Usłyszałam kiedyś zdanie, które od tamtego czasu wielokrotnie już powtórzyłam: nie pozwala się odejść partnerowi, kiedy z góry można założyć, że będziemy z zazdrością patrzeć jak układa sobie życie gdzieś indziej.
Moim zdaniem odpuścić należy wówczas, kiedy ludzi już niewiele łączy, a na pewno nie ma w związku wzajemnej miłości (ta musi być z obu stron) ani szacunku, a samo małżeństwo przysparza więcej łez i goryczy niż dobrych chwil. Nie warto tkwić w czymś na siłę, czując, że działa na nas destrukcyjnie. Czasem nawet jeśli się kocha, lepiej jest po prostu odejść i od nowa spróbować sobie wszystko poukładać, bo w ostatecznym rozrachunku i tak wyjdziemy na plus.
Jeśli jednak mi na czymś bardzo zależy, to absolutnie nie odpuszczam. Raz przyszło mi walczyć o własne małżeństwo, kiedy to przechodziliśmy naprawdę poważny kryzys - zapętliliśmy się wówczas tak bardzo, że ciężko nam było zacząć ze sobą normalnie rozmawiać. Niemniej nawet wtedy, i ani przez chwilę, nie pomyślałam, że nie chcę już być z tym mężczyzną, czyli moim mężem. Jak wyglądała moja walka? Dążyłam do tego, abyśmy zaczęli ze sobą jak dawniej rozmawiać, dopiero wtedy mogliśmy nawiązać szczery i głęboki dialog - powiedzieć co nam wzajemnie w sobie przeszkadza, co chcielibyśmy, aby się zmieniło. Powiedzieliśmy też sobie na ile jesteśmy w stanie te oczekiwania wzajemnie spełnić, a co na pewno się nie zmieni. Wtedy zrozumiałam, że oboje bardzo chcemy i nam na związku zależy, a tylko gdzieś po drodze zwyczajnie się pogubiliśmy i straciliśmy z oczu to, co ważne.
Od tamtego czasu minęło już kilka ładnych lat, nie było wcale łatwo, ale wiem, że była to słuszna decyzja i że było warto. Oboje się zmieniliśmy, oboje dotrzymaliśmy słowa i chyba znacznie bardziej doceniamy to, co mamy. Jasne, że czasem bywają zgrzyty, ale dziś potrafimy już sobie z nimi szybko radzić.