Pewnie to nic istotnego ale notorycznie mam problemy z zaśnięciem i jak tak leżę to prześladują mnie przebłyski z przeszłości i zaczynam je rozważać. Ostatnio zacząłem się znowu zastanawiać jaki jest związek między tym co się mówi ,a myśli i czuje, a dzisiaj napadło mnie coś takiego:
Znałem kiedyś barmankę pi raz drzwi w moim wieku. W pubie w którym ona pracowała bywałem prawie regularnie, bo raz w tygodniu kończyłem zajęcia o takiej porze że droga musiała być zakorkowana. Więc zachodziłem do pubu aby przeczekać. Lubiłem z nią rozmawiać. Byliśmy chyba na dobrej stopie koleżeńskiej, nawet więcej, wyczułem w niej bratnią duszę. Pamiętam że pewnego dnia niewiele mówiłem, za to dużo się uśmiechałem, tzn. więcej niż zwykle. Ona w pewnym momencie zaczęła mówić w jakimś, nie wiem jak to nazwać, nostalgicznym tonie:
"-Ale ja muszę być kretynką w twoich oczach. Przychodzisz sobie tak tutaj popatrzeć na przypadek kretynki. A ja tak gadam, takie głupoty, jak taka kretynka."
To jakoś wcale nie wydało mi się żartem, momentalnie przestałem się uśmiechać i odparłem że wcale nie uważam że jest głupia.
Na co ona że kretynka to takie niepoważne słowo, że tylko tak żartuje i cośtam cośtam. Kupiłem to wyjaśnienie ale scena jakoś zapadła mi w pamięć, jako jedyna z tamtego dnia. I teraz zacząłem się zastanawiać co się dzieje w głowie osoby która w takich okolicznościach nazywa siebie kretynką ale nie mówi tego ani ze śmiechem ani na sposób umyślnie groteskowo poważny.