Kolejny mój wątek na tym forum... Tylko w przeciwieństwie do pozostałych, ten nie ma żadnego celu. Tak po prostu, naszła mnie chęć na wyrzucenie z siebie tego i owego. Nie oczekuję żadnych porad, żadnego głaskania po główce (de facto, nie było aż tak tragicznie, zdarzają się dużo większe tragedie w życiu). Można ewentualnie potraktować jako przestrogę... dla tych, co mają dzieci i tych, co zamierzają. Proszę, pomyślcie, czy to, co robicie dla ich dobra jest faktycznie takie dobre...
Od czego by tu zacząć...
Dzieciństwo spędziłam głównie w Stanach Zjednoczonych, tak do 6-go roku życia. Przyznam, niewiele pamiętam z tego. Wiem, że ciągle przenosiliśmy się z rodzicami z miejsca na miejsce. Miało to związek z pracą mojego ojca, wtedy w to nie wnikałam. Floryda, New Jersey, Washington, South i North Carolina... Łącznie chyba ok 10 przeprowadzek. Jak wyżej, mało pamiętam. Ale najbardziej - smutek, gdy musiałam żegnać się z kolegami z podwórka czy szkoły (przedszkola, zerówki), z którymi dopiero co się zaprzyjaźniłam. Nowe miejsce, nowi koledzy - i kolejna przeprowadzka. Aczkolwiek, byłam dość gadatliwym i wesołym dzieckiem. Miałam wymyślonych przyjaciół... ci mogli ze mną pojechać wszędzie.
Gdy było ustalone, że zatrzymujemy się już na zawsze we Franklingreens (to było miasto, dzielnica? Nie pamiętam, ale chyba gdzieś w New Jersey właśnie - tam skończyłam pierwszą klasę podstawówki i to niemal w całości) kolejna zmiana planów - wracamy do Polandu!
Tutaj zmieniłam podstawówkę "tylko" 3 razy. Poszłam od razu do drugiej klasy, więc byłam rok młodsza od rówieśników.
Pierwsza szkoła była prywatna. Wspominam ją dość neutralnie. Prywatna z tego względu, że średnio znałam język polski, używany do tej pory tylko w domu. Rozumiałam, co ktoś do mnie mówi, ale odpowiadałam po angielsku, bo tak było łatwiej. Że już nie wspomnę co było przy ortografii. Oj mieli ze mną, mieli. Do dziś i tak nie nauczyłam się wymawiać poprawnie "R" (ale nie brzmię jak jakaś Krupa, czy coś! Akcentu prawie nie słychać). Dzieciaki chyba nawet mnie lubiły, choć było parę, co mi dokuczało, ale tak to już bywa...
Druga podstawówka była z kolei koszmarem. W dodatku cały czas ją likwidowali klasa po klasie, żeby zostało z niej samo gimnazjum. Nie mam pojęcia, co ja zrobiłam "kolegom", że mnie tak znienawidzili, chyba od samego początku. Może to, że się dobrze uczyłam - we wszystkim oprócz matematyki. Nie zliczę, ile razy słyszałam wciąż i wciąż, że jestem głupia, brzydka (dokładniej nie przytoczę, nawet nie chcę). Fakt posiadania znamienia na policzku pewnie też nie pomagał. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że dziewczyny, które mówiły i robiły te różne straszne rzeczy potrafiły udawać od czasu do czasu najlepsze przyjaciółki, a ja jak głupia im wierzyłam. Do momentu, gdy przyszły do mnie do domu i mnie okradły... nie mogłam w to uwierzyć. Z chłopakami było łatwiej - nigdy nie udawali, że mnie lubią, choć potrafili ostro poszarpać, jak nie dałam rady uciec. Nauczyciele? Klapki na oczach, ewentualnie zwrócenie uwagi i wpisanie jej do dziennika. Parę razy uratowały mnie dziewczyny ze starszych klas. Z tego wszystkiego zaczęłam chować się podczas przerw w bibliotece - nie ma to jak zgłębiać tajniki klonowania i fizyki kwantowej w wieku 9-ciu lat.
Podstawówka nr 3 - wytchnienie... Mimo, ze była to druga połowa piątej klasy, dopiero tam poznałam, co to akceptacja. W końcu miałam przyjaciółkę, z którą byłyśmy nierozłączne i nie zrobiła mi żadnego świństwa. Hurra. Aż szkoda, że nie mam z nikim kontaktu. Pamiętam, jak to było na koniec... parę osób płakało, większość znała się się od małego. A ja nie wiedziałam, o co chodzi - przecież to normalne... Zgorzknienie już się zaczęło... I nieufność.
