Temat trochę mylacy bo tak na prawdę chciałabym ostrzec inne dziewczyny przed ślepa miłością.
Poznałam go jakieś 6 lat temu. Jesteśmy ze sobą od 4, prawie 3 lata po ślubie. Zawsze to ja byłam ta strona której bardziej zależało. On jest dość niestabilny emocjonalnie i ze dwa razy przed ślubem chciał zerwać znajomość bo nie wiedział czy ja to ta do końca życia. Za każdym razem dawałam mu swobodę modląc się jednocześnie żeby mnie nie zostawial. On dochodził do wniosku zwykle po jednym dniu ze nie potrafi tak beze mnie, przepraszał i kajal się a ja cieszyłam się ze jednak mnie kocha.
Pobralismy się po roku znajomości. Nie mieszkaliśmy wcześniej ze sobą, nie uprawialismy seksu ze względu na jego światopogląd. Był diakonem w kościele protestanckim. Po ślubie okazało się ze on nie potrafi żyć z drugim człowiekiem. Nie miało dla niego najmniejszego znaczenia to jak będziemy funkcjonować na gruncie małżeństwa. Angazowalismy się wspólnie w pracę kościoła i to wypelnialo nasz czas. On traktował mnie bardziej jak członka kościoła niż żonę ale mimo to starał się- zabierał do kina, czasami na wycieczki, kupował kwiaty albo inne prezenty. Wszystko jednak było podporządkowane pod spotkania w kościele. Tylko raz kiedy byłam chora (angina z długo utrzymująca się wysoką gorączką) opuścił spotkanie. Ważniejsze było zdanie pastora niż moje i często to z nim najpierw coś ustala a dopiero potem informuje mnie jaka podjął decyzję.
To ja zawsze poswiecalam się dla niego. Rezygnowalam ze swoich planów, pragnień bo on czegoś chciał a ja nie potrafiłam odmówić i robiłam coś z miłości. Dbalam o niego na każdym froncie: pilnowalam żeby miał się w co ubrac- czuwałam nad tym kiedy trzeba kupić mu nowe spodnie buty itp. Płaciłam rachunki, czuwałam nad kalendarzem- kiedy z kim ma się spotkać, wizyty i lekarza, przegląd samochodu, wszystkie urzędowe sprawy były na mojej głowie. On miał zwykle pomysł a ja kombinowalam jak go zrealizować. Przy czym jeśli miałam odmienne od niego zdanie zawsze je olewal a potem się okazywało ze moje było na wierzchu.
Często czułam się zaniedbywana, nieważna, pomijana. Ponieważ jest ode mnie starszy o 7 lat od początku namawiał mnie na dziecko. Nie chciałam bo nie czułam się przy nim bezpiecznie. Dla niego pieniądze mogły nie istnieć na zasadzie Pan dał, Pan wziął. Wiedziałam że z jednej wypłaty nie wyzyjemy wiec nie godzilam się na dziecko. Obiecał ze znajdzie lepiej płatna prace co dosyć szybko mu przyszło. Dostał 4 oferty i w ostatniej chwili zrezygnował. W międzyczasie zaczęliśmy się starać o dziecko z myślą że trochę nam to zajmie. Kiedy obwiescil mi ze jednak nie zmieni pracy bo musiałby wcześniej wstawać i dłużej pracować czasami też w sobotę, okazało się ze jestem w ciąży. Wycofałam się z pewnych aktywności w kościele i mam wrażenie ze od tego się zaczęło. Zaczął mieć do mnie pretensje o byle co np ze nie podlewam kwiatków ( mam je serdecznie gdzieś. To on kupuje nowe, przesądza itp. To właściwie jedyne jego domowe zajęcie). Zaczął mnie irytować bo cały czas mówił mi o kościele: jakie ma plany, co powinnam zrobić itp. Na początku związku dużo ze sobą rozmawialiśmy, wiedzieliśmy o sobie sporo, żyliśmy sobą tzn dopingowalismy się w swoich działaniach. Byliśmy na bieżąco jeśli chodzi o to czym każde z nas żyło.
