Witajcie!
Piszę, bo mam nie lada zagwozdkę.
4,5 roku temu poznałam faceta. Od samego początku burzliwie. Ogromne przyciąganie, mega pożądanie, olbrzymia ilość czasu spędzana wspólnie. Pierwsze podejście do związku trwało kilka miesięcy, po czym się rozmyślił. Pozostaliśmy w kontakcie, bo uwielbialiśmy ze sobą przebywać. Pożądanie było jednak zbyt wielkie, regularnie mu ulegaliśmy, wbrew wszystkiemu. Ja wciąż byłam zakochana, on wciąż nie wiedział o co mu chodzi, jak niedojrzały chłopaszek.
Nie mogłam już wytrzymać tej niepewności, wyjechałam do Hiszpanii. Rozpaczał, martwił się, że nie wrócę, że kogoś tam poznam. Wiem, to irracjonalne. Pies ogrodnika. Wciąż go kochałam, jak szalona. Wbrew rozsądkowi. Przyleciał wraz z grupą znajomych świętować sylwestra. Wciąż było czuć olbrzymią chemię. Tego się po prostu nie dało zatrzymać. Po 9-miesięcznym wyjeździe, okazało się, że naprawdę na mnie czekał, przez cały ten czas mnie wyczekiwał i wreszcie może z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że szczerze kocha. Od tamtej chwili byliśmy już razem. Zerwał też z dziewczyną, z którą wtedy był. Wszystko z mojego powodu.
Związek oficjalny trwał nieco ponad 2 lata. Pierwszy rok był, jak zwykle, pełen wzlotów i upadków. K. jest zazdrosny. Nie lubi kiedy pojawiają się obok mnie inni faceci, uważa, że każdy mnie pożąda, pragnie i pewnie chce mu mnie zabrać. Wiem, to wynik problemów z samooceną. Nie przepada z tego powodu za wyjściami do ludzi, bo obawia się, że będzie zmuszony z kimś konkurować. Dodajmy, że nie jestem w stanie skupić się na żadnym innym facecie, będąc w związku. Zupełnie to do mnie nie pasuje.
Drugi rok bycia razem spędziliśmy już mieszkając razem. Przeżyliśmy też 3,5 miesięczne szkolenie wojskowe, kiedy nie mógł mieszkać ze mną 24h/dobę. Przyjeżdzał stęskniony co tydzien, dwa, trzy... Obiecywał dzieci, ślub, pierścionek. Tak było do kwietnia/maja tego roku. Naprawdę się cieszyłam, że wszystko już się ułoży, że on naprawdę sobie zdał sprawę, że jestem TĄ jedyną dla niego. Do czasu.... do sierpnia kiedy po moim powrocie od znajomych (on nie miał ochoty iść), wyznał mi pod wpływem alkoholu, że coś się dla niego dzieje, coś się w nim wypaliło, że musi iść dalej sam, beze mnie. Wszystko mówił z wielką serdecznością, przyjaźnią, miłością. Całym sobą, z wielkim rozżaleniem. Kolejnego dnia to powtórzył, po czym po dwóch dniach ze łzami w oczach przyznał, że okropnie tego żałuje. Nie miałam siły...
Nie spałam kilka dni z rzędu, poszłam na zwolnienie lekarskie,bo nie byłam w stanie chodzić do pracy. Nie jadłam, nie piłam, nie spałam, nie mogłam pracować. A on dalej krzątał się po domu.... do tego uznał, że chce ze mną mieszkać jeszcze ok miesiąca, bo dopiero wtedy może się wyprowadzić. W tym czasie pił, wypluwał na mnie jad, nie wiedzieć dlaczego. Miał wiele żalu, że nie zatrzymałam go, że go nie prosiłam by został. Postąpiłam zgodnie z sobą, nigdy nikogo nie będę błagać, by został. Nigdy. Wyprowadził się zatem, nie mieszkamy już ze sobą ponad miesiąc.
On chce wrócić. Obiecuje wielkie zmiany. Chce o mnie dbać, dawać radość, szczęście. Wiąże mnie z nim cudowna nić porozumienia, ale.... czy to wystarczy? Czy powinnam mu wciąż ufać? Zaufanie zostało bardzo mocno nadszarpnięte... Przyznał , że musiał to zakończyć bo tak czuł. Zauroczył się kimś, z kim się nawet nie spotykał, choć próbował. W międzyczasie pojawiła się też inna dziewczyna, z którą się spotykał, ale uznali, że nic z tego nie będzie.
To sprawia, że czuję się jak zabawka. Nie wyszło z innymi po rozstaniu, które pewnie zarządził żeby mieć czyste sumienie, bo przeciez mnie nie zdradzil, co podkresla bardzo intensywnie. Pragnie powrotu, zmian, pracy nad związkiem.
Cała moja rodzina jest już przeciwko niemu. Wiem, zapodziałam gdzieś swój rozsądek i pewnie powinnam go mocno kopnąć w tyłek. Tak mocno, by poleciał w siną dal.
Kiedy z nim jestem..... wciąż zapominam o bożym świecie... jest mi dobrze, tęsknię... ale pamiętam też poranne wymioty z wyczerpania.... pamiętał łzy wsiąkające w pościel, dzień kiedy wyznał mi, że się zauroczył w innej... Wszystko pamiętam.
Czy ktokolwiek jest się w stanie tak zmienić? Czy można do tego stopnia zmienić rdzeń swojej osobowości? Czy zmienność można na tyle kontrolować? Czy to wciąż będzie on, jeśli będzie tak bardzo kontrolować swoje emocje?
Pomocy...
Z góry ogromnie Wam dziękuję
Pozdrawiam
Gosia