Nie ma co zmieniać tytułu, wystarczy wrócić do tematu 
A więc...do samotności można miec chyba podejście dwojakie, a właściwie to trojakie. Po pierwsze, ktoś boi się samotności tak, jakby od tego zależało wręcz jego życie, i to jest chyba zrozumiałe. Dla małego dziecka samotność = śmierć, może w niektórych wciąż gdzieś tkwią te dziecięce uczucia? W sumie przetrwanie naszego gatunku zależy od współdziałania w grupie, od współzależności.
Po drugie, i to ja tak miałam, ktoś kto był od zawsze sam (niewazne że w rodzinie do 18 rż) trochę boi się innych ludzi, bo nie wyniósł dobrych wzorców z rodziny, czuje się trochę jak kosmita, nie wiadomo co z tymi innymi ludźmi robić, jak spędzać z nimi czas, a co dopiero z płcią przeciwną, to już w ogóle jest horror. Jest taki wątek 'co robić z kobietą', otóż też tak miałam, tylko pt. co robić z facetem (oprócz seksu oczywiscie :)Wydawało mi się wtedy, że dobrze mi zupełnie samej, nie rozumiałam koleżanek, które muszą kogoś mieć, żeby iść z nim na zakupy, do kina, czy wyjechać na wakacje. Dla mnie nie było problemem wyjechać z zupełnie obcymi ludźmi, bo w grupie czułam się najbezpieczniej, bez nawiązywania głębszych relacji, ani nie było problemem iść samej do kina czy gdziekolwiek indziej. Jednocześnie tęskniłam gdzieś w środku do bliskości i podejrzewałam, że może to być coś dobrego.
Po trzecie, najzdrowsze podejście, do którego doszłam po jakichś 30 latach samotności i poczucia izolacji, to: nie mam faceta, ale mam znajomych i przyjaciół, mogę robić co chcę, mam swój kąt, nie muszę się przed nikim tłumaczyć, mogę rozwijać swoje pasje. U mnie jednak ta samotność, a raczej - singlowanie, to był z definicji stan przejściowy i cały czas dążyłam do poznania mężczyzny, nie za wszelką cenę jednak, a kiedy już postawiłam na sobie krzyżyk i pogodziłam się, że prawdopodobnie to nie nastąpi - bach, poznałam mojego obecnego męża.
Teraz, kiedy mam rodzinę o jakiej marzyłam, widzę jak fajna to sprawa i nie dziwię się tym, którzy do tego dążą. Wiem też jednak, że byłam już sama, że sama sobie poradzę, że z moim mężem nie muszę życ w kompletnej symbiozie, bo oboje nauczyliśmy się już życia osobno - to chyba daje samotność, poczucie że mogę na sobie polegać i że dam radę...