Podobno każdy facet potrzebuje swojej przestrzeni w związku. Jak ją rozumiecie?
Trochę mam zaburzony punkt widzenia - wychowałam się bez ojca i zawsze faceta traktowałam jak chłopaka i ojca w jednym, chcąc mieć go dla siebie jak najwięcej, najczęściej. Często wynikały z tego kłótnie w związku, bo gdy facet mówił mi, że wychodzi z kolegami / na piwo / na mecz, automatycznie coś dziwnego się ze mną działo - czułam się zepchnięta na drugi plan, czułam się tak jakby wolał spotkać się z kimś innym zamiast spędzić czas ze mną. Wiem - niezbyt zdrowe, ale zawsze jakieś dziwne emocje mi towarzyszą, gdy wychodzi. Ja natomiast jestem raczej introwertyczką, lubię siedzieć w domu, a odkąd mamy córeczkę to siedzenie w domu sprawia mi jeszcze większą "radość", wiadomo czasem umawiam się z kimś, ale ciągnie mnie do domu.
Zawsze, gdy miałam pretensje, że wychodzi, kłóciliśmy się i ostatecznie miałam poczucie winy wiedząc, że to on ma racje. Tak wiem - psychoterapia dla mnie to jedno
ale drugie - no właśnie, chciałam poznać Wasze opinie - tak ogólnie, nie na mój temat. Jak powinna wyglądać zdrowa relacja w związku dot. spędzania czasu bez tej drugiej osoby? Jak to wygląda u Was? Może ktoś miał podobnie? Jest gdzieś jakaś granica? Czy coś się zmienia mając dziecko?