Witajcie,
piszę tutaj bo moja historia jest dla mnie bardzo ważna, ale absolutnie nie umiem zrozumieć co zrobiłam ja, co on i dlaczego tak sie skończyła. Będzie dość długie, niestety. Może znajdzie sie ktoś, kto bedzie potrafił to ogarnąć myślami, bo aż mi wstyd.
Byłam z moim partnerem prawie 4 lata. mamy oboje prawie po 40 lat. Ja rozwódka z dzieckiem, on wieczny singiel- chciał budować rodzinę, mieliśmy wiele planów na przyszłość, na dom, wspólna pracę, oboje wolne zawody. On nie pracuje pod ponad 2 lat. Ostatnio wynajęłam mieszkanie byśmy mogli w końcu razem zamieszkać. Jutro miałam sie przeprowadzać, on mieszka już 2 tygodnie tam i czekał na mnie. Ok, ale właśnie dzisiaj go... wyrzuciłam. Bardzo go kocham, on też, chyba. Zawsze go wspierałam, pomagałam jak mogłam, sam o sobie mówi że jest niezaradny życiowo i wiele sie musi uczyć. No takiego pokochałam, ma oczywiście wiele innych cudnych cech, poza jedną. Wypiera swoje błędy, nie widzi ich i jak cos zrobi źle, winę zwala na mnie, niezaleznie od tego czy brałam w tym udział czy nie. Usłyszałam już że : to moja wina że on załozył firmę, że mu nie idzie, bo ja wierzyłam w niego że sobie poradzi a sobie nie radzi. To moja wina że mi naubliżał, bo ja jestem emocjonalna i on sie boi moich reakcji ( nic mu nie robiłam i nie zrobiłam, prócz ewentualnego wkurzenia na coś, konsekwencje słowne), to moja wina że pożyczył pieniądze na samochód a teraz nie ma z czego oddać, bo ja mu powiedziałam kiedyś że jakoś sobie poradzimy i jak trzeba będzie to mu pomogę- to nie są moje domysły, tak mi mówi wprost. Co sie stało dzisiaj ? Obraził mnie słownie bardzo, bardzo mocnych słów użył, ubliżał mi od 3 dni mówiąc że musi mi dać nauczkę za to że wcześniej ja wybuchałam ( no ale nie tak, nie ten kaliber). Że jest mężczyzną i nie będzie przepraszał bo zrobił to celowo. Tylko że tym razem on sie zdenerwował na sytuację z zewnątrz a odbił sobie na mnie i ciagnął do końca bez umiaru. Odczekałam kilka dni, poszłam do maszego nowego mieszkania porozmawiać z nim spokojnie. Powiedziałam co mnie boli, że oczekuję przeprosin, że to boli bo ja jemu zawsze pomagam, tylko na mnie może liczyć i liczy cały czas, że jestem osobą najbliższą a tych sie nie rani. Uparł się i prócz tego że nie czuje się winny bo on ma prawo sie zdenerwować niczego nie wskórałam. Wściekłam się po słowach, że on beze mnie da sobie świetnie radę i przepraszac nie będzie tylko dlatego że u mnie mieszka i nie stać go na nic. Zupełnie nie widział swojej winy, nie rozmiał że nie wolno celowo krzywdzić. Wkurzyłam się i ponieważ sam kilka dni temu mnie zwyzywał i powiedział że sie natychmiast wyprowadza do rodziców ( mieszkają w innym mieście i akurat oni sie ucieszą jak do nich wróci bo mnie nie akceptują, bardzo religijna rodzina a rozwodniczka dla nich to zło ) Oni mają dla niego gotowy scenariusz na życie. Córkę sąsiadki na żonę, pracę u tatusia w zakładzie, mieszkanie u nich. No jak tak siedział i się upierał, nie spuszczał z tonu to mu powiedziałam że może się wyproadzać już. Niech dzwoni po rodziców i go zabierają. Zadzwoniłam ja, on rozmawiał, poprosił by przyjachali bo ja go własnie wyrzuciałam. Wyszłam. Napisałam mu smsa że prosiłam o przeprosiny tylko, bo to godzi w moją godność takie słowa a to że nie walczy o związek to juz dało do myślenia, skoro się poddał. Odpisał że mnie kocha bardzo, ale za późno i już rodzice w drodze. Wie że nie wróci już do Warszawy, że tak czuje, ale kocha mnie i całuje. Ma ktoś pomysł co to jest ??? Powiem tylko, że nigdy nikt go nie wspierał, nie wierzył w niego, ma słabe przykłady partnerstwa z domu rodzinnego, ojciec despota, ale jego szanuje najbardziej i nigdy nie chciał tam wracać bo wiedział że on będzie z niego szydził że jest nieudacznikiem życiowym.Pomagałam mu zawsze i kryłam przed rodziną by miał tam dobrą opinię. Kłamałam że pracuje.Ma długi o których ja tylko wiem, oni jak się dowiedzą to nie wiem co będzie i kto je spłaci, pewnie oni. Wobec mnie długi też ma. Myślę że spod moich skrzydeł uciekł pod skrzydła rodziców, że sam nie umie żyć. Pojechał...nie wróci. Tylko po co po fakcie to wyznanie miłości ??? Kocham go bardzo, walczyłam ponad swoje siły czasami o nas, rozpuściłam go i wiem to, byłam niezawodna zawsze, ale obrażać sie więcej nie dam. Nie wiem co myśleć... Może jest ktoś kto to potrafi wytłumaczyć jakkolwiek bo muszę się z nim rozstać emocjonalnie a to najtrudniejsze.