Cóż. Piszę bo w końcu muszę to z siebie wyrzucić, a nie ma to jak świeże poglądy na ten temat. Sporo by tu pisać by przedstawić całą sytuację- bo wszystko ma jakieś znaczenie, ale to może potem wyniknie w dyskusji- będzie się dopełniać....
Więc może tak-w czym problem. Cóż- byłam w związku który mnie wiele zdrowia kosztował i stresu, ale taka ta miłość -że z czasem coraz trudniej się wycofać, a jest gorzej...
Kurcze może zacznę od początku... Przebywam za granica-totalnie sama. Poznałam go tam w jakichś okolicznościach. Ja miałam te 23 lata on 29. Dojrzały i ustawiony się wydawał. Wielka miłość od pierwszego ujrzenia. Pierwsze rozmowy typowe- co czemu, jakie ma się oczekiwania- no wszystko pasowało. Jestem bardzo zasadnicza i konsekwętna (no tamtego czasu byłam). Ogólnie poszło o to- jak mi sam opowiadał ze miał tylko jedna prawdziwa miłość przez 7lat ale nie doceniał bo był młody i głupi. Potem tylko romanse,ale nie chce już tak dłużej -tylko myśli już o rodzinie i poważnym związku. Wydawał się bardzo przekonujący i faktycznie szybko zamieszkałam u jego rodziców- ogólnie wszystko wyglądało poważnie. Był u mnie w domu w Polsce, poznał rodzinę, ja jego też- pełna akceptacja itd. Byłam jak w niebie. Tylko że to było tylko parę tygodni. Mówił że u niego nawet kawa z inna to już jak zdrada, nie ma jakichś przyjaźni miedzy k i m. Dokładnie tak jak ja. No i właśnie.
Ogólnie tu się zaczęło. Opowiadał jak już ta swoja ex zdradzał z taką jedną, ale tylko dlatego bo brał narkotyki i tak do niej jeździł by sobie razem używali. Ex odeszła i tak został lata z tamtą. Oczywiście obiecał że to koniec i faktycznie - one zaczęła się meldować ,smsy ale on nie odpowiadał jej na żadne. Byliśmy 24h na dobę, bo i razem pracowaliśmy potem u niego w salonie. Akurat w to wierze bo i teraz sporo sprawdziłam. Tylko że z czasem zaczęło drażnić, ale to był już czas kiedy i inne rzeczy wojna było, więc ciągłe kłótnie. Jeszcze co zapomniałam dodać. Najpierw opowiadał o wszystkich podbojach, a potem ze mną nie spał - tylko okazjonalnie bo niby chory, przez te narkotyki. No na prawo i lewo nie chodził (wiem) więc jakoś to tak wierzyłam, tylko akurat nie w chorobę jak brak zainteresowania mną, bo niby nie byłam w jego typie. Żartami mówił ale z czasem analizuje się wszystko. No i co?
Z czasem brakowało wszystkiego. Do tego takie strony typu kwick czy facebook, ciągle otwierał i szukał pięknych dziewczyn. Niby szczeka bo nie gryzie. Jak przychodziło co do czego to niby to ja ta najważniejsza, rodzina nawet to samo mówiła, że ma plany na przyszłość tylko ze mną i jestem jedyna która się w domu pojawiła. No tak- tylko ze bolało to coraz bardziej, zaczęłam interpretować każdy ruch i niestety widzę ze nie interesował się mną nawet nie próbował jakoś imponować, np. urodziny. On nie obchodzi wiec taka głupota- no ale ja. Było mi przykro-tylko że skoro nieważne i nic nie znaczą jemu to trudno myśleć o czymś takim, ale jak parę dni później nagle w panikę wpada ze musi coś kupić pracownicy bo ma urodziny to mnie ścięło. Tego typu historii było setki. Ze ze mną nawet wina wypić nie chce bo jutro do pracy, ale przyjdzie klientka i nagle upija w kącie bo ona przyniosła. No takie rzeczy. Nie dało się rozmawiać -bo twierdził ze mam paranoje bo to salon i tak niestety jest. Do tego to sa nie ważne rzeczy, liczy się to ze ze mną chce być i kocha i mieszkać chce itd. No i tyle.
