Witam.
Piszę, ponieważ chciałbym, abyście w miarę obiektywnym okiem spojrzały na moją sytuację i odpowiedziały na kilka dręczących mnie pytań. Może najpierw krótka historia:
Całkiem niedawno zmieniłem kierunek studiów, więc postanowiłem również rozszerzyć swój krąg towarzyski nawiązując nowe znajomości w grupie. "Przytuliłem się" do sympatycznej kliki osób znających się wcześniej i zacząłem z nimi rozmawiać, chadzać na kawki itd.
Pewnego dnia na jednej z takich kawek zdarzyło się tak, że wszyscy pozostali uczestnicy spotkania musieli się rozejść, a w kawiarni zostałem tylko ja i ona. Myślałem, że nawet nie będziemy mieli o czym rozmawiać, ale okazało się, że przegadaliśmy dobre parę godzin. Wiedziałem, że ma chłopaka - już od kilku lat - więc nawet nie patrzyłem na nią w "ten" sposób. Wydawało mi się, że to całkiem fajnie, że można w tak niepozorny sposób zyskać nową koleżankę, ale też po tym spotkaniu nie sądziłem, że nasza znajomość potoczy się tak intensywnie.
Zaczęliśmy spotykać się coraz częściej. Najpierw jedynie w okolicznościach towarzyskich (domówki, imprezy w klubach), potem, bardzo szybko, przeszliśmy do etapu, kiedy woleliśmy spotykać się sami niż w większej grupie. Wszystko to pozostawało niewymówione, po prostu chodziliśmy na spacery, rozmawialiśmy. Jakby to było naturalne, że, kiedy się widzimy, to w cztery oczy. Dużo pisaliśmy na komunikatorze. Zanim się obejrzałem, zorientowałem się, że nigdy w życiu nie poznałem osoby, która jest do mnie tak podobna, przed którą tak szybko się otworzyłem. Potrafiła mnie wzruszyć i w zasadzie tylko przy niej przestawałem być śmieszno-gorzkim ironistą. Ona też się przede mną otworzyła. Narodziła się między nami ogromna intymność. Wystarczyło jedno moje słowo - natychmiast gotowa była się spotkać. Wystarczyło jej słowo - byłem gotów. Spędzaliśmy razem każdą wolną chwilę, była między nami ogromna chemia.
Zauważyłem, że potrafię widzieć się z nią parę godzin, potem parę godzin pisać na komunikatorze, a potem jeszcze o niej rozmyślać. Wyzwoliła we mnie pokłady dawno uśpionych uczuć. Jestem świadom tego, że ja w niej też, choć wciąż mówiliśmy o przyjaźni. Wystarczył miesiąc intensywnej znajomości, a ja zacząłem myśleć, że takie coś nigdy mi się nie zdarzyło, że mogłaby być miłością mojego życia.
Ale zdałem sobie też sprawę z tego, że ona przecież ma wieloletniego chłopaka, którego zdążyłem poznać. I choć, może to subiektywne, widziałem, że do siebie nie pasują, nie mogłem jej niczego sugerować, bo byłoby to nie w porządku zwłaszcza w momencie, kiedy naprawdę przeżywają kryzys.
W końcu postanowiłem wyznać jej moje niewypowiedziane dotąd uczucia i zakończyć nasze spotkania, jako że nie byłoby to fair względem jej chłopaka, kiedy z mojej strony nie może liczyć jedynie na przyjaźń. Zareagowała panicznie. Widać było, że sytuacja ją przerasta, że nie jest ze mną szczera. Postanowiliśmy przystopować naszą relację.
Kilka dni później spotkała się ze mną. Powiedziała, bardzo pokrętnie - bo wiem, że towarzyszyła jej świadomość tego, że jest nie w porządku co do swojego chłopaka - że z jej strony to też nie była czysta przyjaźń. Widziałem jej pełną wątpliwości twarz. Nie naciskałem na żadne deklaracje. Postanowiliśmy, że zastopowanie tego, co między nami, jest jedynym rozwiązaniem.
Teraz moje pytania:
1. Gdyby zdecydowała się zerwać ze swoim chłopakiem, oznaczałoby to wywrócenie jej życia do góry nogami. Myślicie, że taka komunia dusz jest warta tak odważnych kroków?
2. Czy da się coś zbudować na gruzach poprzedniego związku? Czy może jednak w normalnych relacjach potrzebny jest ten bufor samotności, który występuje po zakończeniu związku, przed narodzeniem się kolejnego uczucia?
3. Czy któraś z Was zostawiła kiedyś kogoś dla kogoś innego? Jak to się potoczyło?
4. Nie jestem pewien, czy będę potrafił tak po prostu dać sobie spokój, choć nigdy o nikogo nie walczyłem. To cudowna dziewczyna, bardzo inteligentna, piękna. Ten magnetyzm, który między nami się pojawił, nie daje mi spokoju. Jestem gotowy na nią, jestem singlem. Mam uporządkowane życie uczuciowe. Ona nie. Chcę dać jej teraz czas na przemyślenie jej położenia, bo niełatwo jest podjąć decyzję o ewentualnym rozstaniu. Czy jeśli tej decyzji nie podejmie sama, to czy w ogóle jest sens jakiejkolwiek walki o nią?
5. Czy wierzycie w taką możliwość, że ktoś może z kimś być z przyzwyczajenia, z troski o to, co się stanie po rozstaniu, a w międzyczasie trafia tego kogoś strzała amora, po czym jest w stanie porzucić swoje ustabilizowane życie dla czegoś niepewnego? Czy powinienem zostawić to jej wyłącznej interpretacji, czy o czymś ją zapewnić, do czegoś ją skłonić?
Pogubiłem się. Zawsze starałem się w uczuciach postępować fair. Odszedłem od swojej poprzedniej dziewczyny nie w momencie, kiedy kogoś poznałem, lecz z powodu świadomości, że ona nie da mi szczęścia, z wzajemnością. Właśnie po to, aby być fair. Nigdy nie chciałem rozbijać niczyjego związku. Wciąż nie chciałbym. Ale czuję, że w tej sytuacji byłbym do tego zdolny. Czy uczucie usprawiedliwia takie zachowania? I czy to w ogóle jakkolwiek dobrze rokuje na przyszłość?