Poznałam rok temu wspaniałego mężczyznę. Właściwie ideał. Przystojny bardzo, wysportowany, zdyscyplinowany, pracowity, z poczuciem humoru. Spotykaliśmy się rok dosyć intensywnie. Pierwsza rozmowa o byciu w związku zakończyła się jego milczeniem, brakiem odpowiedzi, potem dopiero listem ze słowami, że przecież charakter naszej relacji był od początku "ustalony" - nic podobnego, nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy. Więc tak jakby dostałam kosza.Nie spotykaliśmy się jakieś 3 tyg, potem ja miałam strasznie ciężki czas, nikogo przy sobie, więc zadzwoniłam, umówiliśmy się. I od tej pory, do niedzieli cztery dni temu, nasze spotkania były dla mnie jak błogi sen, ktory niestety miał się skończyć. On dosłownie nosił mnie na rękach, przytulał, był bardzo czuły, często trzymaliśmy się za ręce i nawet podobało mi się to, że mnie nie pocałował, że widocznie chce, żeby ta chwila pierwszego pocałunku była w jakimś wyjątkowym miejscu.. Zakochałam się zupełnie. Mówił mi, że jestem pociągająca, często, obejmując mnie, delikatnie dotykał dłonią mojego ciała pod ubraniem, co wywoływało u mnie dreszcze podniecenia i silne pożądanie. Ale nie chcę, żeby ta relacja sprowadziła się do tego, ze mi zależało tylko na seksie z nim. Mam 25 lat, chcę już za jakiś czas założyć własną rodzinę. Właściwie nie miałam żadnych wątpliwości co do jego uczuć.. nawet teraz nie mam.. ale nie potrafię wyjaśnić / zrozumieć kompletnie jego zachowania. W końcu już tak się zmęczyłam niepewnością, ze w miniony weekend zagrałam otwarcie, że kocham go i chcę wiedzieć, czy on też widzi we mnie swoją dziewczynę, czy.. no właśnie, kogo?
Odpowiedział mi, że jest zainteresowany przyjaźnią ze mną. Tymi słowami wbił mi nóż w serce. Powiedziałam, że w takim razie od tej pory już jej nie ma i.. to wszystko. Nie rozmawiamy i nie widzimy się od 4 dni. Przepłakałam pierwsze dwa całe. Wręcz zwijałam się z cierpienia. Tak jakby ktoś wyrwał ze mnie część mnie. Dodam istotne rzeczy:
- on jest młodszy ode mnie 2 lata, ale to nie ma znaczenia, ma prace, jest bardzo odpowiedzialny (chociaż teraz mam wątpliwości)
- dużo ze sobą rozmawialiśmy na wszystkie tematy, bardzo dużo, szczerości, związku, spotykalismy się niemal codziennie, WYRAŹNIE dawał do zrozumienia, że mu zależy na mnie, ale powiedział mi kiedyś, że on musi się czuć wolny, że nie znosi deklaracji. NIGDY nie bawił sie mną, wręcz przeciwnie, był na każde moje zawołanie, ciągle mnie rozpieszczał zabierając do różnych restauracji, cukierni, kawiarni, itp. Pomagał mi w trudnych sytuacjach bardzo konkretnie. Ale tylko tyle, nic poza tym, po roku spotykania się ani jednego pocałunku, czulszego gestu..
Wiem, że dobrze zrobiłam zrywając kontakt, bo nie ma powodu, żebym sie dalej męczyła. W ogóle polecam na złamane serce sport, gry komputerowe i dużo spotkań z przyjaciółmi... to naprawdę pomaga. Ale czy któraś z Was miała taką sytuację i czy facet po jakimś czasie zrozumiał co stracił i wrócił?
Wiem, że to trochę prośba o danie mi nadziei, ale może jednak ktoś miał takie doświadczenie, postąpił podobnie i potem okazało się, że to był strzał w dziesiątkę.
Jak zrozumieć takie zachowanie mężczyzny?