Moi drodzy, zakładam ten temat żeby dowiedzieć się jak to było u Was z tym słynnym "docieraniem się".
Może zechcecie podzielić się swoimi doświadczeniami, z tego pierwszego roku po ślubie.
Mówi się, że pierwszy rok właśnie jest najtrudniejszy...
Czy to prawda?
Zgadzacie się z tym?
A może pierwszy rok minął u Was bez żadnych problemów, za sprawą "motylków"? :D
Podobne tematy
Nie wiem, czy powinna się wypowiadać, bo nigdy nie miałam małżeńskiego aktu własności, ani specyficznej biżuterii na palec serdeczny ![]()
... hm po 15 latach... jak patrzę się na ten pierwszy rok...
to chyba kilka rzeczy zrobiłabym teraz inaczej, ale zauroczenie, motylki w brzuchu, ...
z drugiej strony - nie byłabym tym kim jestem; inne doświadczenia, inaczej by mnie ukształtowały.
Wiesz, ja mam teraz większe problemy z moim M. z "docieraniem", bo do wielu rzeczy się przyzwyczaił i jest mu tak wygodnie, a wtedy to było nowe dla nas obojgu, oboje bardzo się staraliśmy, bardziej zależało nam, by to był ten jedyny, na całe życie, niezwykły związek.
Averyl... a powiedz mi dlaczego... "do wielu rzeczy się przyzwyczaił i jest mu tak wygodnie"?
Czy to znaczy, że w tym pierwszym roku, mówiąc kolokwialnie "za dużo mu pozwalałaś", nie myślałaś o tym że z czasem może to być problemem?
A to ja chyba nie mam nic do powiedzenia w tym temacie..... co nie przeszkadza mi się wypowiedzieć ![]()
Rok po ślubie było tak samo jak rok przed.
U nas albo nie było docierania się, albo cały czas jest. Byliśmy w bardzo trudnej sytuacji, więc trudno było cokolwiek stwierdzić.
Czasem było tak, że bez przerwy się kłóciliśmy. Mój mąż ma wrzącą krew, i rzuca talerzami, a ja uśmiecham się drwiąco i mówię spokojnym głosem. Co jego strasznie wkurza.
Kłóciliśmy się o podział obowiązków czasami. On czuł się niedoceniany, a ja, że mam wszystko na głowie.
Lekarstwem nie był czas, a polepszenie się sytuacji, i przez to możemy robić wszystko prawie osobno.
Nas też czas "docierania" też jakoś ominął.
Averyl... a powiedz mi dlaczego... "do wielu rzeczy się przyzwyczaił i jest mu tak wygodnie"?
Czy to znaczy, że w tym pierwszym roku, mówiąc kolokwialnie "za dużo mu pozwalałaś", nie myślałaś o tym że z czasem może to być problemem?
Oj, to trudny temat - generalnie jestem bardzo dynamiczną osobą, pozytywnie nastawioną do świata, do ludzi, lubię robić tysiące rzeczy - podróżować, projektować, opiekować się, innymi słowy cieszyć się życiem... tylko w pewnym momencie mój organizm powiedział, żebym wystopowała. Pani doktor trochę mnie leczyła, ale od samego początku mówiła, bym poszła do psychologa, aż w końcu poszłam... a miła psycholożka zasugerowałam mi, że może mam depresję kliniczną ![]()
Jak szczęśliwy, optymistycznie nastawiony człowiek, może mieć depresję i w dodatku ciągnącą się latami w ukryciu?
No, ale chyba już wiem ![]()
Avery, ok skoro trudny temat, to nie wnikam ![]()
Nina, czyli u Was punktem zapalnym były problemy finansowe(?), i one podsycały problemy?
To na pewno często się zdarza, myślę że niejedna kłótnia małżeńska by się nie odbyła gdyby nie to.
Cat, u nas było identycznie. Nie odczułam zupełnie czasu "docierania się". Wszystko wychodziło jakoś wyjątkowo naturalnie. Tak "samo z siebie". Nie mam pojęcia jakim cudem tak lekko nam poszło, bo oboje mamy trudne charaktery (horoskopowe rogacze z nas
).