Trwało to 2lata. W końcu i napisał pannie jakie to ma słodkie usta i jest jego marzeniem. No i depresja. Bo ja już dawno przestałam się czuć jak ktoś atrakcyjny-bo ani nie zabiegał, w jednym łóżku plecami do mnie, cmok cmok i to wszystko- ale spędzaliśmy cale dnie razem i wszędzie chciał mnie ze sobą. Myślę ze on faktycznie nie rozumiał ze mnie rani- ale słuchać tez nie chciał. A po tym emailu do tej panny- załamałam się -raz ze okłamał ze nic nie napisał, potem ze to był żart bo coś tam koledzy chcieli, ze nie wiedział ze mnie tak to trafi- ale jak nie- jej powiedział coś czego ja nigdy nie słyszałam. Tak to widzę -a on do dziś będzie obracał kota ogonem ze to nic nie znaczyło. No i może, ale mnie cholernie zabolało. I tu problem-ze w takich momentach on się skupia na dyskusji zamiast przejąć się tym ze ja zraniona. No i wojna coraz większa o racje. Nigdy nie słuchał jak ja się czuje-wszystko dla niego to jak atak- więc sam atakował dalej. Najgorsze ze wiele razy do tego wracałam- by przypomnieć i jakieś wyrzuty sumienia wywołać -ale bez echa. To bylo nic-i kropka. Ja mam paranoję. No tak tylko ze taka piękna ze tylko spojrzał i nie mógł się pohamować od komplementu a na mnie patrzy 2 lata i nie ma nic do powiedzenia. Ogólnie ma problemy z wyrażaniem uczuć, trochę macho, więc ja wiem ze trudno mu, ale potem jak widzę coś takiego -szok. Do tego narkotyki -zaczął znowu bo niby tylko tak może ze ma otwarcie mówić i faktycznie wtedy słyszałam co chciałam i potrzebowałam, ale tylko minęło i kurde inna twarz. I tak żyłam 3 lata z nim -ciągle analizując jeden ruch i słowo- bo po prostu trudno wierzyć w to wszystko.
Kłótnia to u niego jak wojna światowa, ze złośliwością co znowu przyniosło więcej problemów. Zaczęło się bicie. I potem już była tylko kłótnia, no i ja już wtedy tez się agresywniejsza zrobiłam. Teraz on widzi tylko tak -tego nie zrobi bo nie ma ochoty jak się kłócimy ciągle, nie sypia ze mną bo ciągle kłótnia itd. ale dzień spokoju i oczywiście ja najważniejsza i przecież życie ze mną buduje. No tak. Wziął mieszkanie dla nas, oficjalnie byłam jak jego żona już, ale co z tego kiedy było jak było. Ja miałam więcej kompleksów, ze potem nic się już nie układa, szukam ciepła, kontaktu-to mówi że naciskam, jak się odsuwam mówi ze boi się mnie stracić i dlatego nie ufa do końca czy warto wszystko tak ryzykować. Miał z dzieciństwa problemy jako niekochane dziecko-potem te narkotyki -już nie wiem gdzie sprawa charakteru a gdzie choroby. Nic już nie rozumiem....ale teraz do punktu....
