Napisze w skrocie.
Poznalam na poczatku roku faceta. Fajny. Na poczatku wszystko szlo blyskawicznie, z jego inicjatywy. Zaczelo sie robic powaznie. Potem jakies male klotnie, oboje jestesmy wybuchowi, mamy podobne charaktery (z typowymi damsko-meskimi roznicami). Po jednej z nich powiedzial, ze jednak nie, ze on narazie nie chce sie wiazac. Bylo to dziwne bo wczesniej to on przyspieszal tempo. Bylo to pod koniec wiosny. Potem chwila przerwy, znowu kontakt, znowu intensywny. O ile mozna to tak nazwac, bo glownie wisielismy na telefonie godzinami, nie spotykalismy sie. Zapytalam wprost, zeby mi powiedzial o co mu chodzi, bo chce wiedziec na czym stoje. Ta sama gadka, ze nie jest mi narazie w stanie zapewnic tego, co facet powinien zapewnic kobiecie. Przyszlo lato, kontakt znowu sie urwal. Wiem, ze wyjechal na samotne wakacje, zeby pomyslec. Pod koniec wakacji odezwalam sie pierwsza, i znowu zrobilo sie intensywnie, ale znowu tylko telefonicznie. Rozmowy wygladaly tak, jak to wyglada zwykle w normalnym zwiazku. No i znowu jakas mala spina, mial chyba gorszy dzien. Powiedzial mi, ze wlasnie dlatego nie mozemy byc razem.. w sumie nawet nie wiem dlaczego? zapytalam znowu na czym stoje, o co mu chodzi. Po co to wszystko. Powiedzial, ze nic mi nie obiecywal, ze nigdy nie bedziemy razem, ze bedzie lepiej jak kontakt urwiemy, ze powinnam sobie kogos znalezc etc.
Na drugi dzien zadzwonilam, zaproponowalam kawe i rozmowe f2f. Powiedzial, ze gdzies tam jest i nie moze.
No dobra, pomyslalam, podziekowalam za mily czas, pozyczylam szczescia. Nie odpisal. Usiadlam w domu przed lustrem, powiedzialam sobie 'dziewczyno, ogarnij sie' i ogarnelam. Tak jak wczesniej myslalam sobie, 'a moze jeszcze...' tak tym razem zaparlam sie w sobie, i zaczelam wstawac rano myslac zupelnie o czyms innym niz jego osoba. No a najwazniejsze, ze zaczelo mi to wychodzic. No i ktoregos dnia w wirze pracy dostaje od niego wiadomosc, najpierw jedna, nie odpisalam (moze bym i odpisala, ale mialam sajgon), potem druga, i za chwile telefon. Od niego. Cos tam pogadalismy, zwykla small talk. Rozmowa na kilka minut, ktora zakonczyl ze 'tak chcial pogadac i ze jestesmy w kontakcie', odpowiedzialam ze 'spoko, spoko' i tyle.
Nie odpisalam na te jego wiadomosci, trzymam sie w swoim postanowieniu ze z tej maki chleba nie bedzie. Jednak znowu zaczyna mi krazyc po glowie.
Ktos mi porafi kompetentnie zinterpretowac takie zachowanie faceta?
Dodam, ze oboje mamy 30stki na karku, wiec nie jakies tam maloletnie podloty i zaloty. Oboje powaznie myslimy o zyciu, wiem tez, ze nikogo nie ma i nie mial. Tego jestem pewna na sto pro. Wiec to tez nie jest tak ze jestem 'opcja awaryjna'.