9 2013-04-08 19:26:41 Ostatnio edytowany przez syla135 (2013-04-08 19:39:28)
wiecie co, 5lat po slubie a ja nie pamietam tego pierwszego roku:)
wiem ze przede wszystkim u mnie zmienilo sie najwiecej jak zamieszkalismy razem, pol roku ciaglych wojny! o skarpety o pore do spania, o kolor scian...masakra byla:)
a po slubie pamietam ze mialam taki czas ze myslalam ze mezowi na mnie nie zalezy i sie nie stara, ale wszystko minelo, ja to akurat nie balam sie pierwszego roku, ja sie boje pierwszych 10lat, w ktorych statystycznie, 10rocznicy slubu niedoczekuje co czwarte(przepraszam za blad, pisalam rozkojarzona) malznestwo, czym to jest spowodowane?
rozczarowanie sie zwiazkiem?
zdrady?
Tylko co 10-te?? To jest wspaniała liczba! W obecnych czasach gdy rozpada się co drugie małżeństwo ![]()
Ja czytając te wszystkie wątki na forum, przyznaje Cat racje, że co 10 małżeństwo to byłby całkiem niezły wynik.
Syla, a mogę spytać ... co znaczy "wojna o porę do spania"?
tak jak pisalam, poprawilam sie
co czwarte malznestwo nie doczekuje 10tej rozcznicy slubu...
a co do pytania Margoliny co do pory spania...
taki banal, ja chodze spac wczesnie, 22 juz w lozku i spac ale za to wstaje o 7 i wczesniej a moj wtedy jeszcze chlopak siedzial do 24-2 w nocy i spal jak mogl do 10-12 w poludnie:) ale mnie to wpienialo ze ja zasowam od 7 rano, a on spi...
teraz sie przyzwyczailam choc maz tak spi tylko w niedziele, potrafi wstac wczesniej jak trzeba, do pracy i nadal lubi siedziec dluzej, ale i dopasowal sie do nas(dzieci chodza spac ze mna) wiec idziemy do lozka o 22 a spac o 24:P
a poza tym maz jest zagranica, wiec juz tego problemu nie ma:)
za to pojawily sie inne...ale to nie do tematu
ok, Margolinka zbierasz wiadomosci, a ty w jakiej sytulacji jestes?
13 2013-04-08 21:03:53 Ostatnio edytowany przez Margolinka (2013-04-08 21:07:05)
Syla, w jakiej jestem sytuacji... nie wiem...chyba nie najgorszej ![]()
Tak jak napisałam, nie odczułam większych problemów w "docieraniu się".
A co do spania, to chodzimy spać wtedy, kiedy nam się chce spać.
Nigdy nie goniłam męża do spania, dlatego że ja już chciałam iść spać(chyba że mieszkaliśmy jeszcze w bloku i przy mojej głowie za długo - do 1-2 w nocy - brzęczał komputer)
. Rano też często wstawaliśmy o rożnych godzinach. Do dzisiaj tak jest.
Co do urządzania domu...no cóż były jakieś tam spory, ale jakoś dochodziliśmy do kompromisów. Z domowymi obowiązkami również. Jasne, że czasami jemu się czegoś nie chce i wtedy muszę trochę go pogonić
Każdemu się zdarza. Ogólnie na prawdę nie było i nie jest źle.
akurat wydaje mi sie ze wieksza zmiana jest posiadanie dziecka, niz pierwszy rok po slubie
my mielismy dwa w jednym, zaczelismy byc razem gdy juz mialam dziecko, wiec bylo nam troche trudniej.
akurat obowiazki w domu latwo mysle podzielic, jak gdyby oboje jestesmy na nowym gruncie gorzej z nawykami ktore od lat sie ma.
np
-moj maz po pracy(pracuje bardzo duzo) rzuca ciuchy robocze jak szmaty, pod szafke na podloge, choc szafke wystarczy otworzyc i jest porzadek.
