Hej. Strasznie mi ciężko na duszy..Może zacznę od tego, że jestem w związku od 3 lat, mieszkamy ze sobą od 2.5 roku...Ja mam 22 lata, On 27. Nigdy nie poznałam takiej osoby, tak dobrej, czułej, zabawnej, troskliwej. Kochał mnie, to na pewno. Ja Jego również. Mieliśmy wspólne plany na przyszłość (dzieci, mieszkanie, psy). Zawsze razem, nierozłączni. Nasze rodziny przyjęły Nas bardzo serdecznie, zżyliśmy się wszyscy ze sobą. Jak to w związku zdarzały się kłótnie, mamy dość silne, dominujące charaktery. Ścieraliśmy się. Moje czepialstwo, jego lenistwo. Obiecywaliśmy sobie, że będzie ponad to, ponad te błahostki. Były piękne momenty, przeplatane gorszymi chwilami, z którymi jak mi się do tej pory wydawało dawaliśmy sobie radę. W sierpniu ubiegłego roku wyjechał do swojego rodzinnego miasta (500 km od naszego domu), aby pracować ze swoim przyjacielem nad wspólnym biznesem internetowym - aplikacja na smartfony. Odległość wpłynęła trochę na moje nastroje, w końcu to coś zupełnie innego...Ale dawaliśmy radę, gdy tylko mogłam odwiedzałam Go, a On wracał do Naszego domu. W międzyczasie zapewnialiśmy siebie o miłości, a On, że ta jego praca ma Nam zapewnić lepsze życie, że to wszystko dla Nas. Miesiące mijały, sprzeczaliśmy się czasem...
Przed Wielkanocą pojechałam do Niego na parę dni, był jakiś smętny, niezadowolony, przybity. Ostatniego dnia mojego pobytu zapytałam o co tak właściwie chodzi...no i tak od słowa do słowa powiedzieliśmy sobie trochę raniących słów..Powiedziałam mu, że jestem nieszczęśliwa, że ciężko mi bez Niego i taki stan rzeczy mnie unieszczęśliwia. Powiedział, że też mu nie jest łatwo..że za dużo się spieramy, że mieliśmy przecież panować nad językiem, nad tym co mówimy. Gdy wyjeżdżałam oboje płakaliśmy, mieliśmy dać sobie czas na przemyślenie całej sprawy. Mijały dni, kontakt był znikomy, a ja jak to baba drążyłam, bo nie potrafię nie rozmawiać. W piątek doszło między Nami do awantury (przez telefon), w której powiedział, że zastanawia się nad rozstaniem, bo nie potrafi już ze mną żyć. Nie daje rady. Spina się, żeby nie powiedzieć przy mnie czegoś, co wywoła burzę. Że odkąd jest daleko ode mnie to jest trochę spokojniejszy. Zapewnił, że nie chcę się rozstawać, chciałby być ze mną, ale nie widzi przyszłości, nie wierzy w to, że Nam się ułoży, bo tyle już było gadane i proszone,a to nic nie dawało. Bardzo mnie to zraniło. Zapewniłam go, że go kocham i zapytałam o to samo, powiedział, że aktualnie jest w tak złym stanie psychicznym, że nie potrafi mi szczerze odpowiedzieć na żadne moje pytanie....Wiem, że nie jestem ideałem, czepiam się, za dużo mówię...Ech. Później napisał mi, że to ja się tak napuszyłam na rozstanie, że ciągnęłam go za język i powiedział, a chciał odpocząć, dać Nam czas na ułożenie myśli. Chciał o tym wszystkim porozmawiać dopiero jak tu przyjedzie (majówka) i wtedy ustalić co robimy...
Jestem załamana. Nie mamy ze sobą kontaktu od wczoraj. Wiem od Jego Mamy, że jest załamany i zmartwiony...Ma 27 lat i bardzo martwi się o swoją przyszłość, miał pewne niepowodzenia w pracy, teraz stara się wyjść na prostą, ale jest pełen obaw, co do tego biznesu..Boi się, że nigdy nie sprosta wymaganiom, że nie jest dla mnie odpowiedni...
Chciałabym wyciągnąć do Niego rękę, zmienić się, pracować nad tym, odpocząć od siebie, ale nie przekreślać tych 3 lat, które były najlepszym okresem w moim życiu. Tyle mieliśmy planów, tacy byliśmy dla siebie bliscy, wyjątkowi. Gdzieś w codzienności to umknęło, nie zauważyłam tego momentu, w którym zaczynało się między Nami psuć. Bardzo mi smutno, nie chcę się rozstawać. Kocham Go i pragnę Naszego szczęścia, chcę się zmienić, udowodnić sobie i Jemu, że mogę nad sobą pracować. Że nie zawsze będzie idealnie, ale to staranie jest tego warte.
Musiałam się wygadać.![]()