Witajcie dziewczyny, postanowiłam tutaj napisać, ponieważ potrzebuję podzielić się swoimi rozterkami i może posłuchać dobrej rady:)
Ogólnie rzecz ujmując byłam do tej pory w dwóch poważnych związkach, w obu przypadkach przeżyłam wielki zawód, zostałam zraniona, ja dałam z siebie wszystko, byłam zaangażowana i sądzę, że przez pewien okres moja miłość była odwzajemniana, ale potem wszystko się psuło i przerodziło w związek toksyczny. W obu przypadkach była chora zazdrość, porywczość ze strony mężczyzny, ograniczenia, zakazy, obaj chcieli mnie zamknąć w klatce, a potem okazywało się, że nie mogą już ze mną wytrzymać, że mam zły charakter, że jestem beznadziejna, najgorsza i odchodzili. Strasznie to przeżywałam, swoje wycierpiałam, ale jednocześnie wyciągnęłam z tych doświadczeń naukę. Zaczęłam inwestować w siebie, spełniać swoje marzenia, realizować swoje hobby i pasje, mogę powiedzieć, że znalazłam sposób na szczęście:)
Jednak nie o tym chciałam...
Kilka miesięcy temu poznałam mężczyznę. Zaczęliśmy się spotykać, najpierw sądziłam, że jest mną zainteresowany tylko na zasadzie zwykłej znajomości, koleżeństwa, jednak on po pewnym czasie zrobił kolejny krok i zostaliśmy parą:). Problem tkwi jednak w tym, że kiedy spotykaliśmy się jako "koledzy" widywaliśmy się niemalże codziennie, on prowokował wyjścia, chciał mi towarzyszyć chociażby w moich wycieczkach rowerowych etc. W momencie, w którym przeszliśmy do następnego etapu i zamknęliśmy się w ramówce "jesteśmy parą", nagle okazało się, że nasze spotkania stały się rzadsze, widywaliśmy się już tylko raz, max. 2 razy w tygodniu na kilka godzin. Weekendy zawsze spędzaliśmy osobno. Ogólnie nie widziałam w tym problemu, po pierwsze dlatego, że sama jestem teraz osobą dość aktywną, mam wiele własnych zajęć i dość zapełniony grafik, po drugie dlatego, że ogólnie jestem dość wyrozumiała i nie jestem typem kobiety-bluszcza. Mijały jednak kolejne miesiące, a ja zaczęłam się zastanawiać, jak powinnam traktować tą relację. Nie miałam etapu wielkiego zauroczenia, nie ma też motyli w brzuchu, nasza relacja jest bardzo rozsądna (być może dlatego, że każde z nas ma jakieś tam swoje doświadczenia i zawody), on bardzo mi się podoba, zarówno fizycznie jak i intelektualnie, jestem pełna podziwu, jak wiele mamy niemalże identycznych poglądów na kwestie typowe w związku, co raczej rzadko się spotyka (przynajmniej mi się to nigdy wcześniej nie zdarzyło). Niestety mimo tego całego rozsądku, zdrowego podejścia, podobieństw, ja czuję, że mi zależy na nim bardziej, chciałabym móc z nim porozmawiać o uczuciach, może usłyszeć od niego jakieś zapewnienie, wyznanie, a tu nic, cisza...Zupełnie tak, jakby między nami była jakaś umowa, jesteśmy ze sobą, dogadujemy się, poznajemy się stopniowo, ale żadne z nas nie mówi otwarcie o uczuciach. Ostatnio zaczęłam go wprowadzać w grono moich znajomych, chciałam, by poznał ludzi mi bliskich i mnie w nieco innym wydaniu/otoczeniu:). Zorganizowałam też imprezę urodzinową, zaprosiłam garstkę osób, a moja przyjaciółka przyprowadziła dodatkowo kilku swoich znajomych i w pewnym momencie imprezy, jeden z kolegów zaczął mnie bardzo chwalić jako gospodynię oraz jako kobietę, ponieważ trochę już wypił, bez ogródek zaczął rzucać głośne uwagi, że jestem kobietą, która może wybierać w życiu, jeśli chodzi o mężczyzn, że nie powinnam się decydować na byle kogo, bo zasługuję na najlepszego, bardzo mnie komplementował, a potem zwrócił się bezpośrednio do mojego partnera, że lepiej, żeby był pewien, czy traktuje to poważnie, bo jeśli nie, niech da szansę innym, że ja nie jestem dziewczyną do zabawy, czy na chwilę, że dla takiej dziewczyny powinien się naprawdę starać etc. Ja byłam w szoku, nie wiedziałam, jak zareagować, więc zaczęłam się z tego śmiać i mój partner też, natomiast potem rzucił mi uwagę w stylu: widzisz, powinnaś się zastanowić, jak tak możesz wybierać, jeszcze możesz zmienić. Na co ja, że to nie ja potrzebuję się zastanawiać, bo wiem, co czuję i uważam, że to raczej on powinien się zdecydować, czy to jest na poważnie? Uśmiechnął się tylko i nie skomentował, ale poczułam się dziwnie, zaczynam się obawiać, że może on jest ze mną, bo jest, ale nie zależy mu na mnie jakoś szczególnie, że równie dobrze mógłby być z każdą inną, bez różnicy. Sama nie wiem, czy powinnam poprosić go o rozmowę z serii tych poważnych i zapytać wprost, co jest między nami, czy nie robić dramatu i zobaczyć, jak to się będzie rozwijać z czasem. On zawsze asekuruje się tekstem: przecież dopiero się poznajemy, albo jeszcze za słabo się znamy...Zapewne, ale ludzie poznają się całe życie, czy to znaczy, że cały ten czas mają zwlekać z wyznawaniem/okazywaniem uczuć? Jak byście podchodziły do takiej relacji?