Witam Drogie Panie.
Długo obserwowałam forum. W końcu odważyłam się i ja napisać. Poradzić się Was.
Jestem młodą mama 2 letniej cudownej dziewczynki. Ale mam ogromny problem z jej ojcem. To taka zabawa w kotka i myszkę. Ciągłe rozstania i powroty. Zaczynam się zastanawiać czy to ma sens? Czy po prostu ja docenić nic nie potrafię. Żeby zarysować chociaż Wam sytuacje - zostawił Mnie jak byłam w ciąży, a więc musiałam sobie radzić sama (oczywiście pojawiał sie co 2-3 msc w moim życiu.. ale tylko na chwile) Po narodzinach małej również mało mogłam na niego liczyć. Ograniczało się to do krótkich wizyt (mieszkam z rodzicami, on również) Weekendami balował, a ja mogłam liczyć tylko na swoją mamę. Po pół roku zmieniło się to - stwierdził, że patrząc na Mnie docenił Mnie i znów się zakochał. Byłam w niebo wzięta.. Lecz nadal szacunku w nim nie wzbudzałam, wbrew pozorom. Jego odzywki, sposob zachowania mówił sam za siebie. Ale ja sie cieszyłam, że nie jestem sama.
Po roku role sie odróciły. Miałam dość. I to on sie starał, płakał, prosił. Znów uległam. Ale to już nie było to samo. Miałam i mam dziure w sercu, wielką rane. Bo pamiętam o tym wszystkim. I tak jest od kwietnia. Rozstania i powroty. Bo ciągle miałam i mam nadzieje, że to sie zmieni. Ale sama nie wiem czy to juuż się nie wypaliło we Mnie? Całe wakacje spędziliśmy oddzielnie. Mało odwiedzał Małą bo twierdził, że nie chce patrzec na mój "ryj". A ja wkońcu zaczełam wychodzić do ludzi. Oddychać.. Córeczka przesypia już noce a więc rodzice sami pchali Mnie żebym wychodziła z domu. Było mi samej dobrze, świetnie sobie radziłam! Ale gdy go zobaczyłam.. serce mocniej zabiło.I znów się zaczeło. Tydzień. Powtórka z rozrywki. Chamskie odzywki, gnojenie, poniżanie. Znów koniec. Zaczełam pracować, studiować, wychodzić. Znów pełna życia. Szczęsliwa przy córeczce bo poza Mna świata nie widziała.. Ale on zaczał sie zmieniać. Gdy ja szłam do pracy on codziennie z nią siedział. Mała zaczeła szaleć na jego punkcie. A Mnie szlag trafiał. Kupował jej ubranka, chusteczki i takie tam drobiazgi mimo ze dostawałam co miesiąc alimenty. Bardzo chciał zebysmy spedzili razem świeta. Cięzko mi było odmówic. Ale nie.. byłam nie ugieta. Płakałam bo od 4 lat pierwsze świeta bez niego. Nowy Rok bez niego. Uf. może będzie lżej, bo to takie toksyczne myślałam. Ale nieee ! Przyjechał jak miałam urlop. Spojrzałam na niego miałam miękkie nogi.. Rozmawialiśmy normalnie, jak kiedyś.. Gdy sie poznaliśmy.. Zaprosił na kolacje (1 raaz!) .. raz drugi.. Zeszliśmy się. Było cudownie, kolacje, świece wino.. Troska.. Wydawało mi się, że wkońcu zrozumiał. Obiecał, że nigdy więcej mnie nie wyzwie. Nie powie złego słowa. Noi mimo kłutni, sprzeczek faktycznie nie powiedział. Tylko akurat tym razem co innego mi przeszkadzaa.. Ha? może coś ze Mna nie tak ;/ mam przez niego tak niska samoocene, że samas już nie wiem. A więc jak wspomniałam pracuje, a więc po opłaceniu studiów i opiekunki zostaje mi pare groszy na swoje wydatki. Od kad zaczełam pracowac zaczełam tez bardziej dbac o siebie. solarium nowe ciuchy, buty na obcasie. Poczułam się wkoncu piękna. Od niego natomiast słyszłam, że jestem solarą, ze dla Mnie licza sie tylko nałozyc ładny ciuch obcas a nic w głowie nie mam. Znów niska samoocena?! Czułam się po tych słowach strasznie, wydawało mi się że tak jest. Jest dla Mnie dobry, czuły. A raptownie wybucha.. tak jak wczorajsza sytuacja. Poszedł mi zamek w butach.. i tak rozmawiam i mówie ze 2 tygodnie sie pomęcze i kupie nowe. Na co dostałam cudowną odpowiedz, czy jestem taka bogata żeby tyle par butów mieć ze moge w adiidasach chodzic. Darł sie.. Wybiegłam z samochodu krzyczac ze to koniec. Ciągle mówił o pieniadzach, wszystko wypominał, ze robie bez uzycia mozgu. Ze tyle pieniedzy wydaje na ciuchu dla siebie i małej.. Ale nie zauwazył ze przez 2 lata nic sobie nie kupowalam.. bo nie mialam za co. Najbardziej draznace jest to, ze czepia sie o ciuchy Malutkiej. Gdzie ja po prostu chce zeby wygladala zadbanie, jak ksieżniczka. Chce ze Mna zamieszkać mówi, że wtedy wszystko bedzie miedzy nami lepiej. ze przeciez widze ze on sie stara. Ale zastanawiam się czy nie zostala bym praczka, kucharka i sprzataczka w dziurawych skarpetkach z 5 dzieci w domu.. Mimo, ze sam jest mlody. (rówieśnik) Ma swoją firme, samochod.. Mówi mi ciagle, że jestem dzieckiem. Że nigdy nic nie osiagne bo nawet oszczedzac nie potrafie. A mi sie wydaje, że tez mi sie cos od zycia nalezy i ze zaslugujemy z córka na to.. Wszystko mu wypomniałam, Ha.. i oczywiscie nienawidzi Mnie. Bo jestem materialistka, a ludzie zyja miłoscia a nie pieniedzmi.. a mi zalezy tylko na ciuchach.. A ja poprostu nie moge znieśc ze nie po to haruje cały miesiac zeby tylko studia opłacic i opiekunke i odkladac do banku... Teraz dostaje smsy ze nie zasluguje na niego. Że jestem fałszywa .. Myśle czy ma racje? Wiem, namieszałam ale mam tyle myśli w głowie ze nie wiem jak to przelac.. Mam nadzieje ze w miare zrozumiale to napisałam. Proszę o rade..