Ostatnio bardzo dużo myślę o powołaniu.
Przez wiele lat wydawało mi się, że każdy człowiek ma jedną konkretną drogę przygotowaną przez Boga i wystarczy ją odnaleźć, a wtedy wszystko w życiu zacznie się układać.
Tylko że u mnie wyglądało to zupełnie inaczej.
Najpierw myślałam o wojsku.
Później o własnym biznesie z przetworami.
Potem był pomysł z biżuterią, z którym wiązałam naprawdę ogromne nadzieje.
Przez jakiś czas planowałam zrobić prawo jazdy.
Myślałam o życiu zakonnym i szczerze mówiąc nadal czasami o nim myślę.
Interesowały mnie różne kierunki studiów, a obecnie coraz częściej wracam myślami do fizjoterapii.
A pomiędzy tym wszystkim były jeszcze moje wieloletnie poszukiwania religijne.
Katolicyzm.
Islam.
Protestantyzm.
Adwentyzm.
I ciągłe pytanie:
**„Boże, czego Ty właściwie ode mnie chcesz?”**
Problem polega na tym, że im dłużej żyję, tym mniej jestem pewna, czy istnieje tylko jedno powołanie.
Może człowiek nie ma jednej drogi.
Może ma wiele dobrych dróg.
Może Bóg nie prowadzi nas po jednej wąskiej linii, ale daje nam pewną przestrzeń wolności.
Bo przecież można służyć ludziom jako lekarz.
Można jako fizjoterapeuta.
Można jako matka.
Można jako zakonnica.
Można prowadząc uczciwy biznes.
Można pomagając sąsiadowi.
Można modląc się za innych.
A ja przez wiele lat zachowywałam się tak, jakbym bała się zrobić krok, dopóki nie będę miała stuprocentowej pewności, że to właśnie TEN krok.
W efekcie często nie robiłam żadnego.
Stałam w miejscu.
Analizowałam.
Rozmyślałam.
Porównywałam.
Czytałam.
Szukałam.
A życie mijało.
Do tego doszły problemy zdrowotne.
Chroniczne zmęczenie.
Lęki.
Ataki paniki.
Gorsze i lepsze dni.
I coraz częściej zaczęłam się zastanawiać, czy nie szukam odpowiedzi na pytania, na które odpowiedź przychodzi dopiero podczas działania.
Może nie dowiem się, czy fizjoterapia jest dla mnie, dopóki nie spróbuję.
Może nie dowiem się, czy biznes ma sens, dopóki go nie zacznę.
Może nie dowiem się, czy jestem zdolna do życia zakonnego, dopóki nie zacznę żyć bardziej jak zakonnica we własnym domu.
Może niektóre odpowiedzi przychodzą dopiero po pierwszym kroku.
Bardzo lubię nauki mojej ukochanej świętej, **Święta Hildegarda z Bingen**.
Jedną z rzeczy, których mnie nauczyła, jest umiłowanie równowagi.
Nie skrajności.
Nie ciągłego analizowania.
Nie życia wyłącznie duchowością ani wyłącznie sprawami materialnymi.
Ale harmonii.
Modlitwy, pracy, odpoczynku, troski o zdrowie i zwyczajnego życia.
Coraz częściej myślę, że może moje największe powołanie nie polega na znalezieniu idealnego zawodu czy idealnej religijnej etykietki.
Może moim powołaniem jest po prostu nauczyć się dobrze żyć.
Dbać o zdrowie.
Dobrze wychować córkę.
Pomagać ludziom.
Rozwijać się.
Kochać Boga.
I każdego dnia zrobić choć jeden mały krok do przodu.
Bo być może człowiek nie odnajduje swojego powołania jednego dnia.
Być może buduje je przez całe życie.
A jeśli tak jest, to może nie muszę już wiedzieć wszystkiego od razu.
Może wystarczy, że jutro zrobię kolejny mały krok.
I kolejny.
I jeszcze jeden.
A reszta pokaże się po drodze.