Gimnazjum. Nie będę się rozwlekać, bo i tak przydługo się robi. Pierwsze miłości, chłopaki, te sprawy... Ale to nieistotne. Istotnym jest fakt, że mimo nieźle zapowiadającego się początku pod koniec i tak byłam wyrzutkiem. O tyle dobrze, że obeszło się bez znęcania. Po prostu nikomu nie robiło różnicy, czy byłam czy nie. Czasem ktoś ze mną pogadał, ale nic bliższego.
Liceum. Twarde postanowienie, że tym razem będzie inaczej. Usunęłam nawet znamię, to miał być taki symbol... ah, żeby to było takie proste. Powtórka z gimnazjum - na początku nieźle, na końcu outsider. Choć tym razem może to nie takie dziwne, bo do tej pory zdążyłam zdziwaczeć - wyrobiłam sobie sporo kontrowersyjnych poglądów, stałam się mistrzem ciętej riposty, sarkazmu i cynizmu. Jak ktoś usiłował się do mnie zbliżyć, zaczynałam się bać. Mniej lub bardziej świadomie odtrącałam - no bo po co to komu, i tak nic z tego...? Tak próbowałam sobie wmawiać, ale w środku coś krzyczało. Psycholog kliniczny orzekł - fobia społeczna...
Jak jest teraz? Jestem na studiach. Mam od roku wspaniałego chłopaka (który jakimś cudem ze mną wytrzymuje, chwała mu za to), grupkę przyjaciół, znajomych. Ale... Ojciec od lat pracuje w Belfaście, ciągle nalega, żebyśmy się z mamą przeniosły tam (stosuje metody dość drastyczne, jak przesyłanie minimalnej ilości pieniędzy albo w ogóle, a mama nie jest w stanie podjąć pracy). Ja się zapieram ze wszystkich sił, że nie. Czy jestem egoistką? Może, ale nie zamierzam ZNOWU dać się zabrać gdziekolwiek jak worek ziemniaków. Nie chcę i koniec. Może w Irlandii byłoby lepiej materialnie, ale nie pozwolę sobie odebrać tego mikroskopijnego świata, który z takim wysiłkiem udało mi się tu stworzyć. Cały czas pracuję nad polepszaniem jakości swoich stosunków interpersonalnych, bo niestety wciąż są zaburzone. Nie potrafię czytać między wierszami, nie chwytam aluzji, najlepiej jakby mówić do mnie cały czas capslockiem. Ciężko się pozbyć nagromadzonego cynizmu, ciężko się przestać bronić (nawet, gdy zdrowy rozsądek powtarza, że przecież nie trzeba... nawyk). Czasami z tego wszystkiego ranię tych, których kocham... I ciężko to potem odkręcić. Obecnie to chyba otaczają mnie anioły, bo jeszcze nie odeszli. A ilu odeszło... ilu bało się zbliżyć (powiedzieli mi o tym, heh)... Szkoda gadać. Cały czas szukam pracy, którą dałoby się pogodzić z moimi studiami (które wymagają mnóstwa czasu do robienia milionów projektów na każdy przedmiot),a w te wakacje na pewno poszukam lepszej niż dotychczas ulotki.
Została mi jeszcze awersja do podróży, nawet takich chwilowych. Od gimnazjum nie jeździłam na żadne wycieczki szkolne, ani nigdzie indziej. Ostatnio musiałam jechać na plener, ale gdyby to nie było wymagane, z pewnością nie jechałabym - mimo, że to tylko tydzień. Erasmus? Nigdy w życiu. Oczywiście, rodzice tego nie rozumieją - powinnam być im wdzięczna, tyle zobaczyłam, tyle zwiedziłam... Taa, szkoda, że nikt nie pytał mnie o zdanie. I że ledwo co z tego pamiętam. Biegłe posługiwanie się angielskim to w moim mniemaniu za mało, by zrekompensować to, co straciłam. Czy raczej, czego nie miałam szansy nawet zdobyć. Od dawna nie jestem w stanie patrzeć nikomu w oczy. To jest straszne.
Ludzie, nie róbcie czegoś takiego swoim dzieciom. Wiem, że są gorsze rzeczy - alkoholizm, przemoc, molestowanie... Ale nie przenoście ich z miejsca na miejsce jak lalkę. Dziecko też ma uczucia...
"Otworzyłem się jak książka
Teraz książka płonie
Zniknęły sny, iluzje, koniec
Znałem kiedyś wielu ludzi, znam ich niewielu
Teraz, znam ich niewielu
Przemieniłem frustrację w siłę
Zamieniłem łzy w gniew
Miałem kiedyś jedną twarz
Teraz mam dwie, teraz mam dwie
Każda z nich tak prawdziwa
Jak wszystko, czego mnie uczyłaś
Ta, którą pozna świat
Nie będzie tą, którą znasz Ty
Tobie pokażę wszystkie blizny
Powiem słowa, których bał się świat
Pokażę wszystkie miejsca
Do których uciekałem"
Uff. Trochę ulżyło ![]()