Nie lubię rozmawiać z matką przez telefon w obecności żony, unikam takich sytuacji bo wiem, że może zaraz wyniknąć jakaś sytuacja, że nie spodoba jej się że albo coś za dużo powiedziałem, albo coś źle powiedziałem albo mama coś powiedziała czego nie powinna.
Z mamą rozmawiam raz na tydzień, do moich rodziców jeździmy co 2 tygodnie (zgodnie z tym co ustaliliśmy z żoną).
Musiałem zadzwonić do mamy w obecności żony. Chodziło o umówienie się na weekend. Powiedziałem mamie, że przyjedziemy do nich w sobotę (wiadomo..dzień ojca), a w niedzielę jedziemy do taty mojej żony. Dzwoniąc do niej podejrzewałem, że mogą mieć w sobotę plany (dowiedziałem się od siostry). My nie mogliśmy zmienić swoich planów. Dzwonię więc by powiedzieć matce, że przyjedziemy i by może przełożyli to co mają zaplanowane. W trakcie rozmowy zadała tylko raz delikatnie pytanie czy nie możemy jechać w sobotę do taty mojej żony. Powiedziałem jej, że nie bo w sobotę tata żony pracuje, a w niedzielę ma wolne i tylko w niedzielę możemy go odwiedzić. Przyjęła to i powiedziała że ok, pogada tylko z ojcem i z siostrą i da mi znać (ale byłem już niemal pewien, że na 90% będą w stanie przełożyć swoje plany).
Ich planem było jechanie do ojca mojego taty (mojego dziadka) i jechanie z siostrą do Ikei. Siostra przeprowadziła się 400km stąd, wzięła ślub i ma nowe mieszkanie, przyjeżdża na weekend i chcieli z nią jechać do ikei. Wstępnie planowali sobotę lub piątek.
Po 2 godzinach dostałem smsa od mamy, że nie ma problemu, że możemy wlecieć w sobotę (z uśmiechami).
Rzecz w tym, że moją żonę BARDZO ZABOLAŁO pytanie mojej mamy czy możemy przełożyć na sobotę wyjazd do jej taty (była przy całej rozmowie z moją mamą i wszystko słyszała).
Żona stwierdziła, że moja matka ma dupie jej ojca, że ważniejsza jest ikea dla niej, że przecież mogą jechać w inny dzień - są na emeryturze. Posypały się różne inne oskarżenia, foch, złość na mnie, że oczywiście nic matce nie powiem, że jej nie zwrócę uwagi, zaczęła mi dzisiaj ryczeć, że najlepiej jakby jej tata umarł nie było by dylematów i moja mama by była szczęśliwsza...generalnie wiele raniących mnie i moją matkę słów.
Stwierdziłem, że pytanie mojej matki było nie przemyślane, że nieświadomie zraniła moją żonę....
A do tego jeszcze jeden problem...po pracy postanowilem ze pojde sobie na 1.5 godzinki na rower by sie nieco odstresowac. Zona lezala na lozku od 2-3 godzin i ogladala seriale. Mowie jej ze ide na rower na poltorej godzinki (normalnie zawsze sie pytam czy moge isc, czy nie mamy planow). Ustaliliśmy, że raz-dwa razy w tygodniu mogę wychodzić (kiedyś więcej jeździłem, ale to na osobny temat się nadaje, nie będę się rozpisywał). Po chwili slysze "o widze ze teraz co dwa dni chodzisz na rower". W poniedzialek bylem i wtedy sie pytalem. Odebralem to jako zlosliwosc, zona oczywiscie twierdzi ze to bylo tylko stwierdzenie faktu. Po chwili uslyszalem ze jak jest problem to zaraz uciekam na rower. Podnioslem nieco glos bo sie zdenerwowalem. Gdybym powiedział, że idę na spacer (a po kłótni czasem tak robię żeby mi nerwy puściły, żeby się odstresować i przemyśleć) to by nie było problemu, ale rower to już jest problem i ucieczka od problemów.
Oczywiscie pretensje ze krzycze ze jak mam zamiar tak sie zachowywac to moge isc do rodzicow. Wyszedlem na ten rower. Oczywiscie teraz pretensje do mnie ze nawet nie zapytalem. Powiedzialem wprost zonie ze chcialem pobyc sam, odstresowac sie, przemyslec. To wyskoczyla z tekstem ze teraz ona bedzie tez wychodzic sama bo tez ma do tego prawo (Żona praktycznie nigdzie sama nie wychodzi, nie spotyka się z koleżankami, kolegami) - jednak gdyby chciała i miała ochotę to przecież bym jej nie zabraniał, a nawet bym się ucieszył. Powiedziala ze jutro jej caly dzien nie bede widzial bo ona chce pobyc sama...perfidne robienie na zlosc ale jak jej to powiedzialem to ze ja moge wychodzic bez pytania a ona nie? Oburzyła się, że powiedziałem że robi to na złość....
Tak jak powiedziała, tak zrobiła, do tego jeszcze przypadkowo spotkaliśmy się w miejscu poza domem, podchodzę do niej, chciałem się z nią przywitać bo nie potrafię tak obojętnie koło niej przejść, a ona się odwróciła i odeszła bez słowa. Po chwili dostałem wiadomość, że przecież mi mówiła, że nie ma ochoty na mnie patrzeć dzisiaj więc po co podchodzę.
W kolejnym dniu to samo, nie odzywa się, uważa że żyjemy osobnym życiem bo ja powiedziałem, że idę na rower na półtorej godziny, bez pytania, a ona teraz za to wychodzi sobie na cały dzień sama.
Mysle jak do tego podejsc...rozmowy nic nie daja, odbijanie pileczki, nerwy, przeklenstwa, krzyk, placz, uzalanie sie ze mi w niej wszystko przeszkadza i najlepiej jakby zdechla to mialbym spokoj. ![]()
Męczy mnie to psychicznie, próbuję być obojętny, ale w środku nerwy i smutek.