Witajcie. Jestem tu nowa. Mam nadzieję, że nie zakłócę porządku Waszego forum, ale po prostu poczułam potrzebę, żeby się z kimś podzielić tym, co czuję, choć pewnie nie ma to dla nikogo znaczenia, ale może będzie mi lżej. Jeśli ktoś ma ochotę przez to przebrnąć, to zapraszam do lektury. Miłe będzie z Waszej strony jeśli coś odpiszecie, za co dziękuję.
Od zawsze byłam sama i samotna. Po pierwsze, może niesłusznie, czułam odrzucenie ze strony rodziny, a zwłaszcza niektórych jej członków, o czym nie chcę pisać. Do tego dochodził fakt, że właściwie od przedszkola byłam izolowana od grupy i tak aż do studiów. Ciężko to przeżywałam, zwłaszcza, że izolacja często łączyła się z prześladowaniem. Miałam problemy natury psychicznej z tego powodu i zero poczucia własnej wartości. I wtedy poznałam cudownego chłopaka. Tego nie da się opisać. Po prostu ideał. Na początku bałam się mu zaufać, bo ludzie zawsze mnie wykorzystywali. Byłam bardzo naiwna, bo za wszelką cenę chciałam, żeby ktoś zwrócił na mnie uwagę, żeby mnie chociaż polubił. Ale kiedy przestawałam być potrzebna, już nie istniałam dla nikogo.
Chłopak, którego poznałam był nadzwyczaj dojrzały, jak na swój wiek. A ja się totalnie zakochałam. Nie mogłam przestać o nim myśleć, ani mówić. Przez co koleżanki w liceum miały mnie za wariatkę, która ma zbyt bujną wyobraźnię i wymyśliła sobie tak cudownego faceta, żeby wszystkim udowodnić, że jest ktoś, dla kogo jest ważna. Bardzo mnie to bolało, ale mój chłopak nauczył mnie być odporną na takie docinki i zaczęłam to olewać. I wtedy zaczęły się problemy w naszym związku. On był bardzo zazdrosny już od samego początku. Ale zaczął kontrolować moją skrzynkę mailową i robił awantury. Przerażało mnie to. Spanikowałam do tego stopnia, że skończyłam tę znajomość. Wiedziałam, że od tej pory mogłam liczyć tylko na siebie. Przerosło mnie to. Powróciły stany depresyjne. W trakcie jeszcze mojego związku poznałam faceta, którego traktowałam raczej, jako kumpla i nic więcej. Mój chłopak się wściekał, ale ja nie robiłam nic złego. Nie miałam się z czego tłumaczyć. Kiedy z nim zerwałam, ten kumpel zaczął się mną interesować. To znaczy, wydzwaniał ciągle do mnie, nie dawał mi spokoju. Miałam wrażenie, że chce mnie odciągnąć od myśli o chłopaku, którego kochałam (i kocham nadal). Po tygodniu tej męczarni, chciałam zadzwonić do mojego byłego, żeby go prosić o szansę dla naszego związku, o co i on prosił przez ten czas w smsach i telefonach. Kiedy ten mój tak zwany kumpel wyznał mi, że jest ciężko chory i żebym go nie zostawiała. Czułam się okropnie. Wiedziałam, że go okłamuję, ale zrobiłam to z litości, bo dobrze wiedziałam, jak to jest mieć takie problemy i być z tym samemu. Nigdy jednak go nie kochałam i nic do niego nie czułam. Wręcz przeciwnie, nie było mi dobrze w jego towarzystwie. Po jakimś czasie zaczęłam go unikać. Wymyślałam, że a to chodzę na tenis, zaraz potem mam kurs hiszpańskiego i po prostu nie mam czasu. Wiedziałam, że parszywie się zachowałam wobec niego, ale jeszcze wstrętniej wobec mojego byłego. Pamiętam, że przez długi czas wysyłałam mu jeszcze listy i kartki na urodziny, imieniny, itd. W jednym z ostatnich listów napisałam, że jest moim CUDem i że może kiedyś będziemy jeszcze razem. Miałam nadzieję, że tak będzie i bardzo tego chciałam.
Los chciał tak, że ciężko zachorowałam. Byłam znowu sama i zadzwoniłam do niego. On raz traktował mnie, jak damę, raz, jak szmatę, w zależności, jaki miał humor. Nie byłam zła. Po tym, co zrobiłam miał do tego prawo. Po kilku miesiącach wróciliśmy do siebie, ale nasz związek wygląda teraz jak parabola niebo-piekło-niebo-piekło i tak bez końca. On chce odejść, a ja tak bardzo cierpię. Cierpiałam przez tyle lat, on też. Nie chcę już być sama. Znowu jestem w dołku psychicznym. Naprawdę go kocham.
Żałuję, że nie doceniłam miłości, którą mnie obdarował.