Mam 47 lat i uczucie, że moje życie się skończyło. 3 miesiące temu mój mąż wyprowadził się do mojej byłej koleżanki. Sama ich ze sobą zapoznałam. Kilka lat temu przezywałam już jego zdradę, kłamstwa i powroty nad ranem od niej. Wtedy postawiłam mu ultimatum, miał wybrać ja i syn albo ona. Wtedy został w domu, teraz uważam, że to był błąd. Przyrzekł, że nie będzie się z nią spotykał ale kłamał przez kolejne trzy lata spotykali się potem podobno była 2 letnia przerwa. kilka miesięcy temu podobno spotkali się przez przypadek i wszystko odżyło. Jestem naiwna bo nie miałam pojęcia o tym wszystkim, w naszym małżeństwie przez ostatnie lata nie było już dobrze żyliśmy obok siebie, nie kłóciliśmy się i nie sprzeczali ale milczenie i udawanie ze nic się nie dzieje bywa niekiedy gorsze od awantur. Zaczęłam wpadać w depresję moim ogromnym problemem stało się tycie. Zażerałam cały stres i kompletnie nie miałam siły wyrwać się z tego obłędu, czułam się okropnie, byłam gruba, rozlazła i nic mi się nie chciało. Wciąż powtarzałam sobie, że musi się coś wydarzyć żebym wydobyła się z tego obłędu. Próbowałam rozmawiać z mężem ale zawsze mnie zbywał słowami "Znów zaczynasz ..." i zajmował się swoją muzyką, książkami i mailami.
I wydarzyło się... odkryłam przez przypadek smsa od niej, był jednoznaczny. Potem potoczyło się bardzo szybko, powiedział, że odchodzi że próbował ale nie dał rady, że widział jak się bardzo męczę ale nic nie potrafił zrobić. Prosiłam go błagałam, przekonywałam, że zostawia syna w takim ważnym momencie na kilka dni przed odbiorem świadectwa maturalnego. Usłyszałam tylko "nie szantażuj mnie dzieckiem, on jest już dorosły i da sobie radę. kilka lat wcześniej został ze względu na niego teraz juz nie da rady". Nie miał nawet odwagi powiedzieć tego osobiście własnemu synowi ja mu o tym powiedziałam ze ojciec odchodzi, był w szoku nie domyślał się. Mąż nie miał nawet odwagi o tym powiedzieć własnej matce, zadzwoniła do mnie po kilku dniach z pytaniem co u nas słychać, powiedziałam jej. Przez kilka dni nie miał odwagi odebrać telefonu od własnej matki. Potem zaczęłam się dowiadywać od różnych osób, że widywali ich razem nawet dowiedziałam się że przyprowadzał ja do naszego mieszkania kiedy ja byłam w pracy a syn w szkole. Przez lata okłamywał nas zmyślał, lawirował na tyle sprytnie, że nie domyśliłam się. Poszedł do zdziry, która przerzuciła już bardzo wielu facetów najgorsze jest to, że ja z nią pracuję na jednym piętrze. Do syna pisze maile nigdy nie odważył sie i do niego nie zadzwonił. Do mnie sie nie odezwał ja pisałam maile na które odpowiadał jakieś banały. W końcu przyrzekłam sobie, że więcej się nie będę poniżać i nie będę pisać. Przez prawie 2 miesiące byłam na zwolnieniu lekarskim i na lekach nie potrafiłam sobie z tym dać rady. W końcu jednak musiałam wrócić do pracy. Nie rozumiem siebie, po tym wszystkim co zrobił powinnam wyrzucić go ze swojego życia z obrzydzeniem. A ja nie potrafię, wciąż płaczę nie wyobrażam sobie dalszego życia w samotności i bez niego, nie umiem tak po prostu przekreślić 21 lat wspólnego życia. Tak strasznie boli to co zrobił, momentami wydaje mi się ze oszaleje z bólu i rozpaczy. Mam wokół siebie wiele osób, które mnie wspierają i wciąż mi powtarzają że nie ma za kim płakać, wiem że to koniec ale jednocześnie łudzę się że może się opamięta i wróci. A potem przychodzi refleksja nawet jeśli by wrócił kiedyś tam to czy ja potrafiłabym jeszcze z nim być? Myślę, że to raczej nie jest możliwe. Moja huśtawka emocjonalna jest straszna. Jedynym pozytywem w tym wszystkim jest to że schudłam 20 kilo i zamierzam chudnąć dalej. Czy czas w końcu uleczy mój ból?. Może jeszcze minęło go za mało jak długo można tak cierpieć. Czuje się staro i jestem stara, nie widzę już przed sobą przyszłości. Wiem, że sama nie zrobię nic bo należę do osób, które unikają ludzi, nie bywają na imprezach, takich zamkniętych w czterech ścianach. Przebywanie w pracy jest dla mnie traumą, nawet jak słyszę jej głos wszystko się we mnie przewraca. Nie wiem jak to przetrwać. Wciąż o nich myślę zamiast zająć sie sobą i synem, zacząć żyć, boję się samotności. Ogólny obłęd.
Podobne tematy
2 2012-09-23 00:08:14 Ostatnio edytowany przez aisa (2012-09-23 00:34:22)
Witaj Dorfi wiem co czujesz mam to samo tez mam problem żeby przyzwyczaić sie do tej sytuacji a na dodatek mamy dziecko w wieku szkolnym i straszy ze mi go odbierze więc jestem jeszcze zastraszona.Dużo pracy przed nami ale uda nam się wierze w to.
Dorfi,Twoje życie się nie skończyło!Zmieniło się tylko.Jak możesz mówić,że życie się skończyło,bo mąż się wyprowadził!?Wiem,trauma szok..Najgorsze,że musisz ją na co dzień oglądać.Słuchaj ludzi,którzy Cię wspierają,oni naprawdę mają rację-nie masz czego żałować.Boisz się samotności?po pierwsze rozwiodłabym się z orzeczeniem jego winy,po drugie-zaczęłabym o siebie dbać-zaplanuj odchudzanie,nowe ciuchy,fryzjer.Pamiętaj,że zemsta jest słodka..Znajdziesz kogoś,jak tylko będziesz chciała.Nie musisz z domu wychodzić.Mam 52 lata [jestem wdową],swojego ukochanego znalazłam na Sympatii ,jesteśmy ze sobą 3,5 roku.Dzieci nie są przeszkodą[mam 2 synów]..Wszystko tkwi w głowie-jesteś młodą kobietą,życie przed Tobą.Zobaczysz,kiedyś będziesz się cieszyć,że dupka już nie ma.Uwolnij się od tych złych myśli,od strachu..Twoje życie może być znacznie lepsze od dotychczasowego.Wszystko zależy od Ciebie!
Bardzo dziękuję za dobre słowa, mnie teraz niesamowicie to pomaga, staram się ale będę jeszcze bardziej, muszę przestać myśleć o nim a zacząć o sobie, zamknąć ten rozdział życia i próbować coś tworzyć na nowo. Będzie trudno i pewnie jeszcze długo to potrwa, ale mam nadzieję, że mi się uda. Serdecznie pozdrawiam.