Jesteśmy ze sobą już 3 rok. Na początku i w drugim roku naszego związku, mój partner bardzo mnie skrzywdził. Wielokrotnie po kłótni zabierał pod moją nieobecność rzeczy z mieszkania i się wyprowadzał, a w zeszłym roku czując się rozczarowany mną i naszym związkiem, robił za moimi plecami podchody do swojej byłej żony, licząc na odnowienie ich relacji i powrót (dla mnie była to bolesna zdrada emocjonalna). Bardzo to przeżyłam, łącznie też z moją wyprowadzką z jego domu, bo uznał, że dalej tak być nie może (dużo się kłóciliśmy, źle to wszystko wyglądało, choć rozstanie u mnie nie wchodziło w grę, nie było dla mnie żadnym rozwiązaniem). Mój problem polega na tym, że generalnie na wyjściach czy wyjazdach, dochodzi do kłótni i ja bardzo go wtedy wyzywam, wciąż wypominam tamte zdarzenia (choć teraz u nas jest dużo lepiej, spokojniej, on pokazuje mi jak mnie kocha, że się o mnie stara), to jest rodzaj takiego okrutnego pastwienia się nad nim, uderzania w najczulsze punkty aby zranić. Nie mogę nad tym zapanować, niszczę wtedy taki wyjazd doszczętnie, nie zważając na to ile w niego wysiłku włożyliśmy, albo jak on długo na niego czekał. Tak jakbym chciała, żeby on czuł tę krzywdę tak samo jak ja.
Złym człowiekiem wtedy jestem, tak zdałam sobie sprawę teraz jak o tym piszę. Jak można tak krzywdzić osobę, którą kocham. Dlaczego minęło już tyle czasu, a ja wciąż nie mogę mu tego wybaczyć? Tyle rzeczy mnie męczy, łącznie z lękiem, że nie stworzymy nigdy rodziny, nie będziemy mieć dzieci, bo ja nie umiem zapanować na tymi emocjami, on to widzi i się waha, nie widzi przyszłości. Nie chcę się z nim rozstawać, wciąż go bardzo mocno kocham, on zresztą mnie też, ale czuję, że nad naszym związkiem wisi jakieś fatum, tak jakby z góry był skazany na porażkę. Może ja jestem po prostu osobą, która nie umie przebaczać większych krzywd, może jedynym wyjściem jest odejście, tak aby każde z nas mogło być jeszcze szczęśliwe z kimś innym?