Na początku chciałem się przywitać.
WITAM
Do sedna:
Żona chce się ze mną rozwieźć po 8 latach bycia razem, kocham ją nad życie i nie wyobrażam sobie dalszego życia bez niej.
Moja historia jest inna niż w temacie który mnie zainspirował. Między mną a żoną nie było żadnej zdrady ani flirtów itp.
Wszystko zaczęło się po urodzeniu naszego kochanego synka. Po porodzie zaczęliśmy się od siebie powoli oddalać. Współżyliśmy coraz rzadziej, ale nadal mocno się kochaliśmy. Gdy synek skończył dwa latka, ja zmieniłem pracę i to jeszcze bardziej nas oddaliło. Wracałem do domu zmęczony, tak samo jak moja żona. Powoli naszym wspólnym tematem stała się tylko praca i synek. Żona zarabia więcej niż ja, więc stałem się wygodny i wszystko zostawiłem na jej głowie, nie maiła we mnie żadnego wsparcia i poczucia bezpieczeństwa. Półtora roku temu oddała mi obrączkę i powiedziała, że teraz ja biorę odpowiedzialność za nasze małżeństwo. Był to dla mnie mocny sygnał, ale zmieniłem się tylko na jakiś czas i wszystko wróciło do dalszego oddalania się od siebie. W sierpniu zeszłego roku straciłem pracę i siedziałem na zwolnieniu zusowskim pół roku, co jeszcze bardziej utwierdziło żonę, że nie am we mnie oparcia i pomocy. W grudniu postanowiłem, że dalej tak być nie może i porozmawiałem z nią. Powiedziałem jej że zrobię wszystko, żeby się we mnie na nowo zakochała i przez jakiś czas było ok. W styczniu dostałem pracę i wyjechałem do Warszawy na trzytygodniowe szkolenie. Po powrocie było tak źle jak nigdy. Dwa tygodnie temu, żona powiedziała,że chce ze mną porozmawiać. Ja też się zbierałem do tej rozmowy i zaproponowałem jej żebyśmy poszli na terapię małżeńską, a ona nagle że chce się rozwieźć, bo mnie już nie kocha, nie ma we mnie oparcia, czuje się brzydka, niedoceniona, niedowartościowana i tyle razy się na mnie zawiodła. Spadło to na mnie jak grom, cały czas myślałem,że między nami się ułoży. Nawet przez chwile nie myślałem, że będzie inaczej, tym bardziej, że w nowej pracy zaczęło mi się układać i zaczynałem mieć więcej czasu dla rodziny.
Najgorsze jest to, że to żona u nas w związku nosi spodnie, a ja jestem uległy. Nie widziała we mnie prawdziwego mężczyzny.
Ma ona tak silny charakter, że jak podejmie decyzję to końmi jej nie zawrócisz.
Zacząłem chodzić do psychologa na terapię. Namówiłem żonę na wspólne pójście na terapię. Myślałem, że jak się dowie że źle odczytywałem jej sygnały to zmieni zdanie. Zgodziła się, ale nie po to byśmy do siebie wrócili, tylko po to żebym stał się lepszym człowiekiem w przyszłości.
Pozostała mi tylko walka o rodzinę, nie mogę rzucić rękawic na ring i zejść bez walki. Żona jest zła o to że jej nadal nie słucham bo ona już postanowiła że chce rozwód, ale ja nadal walczę. Dzisiaj przeżyłem najgorszy dzień w życiu, po powrocie z pracy, jak zobaczyłem żonę przytuloną z synkiem, zrozumiałem że mogę to wszystko stracić bezpowrotnie to coś we mnie pękło, pobiegłem do innego pokoju i ryczałem jak dziewczynka godzinę czasu.
Dopiero po rozmowach z psychologiem zrozumiałem jak żona się czuła przez te dwa lata, co ja robiłem nie tak, ale jest niestety już chyba za późno bo żona jest nieugięta. Ns święta wielkanocne już chce być sama z synkiem bo jedzie do swojego brata, a ja nie wiem jak sobie poradzę wtedy.
Kocham moją rodzinę nad życie, zacząłem pracować nad sobą, ale żona podjęła decyzję i nie chce jej zmienić.
Zostaje mi tylko walka, ale jestem w dołku i nie mam pomysłu jak stopić lód z jej serca?