Oczywiście wiadomo, że im człowiek starszy i im więcej zbiera doświadczenia, tym inaczej podchodzi do kolejnych etapów w życiu. Przeraziło mnie jednak to, co zauważyłam nie tylko u siebie ale również u innych znajomych. Chodzi oczywiście o pewien dziwny syndrom, jaki przychodzi po dłuższym czasie samotności, ale i nie tylko. Aby lepiej to zobrazować opiszę to pokrótce na moim przykładzie i osoby znajomej.
Osobiście nie należałam do "szczęśliwców", którzy za "pierwszym podejściem" wyłowili odpowiedniego partnera i zaobrączkowali się na wieki, wieków amen. Ponad rok temu, przed moim obecnym partnerem, przykleiłam sobie etykietkę "singiel" i korzystałam pełną gębą z przywilejów "wolności"
. Wiadomo, że jak każdy człowiek, przychodziły dni lepsze i gorsze. Na te ostatnie, jak można sobie wyobrazić, składały się dołujące myśli o byciu samotnym i wszystko co się z tym wiązało. Myślałam o tym, jak to niektórzy (sparowani) znajomi planują przyszłość, że im się udaje, śluby, porody. Robiłam bilanse w głowie dotyczące moich ex... Co poszło nie tak/ gdzie popełniłam błąd/ gdzie on popełnił błąd/ gdzie mam teraz szukać faceta jak dookoła posucha????? Itd. Myślę, że prawie każdy kto przez to przeszedł, albo przechodzi, snuł temu podobne dywagacje.
Nagle pojawił się. Oto i on! Ten wyczekiwany facet! Zabiegał, walczył, ja się temu poddałam... Randki, pierwsze pocałunki, kwiaty, spacery i wszystko, co wiąże się z pierwszym etapem zakochania. No i tu pojawia się "ale". Niby nowa osoba, niby wszystko nowe... A tak dziwnie znajome. Wiecie, trudno jest po długich związkach z identycznym entuzjazmem podchodzić do kolejnego bukietu kwiatów, kolejnego misia, karteczek z życzeniami, tego miliona (ok przesada
) sms-ów z buziaczkami. Dotarło do mnie, że moje porażki nieuchronnie odbiły się na moim podejściu do nowego związku. Jestem zakochana, jest wszystko na swoim miejscu... Ale na widok misia pomyślałam: "kolejne siedlisko kurzu", liściki miłosne przeczytałam raz i schowałam (oczywiście z szacunkiem) do pudełeczka z pamiątkami. Kiedyś tak nie było. Z misiem spałam co noc, liściki znałam na pamięć... Człowiek bardziej emocjonalnie podchodził do tych wszystkich gestów. Oczywiście obecnie, na widok tych rzeczy cieszyłam się. Oczywiście były piękne, dostarczyły nowych wspomnień... Piękne, ale inaczej. Partner też nie taki idealny. Widzę wszystkie jego wady, analizuję zachowania...
Zapewne myślicie teraz: ok. Po prostu jesteś starsza, masz już inne priorytety. Inne rzeczy cię cieszą. Też prawda! Ale mi również chodzi o takie wypalenie. O chęć powiedzenia: "ok, przeskoczmy już ten etap, to już było". Oczywiście nigdy bym tego nie zrobiła, ale sam fakt, że takie myśli rodzą mi się w głowie są przykre dla drugiej osoby, która w moim przypadku, po raz pierwszy przeżywa prawdziwą miłość. Przeraziły mnie te myśli i zdarzyło mi się zapłakać do poduchy. No nic... Nie ma co marudzić, najważniejsze, że się kocha
.
A chciałam się tym podzielić, bo jestem ciekawa waszych historii. Czy takie "wyrachowanie" jest normalne? (Czy wyrachowanie to w ogóle odpowiednie słowo).
A tak apropos mojego otoczenia. Mam znajomą, która od 3 lat jest wciąż sama. Ostatnio spotykała się z jednym mężczyzną, który jej się podobał, ale zerwała kontakt bo denerwowało ją jak chodził po mieszkaniu, które ona kupiła i które sama wykańczała. Na prezent zapakowany w wiele warstw pomyślała: "boże, ile śmieci będzie"...
Trudno jest się przestawić z: "dzisiaj zdobywam świat", na: "dzisiaj pozwalam komuś, aby zdobywał ze mną świat". Trudno docenić to co stare, zapakowane na nowo. A może nowe, zapakowane jako stare? I aż się boję, co może się stać, kiedy i ten mój ukochany okaże się "nie tym jedynym"? Ile razy można zaczynać od zera? Czy w pewnym momencie przychodzi czas, kiedy człowiek decyduje się na stereotypowego kaktusa i kota? Mam nadzieję, że tym razem uda mi się stworzyć szczęśliwy związek. Czego i wam życzę! ![]()