Może stwierdzicie, że przesadzam, bo 25 lat to znowu nie tak dużo, ale... mentalnie czuję się już starą, skapcaniałą panną
Którą wszystko irytuje i drażni, i która zaczyna denerwować wszystkich wokoło. Wiecie jak to się mówi "brakuje jej chłopa" i w moim przypadku wydaje się to być przyczyną... Pomijać krótki epizod (ok. miesiąca) od zawsze jestem sama... Żaden mężczyzna nigdy mnie nie kochał, śmiem nawet twierdzić, że żadnemu się nie podobałam... Całe życie czekałam na tę miłość, na uczucie i nic. Aaa patrzeć nie mogę na szczęśliwe parki, a co gorsze ostatnio nawet na ludzi. Wszyscy mnie drażnią, działają na nerwy... Wszystko było w miarę ok, dopóki byli to obcy ludzie, jednak doszło do tego, że nie mogę już normalnie czasu spędzać z przyjaciółmi, bo cokolwiek powiedzą od razu biorę to do siebie. Ogarnia mnie jakaś zazdrość, poczucie, że jestem najgorsza z najgorszych, złość we mnie rośnie. Najlepiej spędza mi się czas ze sobą samą, choć i wtedy zaczynam wyrzucać sobie aspołeczność. Chciałabym kogoś poznać, zakochać się, ale kto zechcę taką zołzę? ![]()
Może ktoś z Was przechodził coś podobnego? Jak sobie z tym poradzić? Bo na prawdę ciężko jest z taką wieczną złością funkcjonować.