-pamietam jak na poczatku byl zly ze wydaje sie pieniadze na warzywa, bo miecho to choc nasyci:)
(teraz mowi"kupuj owoce, warzywa, dzieci tego potrzebuja" a i sam zaczyna siegac po owoce:)
Ten wątek ma właśnie na celu dyskusję o tym "pierwszym roku", o docieraniu się, a posiadanie dzieci jakby nie było wchodzi w skład tego "docierania się" ![]()
Oczywiście, że dziecko to ogromna zmiana w życiu. Wtedy więcej obowiązków jest "do dzielenia".
Nawyki... owszem różnie z nimi bywa. Jedne się akceptuje, inne ciężko zaakceptować.
O tym tez miedzy innymi warto porozmawiać ![]()
Mój m na przykład uwielbia samochody, w garażu może siedzieć godzinami
Na początku wkurzało mnie to niemożebnie
Teraz już trochę mu odpuściłam, wiem że to lubi, a i on odpuścił trochę. W końcu trzeba mieć jakieś pasje ![]()
Syla, może na ciuchy robocze (i porządek) dobrym pomysłem byłby jakiś kosz? Wiesz jak to z facetami jest, wrzucić do kosza łatwiej, niż poskładać ![]()
A do warzyw, to faceci muszą się przekonać. Mój chociaż nigdy nie narzekał, że je kupuje, to jeść nie chciał. Teraz pomału się przełamuje ![]()
Ja może napiszę o pierwszym roku wspólnego mieszkania, bo de facto pierwszy rok po ślubie to był nasz trzeci rok na wspólnych śmieciach.
Czy było trudno? Z mężem nie, z teściową trochę, ale nie o tym teraz ![]()
Jesteśmy parą dużo planującą, wszystkie tematy mięliśmy obgadane, rozplanowane, porównane
I wspólne życie tylko potwierdziło to , że dobraliśmy się jak w korcu maku
Nie było kłótni o skarpetki, nie było wytykania wypadów z kolegami na piwo, mąż sam chętnie myje gary, jedynie co nie znosi ich ściągać z suszarki. Wystąpił jednak konflikt, o którym pisze syla135
Ja zasypiam o 21, mąż może siedzieć do 4 rano, ja szuram po mieszkaniu od 6,00 on dogorywa do 12
I to się chyba nigdy nie zmieni ![]()
U nas też nie było jakiegoś specjalnego docierania się. Ale pamiętam że na samym początku małżeństwa miałam wrażenie że mąż się o wszystko czerpia. Oczywiście nie było to prawdą, bo zawsze staraliśmy się o wszystkim rozmawiać, a że czasem zwrócił mi uwagę to zaraz uważałam to za czepianie sie.
Jedno jest pewne, mąż musiał mnie trochę utemperować. Byłam bardzo wybuchowai potrafiłam krzyczeć z byle powodu. Za to małżonek nie lubił kłótni, tylko rozmawiał. I nie lubił strasznie jak się na niego krzyczy. Jak zaczynałam wrzeszczeć na niego to on po prostu wychodził się przejść. Wracał i rozmawiał ze mną dopiero wtedy kiedy się uspokoiłam. Czasem było tak że kilka razy wychodził z domu
W sumie po latach ja się trochę wyciszyłam, a on nauczył się kłócić ![]()
Mój mąż bardzo ostrożnie podchodził do samotnych wypadów; zawsze pytał, czy nie będę czuła się samotna, czy mnie nie zaniedbuje i że nie wróci późno...... podczas gdy ja skakałam z radości, bo miałam wreszcie czas dla siebie, tak zupełnie, by się wyłączyć i robić co mi sie tylko żywnie podoba ![]()
Mój mąż nigdy nie robił samotnych wypadów. Na palcach u jednej ręki mogę zliczyć ile razy poszedł sam do sąsiada na flaszkę. Zawsze ciągnął mnie wszędzie ze sobą a jak nie miałam ochoty iść to sam też nie szedł.
Jak wychodził po kłótni to tylko się przejść i po chwili wracał (po 20, 30 minutach)
A przepraszam, raz był tylko sam na imprezie
Na wieczorze kawalerskim mojego brata ![]()
To ja bym tak nie mogła żyć
Potrzebuję przestrzeni i jestem prze-szczęśliwa, gdy mój mąż tak raz na 2 tygodnie wychodzi z kumplami.