Doszło raz już do takiej wojny ze i ja nie zostawałam dłużna. Poszło o to, ze już uciekłam do Polski z dnia na dzień. 2miesiace się nie odzywał wiec zaczęłam budować na nowo. Szkoła- o to mi chodzi. Zaczęłam pracę i szkołę która już w Niemczech zaczęłam. No i nagle się pojawia- tylko tez nie tak sam- tylko przez moje takie ułatwianie- tzn-jakby na litość, bo niby ciągle próbowałam dotrzeć do niego by zrozumiał to czy tamto- bo jak inaczej. No ale przyjechał. Wróciłam, ale już zapowiedziałam ze szkole skończę mimo wszystko w Polsce. Było jak (tylko na zaliczenia raz na 2 miesiące- akurat weekend-on ma przerwę dla siebie ja dla siebie no i rodzinę widzę, a w tyg normalnie u niego pracuję- koszt 100 tam i z powrotem) to nie -albo u niego albo wcale (musiałabym cały system tu przytoczyć tego szkolnictwa- to jest tak ze szkoła to zakład -i jedno z drugim powiązane) no i tak. Wiec wszystko zostawiłam jak jest- ale już zaznaczyłam -to szansa dla niego udowodnić ze mogę mu znowu ufać- on na to ze nawet gdybyśmy nie byli razem on chce bym to skończyła -czyli u niego i nie będziemy sobie na złość robić. Ogólnie jest bardzo pomocny każdemu -więc niby nie wierzyłam ale musiałam dać szanse. No i właśnie do tego dnia wojna o byle co, ale zostawiłam to na stronę i mówię by podpisał umowę którą do szkoły potrzebowałam, a on na to ze nie bo będę to przeciw niemu wykorzystywać i nie będzie mógł mnie wyrzucić jak mu się zechce. Tylko ze takie warunki były powrotu bo ta umowa wiąże z salonem i szkoła- tak tu jest. Poza tym mówiłam- prace od domu odcinamy i ja nieważne jak byłam zła swoje obowiązki wykonywałam. A on tu z takim tekstem bo poszło o zmywanie naczyń w domu. Więc mnie już wyprowadził z równowagi a że do tego zamiast mnie uspokajać tylko jeszcze więcej ognia robił- ze nie docierają argumenty które sam mówił to poszło wszystko za daleko. Śmiał się w twarz i to jeden z tych momentów kiedy do mordu dochodzi- teraz wiem i rozumiem. Gdybym miała nóż już by nie żył. Jak ktoś tak rani- to lata się chowamy a nagle wybuchamy. I tak właśnie było. Chciałam go trafić jakoś by bolało, uderzy tylko- ale on silniejszy -wiec jak mnie przydusił tak się zagotowało na tyle ze zadzwoniłam po policje. I to był koniec. On mnie z domu wyrzucił, byłam u jego rodziców- bo oni zawsze po mojej stronie stali ze względu ze widzieli jak źle mnie traktuje (te narkotyki-agresja, ciągłe wojny itd) tylko ze ten koniec to już tyle ich było ze nic jeszcze nie znaczył- tylko ze pierwszy raz ja odpowiedziałam atakiem czym ta policja była. I właśnie -to mnie wkurza bo nagle to dla niego definitywny koniec bo go zdradziłam niby, ale to jak mnie ciągle zdradzał i potem wracałam - tego nie rozumie ile mnie to kosztowało i dlaczego potem już nie jest jak było. Bo choćby przeprosił, ale ani tego nigdy nie zrobił. I wojna dalej. Oczywiście brak kontaktu- ale ja wiedziałam ze się pojawi tylko ze to był pierwszy raz gdy zdecydowałam się na koniec bo ta ucieczka do Polski tylko prowokacja była- próbą której tez nie zdał do końca. No ale minął czas i bez echa. Od jego rodziców się wyprowadziłam i 3 tygodnie później (od wyprowadzki -bo u rodziców 3 miesiące byłam i nic) znowu z mojego powodu nagle się pojawił i słodki jak nigdy. Ja już mówiłam ze to nie wyjdzie, ale szczerze mnie tez źle było, brakowało tego czego ani będąc z nim nie miałam- taki toksyczny związek. No i oczywiście ze chciałam uwagi, wiec się zaczęło ale tak ze nie mieszkaliśmy razem. I co. Obiecywał ze nie zdradził ten czas, ze chciał mnie z powrotem ale ja wojnę robiłam itd. Ze teraz będzie dobrze i z czasem zobaczymy jak dalej, ale każdy wypad do niego na weeekend kończył się kłótnią o głupoty a on to kończył wojną i zrywał jak dziecko. I nagle weszła policja w grę. Ktoś go podał o handel -no i kto, niby ja-wszyscy myślą, więc wojna na nowo. Jak się uspokoiło i wyjaśniło ze nie ja to już się dużo w między czasie stało. Bo on jak coś się psuje to zamiast naprawić psuje bardziej a potem znowu jesteśmy razem i mnie już to zbyt dużo to on na obronę mówi ze już popsute było.
