odrobinę wsparcia. Ech sama nie wiem co już plote? Po prostu nie chce rozstawać się w gniewie, a mieć wsparcie itp? Czy za dużo chce? Wiem, nic na siłe? Ale ja? Chyba nadal go kocham? Jednak choćby nie wiem co, wolałabym mieć w nim przyjaciela w ciężkich momentach niż wroga? A może powinanm mu powiedzieć o chorobie?? I to wyprostowało by naszą znajomość?? Jednak istnieje coś takiego jak znajomość po zerwaniu ? prawda??