Prawie 6 lat temu, będąc jeszcze w liceum, poznałam wspaniałego faceta. Czuły, uprzejmy, szarmancki, zakochany i zapatrzony we mnie jak w obrazek. Miał tylko tę wadę, że, jak mi się wtedy wydawało, za bardzo na mnie naciskał. Żebyśmy się spotkali, byli razem, zamieszkali razem... Itd. Nie zmuszał mnie do niczego, ale widząc, jak bardzo mu zależy, zgadzałam się na wszystko, nie chcąc, aby cierpiał. Gdy nachodziły mnie wątpliwości - czy podjęłam słuszną decyzję - naskakiwałam na niego, groziłam rozstaniem, padło z mojej strony wiele złych słów i czynów.
Do tego doszły problemy z moimi rodzicami, którzy mącili mi w głowie, wmawiając, że nie jest to osoba dla mnie odpowiednia. Miałam z tego problemu również kłopoty finansowe, ponieważ rodzice nie chcieli mi dawać pieniędzy, ze względu na mój brak zgody z ich propozycjami. Mimo tego sytuacja się ustabilizowała, rodzice się uspokoili (chociaż nie przekonali się do mojego wybranka i co jakiś czas wybuchały kłótnie z tym związane). Jednak mój narzeczony się zmienił. Też zaczął na mnie naskakiwać, krytykować. Twierdził, że ja go tego nauczyłam swoją niedojrzałością od początku naszego związku. Zawsze potem żałowaliśmy złych sytuacji między nami i godziliśmy się. Raz było między nami lepiej, raz gorzej. Wierzyłam jednak, że nasza miłość jest wyjątkowa, że pokona wszystko i zawsze będziemy razem bez względu na wszystko.
Od trochę ponad dwóch lat doszedł kolejny problem - seks. Narzeczony przedstawiał mi swoje fantazje seksualne, które podobały mi się, jednak godziłam się na nie bez przemyślenia. Później żałowałam i zwlekałam z ich realizacją, na co on reagował bardzo dla mnie nieprzyjemnie. Miał żal, że zgadzam się na coś bez przemyślenia, zamiast powiedzieć: "nie chcę, innym razem, potem". Oprócz seksu podobne sytuacje miały miejsce na innych polach naszego związku. Frustracja doprowadziła do tego, że coraz częściej zaczęłam słyszeć obelgi pod swoim adresem: że jestem głupia, słaba w łóżku, mało seksowna. A ja wciąż myślałam, że będzie dobrze i zatracając się w tym, że chcę mu dogodzić, przestałam myśleć o swoich potrzebach. Zrobiłam mnóstwo głupich rzeczy, których nie mogę sobie darować. Zdradziłam go, żeby udowodnić sobie i jemu, że jestem wartościową kobietą. Oszukiwałam, żeby czuł się dobrze. W chwili oszukiwania nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, że go oszukuję.
Dwa tygodnie temu rozstaliśmy się, uciekłam do rodziców z mieszkania, które wspólnie wynajmujemy. Ale muszę wrócić. On zaproponował, że może mi wybaczyć, jeśli naprawię swoje błędy, zmienię się, ale chyba już nigdy nie będę dla niego wyjątkowa (ponieważ go oszukałam i zdradziłam). Wiem, że wszystko jest moją winą, ponieważ gdybym mówiła otwarcie o swoich potrzebach, nie doszłoby do wszystkim kłamstw i nie popełniłabym tylu błędów. Boję się, że nie jestem w stanie naprawić tych błędów, a nawet jeśli to zrobię, to będę wiecznie żyć w strachu, że któryś z nich w przyszłości powróci i zniszczy nam życie. Nie chcę go już nigdy skrzywdzić.
Ta kwestia skłania mnie do rozstania. Ale... Tak bardzo go kocham. Nigdy mnie nie oszukał, nie zdradził, byłam dla niego naprawdę wyjątkowa. Nie potrafię żyć ze świadomością, że nie będzie mnie traktował tak jak kiedyś i że znów mogę go skrzywdzić. Ale nie potrafię też żyć bez niego.
Myślałam, że czas coś wyjaśni... A z każdym dniem jest ze mną coraz gorzej. Muszę podjąć decyzję. Błagam, pomóżcie.