Od policji się dowiedziałam ze zdradził właśnie z ta która niby tylko dziwką dla niego była. I o to tu teraz idzie. Zadzwoniłam ze łzami to najpierw mówił ze nie prawda, że nie był (najśmieszniejsze ze właśnie o nią pytałam czasu gdy się u mnie pojawił, czy się nie kontaktowała a on ze nie, że jej nie potrzebuje, że to dziwka itd). Tydzień dyskusji był o to czy zrobił czy nie aż w końcu on obrażony ze się tygodnie nie odzywa, więc ja się spakowałam i wyniosłam do innego miasta. Wszystko zostawiłam- pracę, mieszkanie. Dopiero znowu wtedy się odezwał że jak mnie kocha, ze chciał byśmy znowu razem byli, ze po to to wszystko było planowane i robione, że przecież wrócił itd.i ze oczywiście nie widział z nią. Ja na to że policja mi nagranie puściła jak z nią rozmawiał -a on na to- no bo ty tak ciągle mnie podpuszczałaś i wojnę robiłaś, że mnie już wszystko jedno było a ona akurat zadzwoniła, więc pojechałem ALE cie nie zdradziłem bo o tobie myślałem. Tylko tak się widzieliśmy. Oczywiście ja w to nie uwierzyłam, więc ze łzami, krzykiem ciągle na telefon i podważałam wszystko co mówił. To on na to tysiące meili ale w moim kierunku, ze tylko kłótnie były, ze mnie nigdy nie zdradził, ze zawsze był wierny, nigdy do nikogo jak do mnie, ze się stawił swojej rodzinie przeciw by ze mną być itd. I tak trwało tygodnie aż w końcu on obrażony stwierdził, że nie może dłużej moich obelg słuchać bo on nie zdradził. Był tam fakt, no ale nic nie było (tylko to nie przypadkowy romans tylko taki z przed lat. czyli za czymś tęsknił a jak miał przerwać kontakt to tylko nie odpisywał, ale nie chciał jej powiedzieć "daj nam spokój" np. Jakby trzymał ja w rezerwie a wiec tak czuję się zdradzona choćby tym że do niej zadzwonił. No i tak się skończyło. Ja długo milczałam, a on nigdy pierwszy nie zadzwoni. Aż w końcu od policji się dowiedziałam ze się przespał z nią bo był tam 2 dni. No więc ja znowu za telefon i ze skargą -jak to mógł spać z tamta i wszystko zepsuć a potem do mnie przyjść i liczyć ze coś się znowu zbuduje. A on na to, że już było popsute wszystko. No i taka gadka tylko jak pytam skoro popsute było czemu jeszcze do mnie wrócił. Jak mógł w ogóle. Najgorsze ze z tego wstydu nawet teraz dzwonię by słyszeć ze mu się głos łamie albo skruchę albo wstyd a tu nic. Tylko duma albo już jak lepszy humor to mówi ze nie byliśmy razem...itd... Długo by jeszcze pisać.
Chodzi mi o to, że fakt ze próbował to ukryć i do końca kłamał, więc zdaje sobie sprawę ze zrobił coś czego nie powinien. Po tamtym razie ani razu już się nie kontaktował tam (od policji wiem) wiec tak jakby żałował. Tylko że uznania skruchy brak.
Teraz pytanie do was - czy kochał? (to wiem ze niby tak na swój chory sposób) tylko czy mimo tych swoich żali (bo widzi tylko żeśmy się kłócili, wojna była, nigdy żadne nie zadowolone, ale mimo wszystko ciągle wracaliśmy do siebie. Czy to faktycznie tylko mówi czy tak tez myśli, tzn. jak się naćpał to mówił że ja dobra jestem, że kocha, że potrzebuje mojej pomocy, że mnie rozumie i nie chce stracić. Często przy tym płakał, ale potem tylko słyszę ze ja wszystko popsułam, że się nie da dla mnie czegoś z siebie robić bo tylko się kłócę, że jemu już nic się nie chce. Jestem w stanie zrozumieć tylko niech on tez rozumie skąd to się bierze ze już krzyczę bo też mam dość dyskusji na tematy które takie jasne są. Albo ze robi coś totalnie przeciw temu co mówi itd.
