Witajcie Forumowiczki i Forumowicze.
Pisze tutaj drugi raz, traktując to może jako wygadanie się ale też ciekawość Waszych opinii. Otóż...
Pojawiłem się tu dwa lata temu, wtedy to zawalił mi się swiat kiedy po sporej niezbyt miłej w konsekwencjach awanturzez nasz ówczesny związek zakończył sie na dwa dni przed planowanym ślubem.
Tak jak i poporzednio szukałem tu porad, inspiracji itp. Co się wydarzyło przez dwa lata? Po tamtych wydarzeniach poprzysiągłęm sobie że ją odzyskam. Po kilku miesiącach schdzek, randek, spotkań udało się choć nie było łatwo. Przez cały ten czas inicjowałem wiele, potem pojawiły się różne inne sprawy ale udało się. W międzyczasei kupiłem mieszkanie, Joanna rozpoczęła oczekiwane studia uzupełniające i po sylwestrze 11/12 zaczęliśmy się regularnie spotykać z czasem zaczęła u mnie zostawać i w marcu zamieszkaliśmy wspólnie, ciesząć się szczęściem. Po kilku miesiącach okazała się że Joanna jest w ciąży, żeby była jasność oboje tego chcieliśmy (ja jestem już kawałek po 30 ona przed) Niestety 3 m-ce później jak grom z jasnego nieba trafiła nas wiadomość, mówiąc najogledniej (bo nie chce wdawać się w szczegóły) o niezbędnej terminacji ciąży... To miało miejsce rok temu... Od tamtego czasu, mimo dośc przykrego scenariusza, byliśmy ze sobą i przy sobie, okazywałem Joannie wiele ciepła, miłości i współczucia sam tez przeżywając swój dramat, bo to przecież NASZA córeczka...
W marcu tego roku między nami zacżęło się psuć, pojawiały się problemy dnia codziennego jak i (co chyba bywa wszędzie) różnice charakterów. Oliwy do ognia dolewał ambiwalentny stosunek jej rodziców do mnie., co głównie potęgowało nasze kłótnie. Nigdy wspólnie nie usiedliśmy, nie porozmawialiśmy nt odwołanego wcześniej ślub, sprawa została przez rodziców zamieciona pod dywan. To samo tyczy się tragedii, która nas spotkała, przeszli nad tym do porządku dziennego, co we mnie wzbudzał nie lada złość.
Nasz związek trwal nadal, niemniej mi zaczęło brakowac okazywania uczuć, ciepła, bliskości i tego że mam przy sobie ukochaną osobę. W międzyczasie z inicjatywy Joanna podjęliśmy terapię par, z czego nie ukrywam bardzo się ucieszyłem, gdyż uwazam że trzeba szukac pomocy. Proces ten zakończył się dość szybko, bo Joanna usłyszała fakt jak mniemam dość niewygodny dla siebie i temat odłożył się na czas bliżej nieokreślony, po to chyba, by do niego nigdy więcej nie powrócić.
Z czasem dojrzałem do tego by zapytać "Joanna, co dalej? gdzie zmierzmy wspólnie? co z planami ślubnymi? Co z dzieckiem itp..." Sprawa była spłycana.
W sierpniu pojechaliśmy na wyczekiwane od dawna wakacje, urocze, ciepłe, udane... Po powrocie kiedy wróciłiem do pytania "co dalej?" albo wręcze nawet oczekiwania deklaracji z jej strony usłyszałem (tydzień po powrocie z wakacji, po umieszczenie w ramce wspólnych z niej zdjęć) że nie jest ze mną szczęśliwa i chce żebyśmy sie rozstali...
Nie wiem co poszło nie tak, nie wiem czy to moje, myśle całkiem normalne pragnienie posiadanie domu, rodziny, kobiety przy boku i dziecka w przyszłości spowodowało że uznała, że nie jest w stanie mi tego dać. Mam wyrzuty sumienia, że zadałęm te pytania, że chciałem deklaracji, bo pewnie gdyby to się nie stało nadal, szurała by swoimi kapciami w naszym domu.
W tej chwili cierpię. i w zasadzie nie wiem co robić, jak w tytule, walczyć, odpuścić? Nie wiem czy mnie kocha, nie potrafiła odpowiedzieć ani tak ani nie. Odchodząc, powiedziała że chce być sama, żeby sobie wszystko uporzadkować i dowiedzieć się czego ona tak naprawdę chce. Sam nie wiem co o tym myśleć. Czuję się drugi raz, skrzywdzony, odrzucony, czasem mozę nawet wykorzystany. Jednocześnie pragnę bardzo mocno by do mnie wróciła.
Rozsądek pozostaje w konflikcie z sercem. ten pierwszy racej nakazuje ostrożność i nie pakowanie się ponownie w coś co już dwa razy skończyło się w taki a nie inny sposób. Z kolei to drugie tęskni, łka, boli i rozdziera się na miliony kawałków. Mam w sobie dużo bólu i wierzę gdzieś głęboko w sercu że na ten związek tzn Wojtka i Joanny są jeszcze szanse... Nadal ją kocham. W myślach kreuję sceanariuszę, jednakże teraz dając jej przesztrzęn to pobycią samej. Może to coś dobrego przyniesie. Nie chcę się w tej chwili narzucać, bo sam czuję się słaby i podejrzewam że tylko bym sobie zaszkodził aniżeli pomógł. Z drugiej zaś strony kilka razy dziennie myślę o próbie kontaktu o zawalczeniu o nasze wspólne szczęście. Być może mamię się jaimis wyobrażeniami, niemniej jednak tak jak przed 4 laty poczułem że to ta osoba, tak czuję to nadal. Pomóżcie proszę wskazówkami, radami, jeśli trzeba będzie rozwinąć temat, nie ma problemu.
trudno mi odnaleźc się w świecie, znowu mój świat uległ destrukcji...
W