Mój m rzadko wychodzi na takie samotne wypady. Jest typem "domatora"
Jak już "musi", bo nie wypada mu odmówić to idzie.
Czy mi to przeszkadza...? Chyba nie. ![]()
Docieranie odbywało się u nas przed ślubem. Zaczęło się trzy lata przed, od wspólnego zamieszkania. Obydwoje wyszliśmy z tego cało i w dodatku zapragnęliśmy wziąć ślub, więc docieranie się na coś przydało ![]()
Po ślubie nasze życie diametralnie się nie zmieniło, choć świadomość mieszkania już nie z własnym facetem, a z własnym mężem, bardzo mnie uskrzydliła. Przez okres poślubny czułam się super utrwalając w sobie ten stan bezpieczeństwa i fakt poukładania życia u boku super człowieka. Oczywiście dalej mam poczucie bezpieczeństwa, ale już do niego przywykłam ![]()
Myślę, że kolejne docieranie zacznie się, jak pojawi się dziecko oraz jak zaczniemy w najbliższej przyszłości budowę wymarzonego domu.
To ja bym tak nie mogła żyć
Potrzebuję przestrzeni .
ja tak jak kolezanka wyzej mam, moj maz nie wychodzi beze mnie, od momentu slubu nie byl nigdzie towarzysko sam...
z tym ze ja znam powod, moj maz jak byl w polsce to pracowal po 15h przez 6 dni w tygodniu wiec czasu wolnego i wolnych wieczorow mialam uuuuuuuuuuuu i jeszcze troche:)
teraz mam meza raz w miesiacu na pare dni, nie rozstajemy sie bo tak jak mowie, czasu oddzielnie spedzamy mnustwo
Margolinka
co do zamilowania samochodow...moj maz zajmuje sie samochodami zawodowo, czesto mam pol silnika w wannie, lub gdy chcem wrzucic zakupy do bagaznika to okazuje sie ze nia ma miejsca bo skrzynki z narzedziami stoja. ja jak tak patrze ze nie ma dnia bez rozmowy lub bez samego auta i jego milosci do tej blachy, jak w niedziele zamiast do kosciola jedziemy na gielde:) lub zamiast dostac na jakas uroczystosc np sweter maz dostaje felgi do swojej niuni to wiem ze taka wielkie to milosc nie da sie zatolerowac.
sa rzeczy ktorych nie da sie zaakceptowac, a ze ja rownie mocno kocham auta wiec te szalenstwo na punkcie aut zmienilismy w zalete a nei wade:)
U mnie pierwszy rok był ciężki. Może dlatego, że mieszkaliśmy z rodzicami, którzy we wszystko się wtrącali...
Nam w czerwcu minie 2 lata p slubie wiec moge cos powiedziec.
My mieszkalismy wspolnie po 2 tyg znajomosci wiec po slubie u nas sie nic nie zmienilo.
Czyli docieranie się przed ślubem, sprawia że sam ślub i ten ponoć trudny "rok po"...nie jest taki straszny ![]()
Doroto.f, a jak sobie wyobrażasz Wasze "docieranie się" po pojawieniu się dziecka, bądź przy budowie domu? Uważasz już teraz że może być trudno?
Syla, zamiłowanie do samochodów i u nas jest obopólne
Jednak M. czasami przeginał i to mnie wnerwiało. Co prawda silnika w wannie jeszcze nie miałam, ale mało brakowało
Edyto, pierwszy rok z rodzicami faktycznie musiał być ciężki. Jak to mówią...docierać się trzeba na swoim. Tylko wtedy można się tak do końca dogadać po swojemu.
Prinzessin, kompletnie nic się nie zmieniło? "Mąż", "Żona"... nie było już tak że, przed ślubem było coś "jasne" a po ślubie już nie? W sensie, że... czegoś już nie wypada, coś powinnaś...(i on także)?
Ja myślę, że to "docieranie" dotyczy nie tyle ślubu, co wspólnego zamieszkania. A zwykle idzie to w parze.