Drugie pytanie skoro kochał to czy z czasem pożałuje tego ze mnie tak łatwo stracił ? Bo nigdy nie przejął się że odchodzę tylko jak wrócę już to mówi jak to mu strasznie było. Kolejna rzecz czy kiedyś zrozumie skąd ta moja nienawiść do niego i że miało to szansę, ale on się sporo przyczynił ze postawił takie mury -jako ze nie ja tylko winna. Bo on tak wszystko mówi jakbym to faktycznie tylko ja ta złą była i ze to nie mialo sensu bo ja taka czy taka, ale ze mną ciągle był, więc nie rozumiem już. Do tego jak często pytam czy tego próbuje wywołać na litość na łzy jakieś odczucia poczucia winny to nie ma nic, więc już otwarcie pytam bądź zarzucam ze nie może kochać i być obojętną na fakt ze przez niego płacze. A na to tylko atak, wiec jak w końcu. Czy w głębi duszy wie ze zrobił źle, wie ze mnie ranił, rozumie mój ból? Albo czy przyjdzie taki czas ze zrozumie bo to ze nie chce komuś racji przyznać to normalne u niego, genetyczne. No ale ja tez nie czuje emocji. To już koniec i ciesze się że wyszłam z tego mimo że znalazłam sie na ulicy i bez pracy, bez szkoły i zaczynam od nowa wszystko, ale że udało mi się odejść. Co nie znaczy że boli mniej. Boli bardzo a jeszcze bardziej kiedy nie czuje by mu jakkolwiek smutno było czy obojętne. Jest to możliwe po 3 latach razem tak by nic nie poruszyło. Może i nienawiść być - ja nienawidzę, ale boli. A jego? Tylko słyszę, że nie wybaczy bo policja bo to czy tamto -zły i zraniony. No tak musiałam pokazać skoro słów nie rozumiał. A on zamiast zrozumieć i powiedzieć no tak teraz wiem jak się czułaś to on widzi tylko siebie jako ofiarę, dlatego też twierdzi że mi nic nigdy nie zrobił, a jeśli już to zasłużyłam na więcej. Więc ani zdrady nie żałuje bo sama sie o to prosiłam itd., że moja wina ze wszystko popsute. I teraz tak wiele to mówi (no mówił te 3 lata i ostatni czas bo od miesiąca zero kontaktu już na amen). Tyle mówi że chyba juz sam w to wierzy. I dokładnie co mi zarzuca ze np go poniżyłam i dlatego nie da rady dalej. To sam to już lata wcześniej zrobił a jak mówiłam to nie rozumiał i się śmiał ze mnie że mnie cos tam boli, więc jak teraz to przytaczam to znowu zero zrozumienia. Tylko z innej strony atak. I tak w koło.
Ludzie pomóżcie mi. Nie daje mi żyć myśl że on nic nie rozumie i zero wstydu ma, że on zapomniał jak mnie bił, poniewierał. A jak przypominam to mówi że nie zrobił nic czego ja tez nie zrobiłam. No nawet jeśli to chcę by rozumiał czemu, że to się już na początku zaczęło i z jego winy. Bo on to czy tamto i tak lata budował moją nienawiść do niego, ale tego już nie rozumie. Nie widzi jak 2 lata tylko uciekałam w kąt albo tylko płakałam o wszystko a nic przeciw niemu nie zrobiłam. Teraz tak, ale też bo sam za daleko się posunął. Ludzie pomóżcie. Powiedzcie ze on tylko tak gada albo że zbyt dumny by się przyznać bądź mnie przyznać rację, ale ze w głębi duszy ma jakieś wyrzuty sumienia. Najgorsze to ze strasznie wierzyłam w tą miłość bez granic bo u mnie ich nie było. Wierzyłam też że ile się daje dostanie się w zamian. A tu nic, świat mi się zawali. Skoro tak kochałam-kocham i to nie przetrwało jemu tak obojętne było, więc chyba nie ma miłości.