Teraz to wszystko się popsuło. Ja mam pretensje ze on oszukał mnie z praca i dzieckiem. Tylko dlatego uległam bo nasze finanse miały się znacznie poprawić. On ma żal ze musi mnie utrzymywać. Szukałam pracy ale dziecko było szybsze
jestem na początku 3 trymestru ciąży. Od 1,5 tygodnia stawia mi się brzuch. Lekarz kazał leżeć i nie forsowac się. Mąż przez tydzień musiał sam zająć się domem. Efekt był taki ze większość czasu spędzał na spotkaniach niż w domu. Robił bezmyślnie zakupy nie słuchając moich sugesti. Raz umyl naczynia. W domu był wszędzie syf bo ja nie wstawałam praktycznie z łóżka a on olewal to co się nabrudzilo. O obiedzie moglam pomarzyc. Robiłam sama na siedząco coś na szybko z piekarnika. Mniejsza o to.
Temat powstał bo usycham z nudów i samotności. Może przeczyta go jakaś dziewczyna której facet namawia ja na dziecko a ona się waha. Nie rób nic wbrew sobie. Mój mąż prosił błagal nawet szantazowal. Zgodziłam się bo przecież on będzie fantastycznym ojcem a ja go tego pozbawiam! Był na każdej wizycie u ginekologa. Głaszcze brzuch. Mówi do niego. Modli się. Teraz ostatnią wizytę olal bo był zmęczony. Ja byłam przerażona twardnieniem brzucha wiec wolałam żeby mnie dodatkowo swoją niechęcią nie stresowal. Ma do mnie pretensje ze leżę a w domu jest bałagan i on musi wszystko ogarniać. Nic nie ogarnia. Tylko narzeka.
Myślałam że nauczę go kochać na swoim przykładzie. Że jesli obdarze go bezwarunkowa miłością i akceptacja on odwdzięczy się tym samym. Widzę w jego oczach złość i irytację ze musi się mną zajmować mimo że tak naprawdę zbyt wiele mi nie pomaga. Denerwuje go od kiedy zaszłam w ciążę bo nie pomagam mu tyle w kościele co wcześniej i on został z tym sam. Nie interesuje mnie czym żyje bo wiem ze to kościół który jest ważniejszy niż ja i dziecko. Mnóstwo razy dawał temu dowód. Teraz wiem ze faceci nie zmieniają się dla kobiety i nie ma na to najmniejszych szans.
Czuje się oszukana ale głównie przez samą siebie. Mnóstwo razy ignorowalam swoją intuicję wierząc ze będę kiedyś dla niego ważna, zacznie liczyć się z moim zdaniem, poświęci mi więcej czasu i uwagi. On też zacznie się dla mnie poświęcać a nie tylko ja inwestuje w ten związek. Czuje ze moja miłość się powoli wypala. Jestem sama w ciąży która jest dość problemowa bez wsparcia z jego strony ani z jakiejkolwiek innej. Przerażona ze mogę stracić dziecko a z drugiej strony marze o tym żeby cofnąć czas o te 6-7 miesięcy i po prostu odejść. Wymiksowac się ze związku w którym nie czuje się ani kochana ani szanowana. Teraz będzie to trudne z małym dzieckiem. Na początku pojawiły się problemy z którymi mieliśmy razem walczyć. Wspielam się na wyżyny wyrozumiałości w nadziei ze to pokona. Po trzech latach nie ruszył ani trochę do przodu a ja nie wiem jak do niego dotrzeć.
Najchętniej wyproeadzilabym się choćby jutro ale nie mam gdzie ani za co żyć. W dodatku z dzieckiem w drodze.
Jeśli komuś się chciało to czytać- fajnie
nie zlinczuj mnie proszę. Mam świadomość swojej głupoty. Chciałam się tylko wygadac. Może któraś dziewczyna jest w podobnej sytuacji i dzi e ki moim zalom zdecyduje się odejść póki nie zaszło to tak daleko jak u mnie.