Potrzebuję oceny kogoś z zewnątrz, bo gdybym posłuchał brata lub kolegów to jeszcze dzisiaj powinienem się wyprowadzić.
Mam 38 lat, moja partnerka 34, mamy córkę 2,5 roku. Mniej więcej od 1,5 roku jest między nami coraz gorzej ale w ostatnich miesiącach staje się nie do wytrzymania. Awantury są zawsze o to samo: nie angażuje się w życie rodzinne, nie pomagam przy dziecku, nie interesuje sią nią, domem i w ogóle niczym. Prawda jest taka, że od poniedziałku do piątku rzeczywiście całymi dniami jestem poza domem, prowadzę firmę i z reguły z domu wychodzę około 6:30 a wracam około 20:30-21:00, ale weekendy praktycznie zawsze spędzamy razem, zabieram córkę na spacery, karmię, kąpie itd., staram się, żebyśmy przynajmniej raz w miesiącu we 3 gdzieś na weekend pojechali, ale tutaj też wystarczy telefon z pracy i awantura gotowa. Bo nie potrafię się odciąć, bo wiecznie praca (dodam, że nawet jeżeli są w weekend telefony firmowe to mówimy o 2-3 telefonach po max. 3-4 minuty każdy, więc moim zdaniem niczego to nie destabilizuje).
W weekend powiedziałem, że zastanawiam się nad sprzedażą firmy i powrotem na etat. Najpierw jak zwykle awantura a w niedzielę nawet słowem się nie odezwała. Awantura o to, że pieniądze szybko się skończą i spadnie nasz standard życia. A mówimy o sprzedaży za 5,5-6 mln zł. Nie wiem, może to ja jestem odklejony. Jasne, że można to wydać w kilka dni i grosza z tego nie będzie, ale można też żyć normalnie i nie martwić się o przyszłość, tym bardziej, że nasza sytuacja finansowa ogólnie wygląda bardzo dobrze, mamy dom bez kredytu, ja mam małe mieszkanie z czasów jeszcze zanim się poznaliśmy, ona też ma mieszkanie, które kupili jej rodzicie na studiach, mamy 2 w miarę nowe samochody i spore oszczędności. Sprzedaż firmy właściwie zabezpiecza nas do końca życia, tym bardziej, że mógłbym przecież pracować na etacie i dodatkowo zarabiać, tylko już na spokojnie, w normalnych godzinach i bez stresu. Moja partnerka też pracuje, tyle, że po macierzyńskim wróciła na 1/2 etatu.
Sam przed sobą już przyznaję, że jestem tym wszystkim wykończony i muszę coś zrobić bo zwariuję. Co bym nie zrobił zawsze jest źle, zamiast wsparcia wieczna krytyka. Dodam, że pomimo twierdzeń mojej partnerki to ja wybudowałem nasz dom (ja chodziłem po urzędach, ja załatwiałem pozwolenia, ja szukałem architektów i projektantów, ja sfinansowałem budowę i ja użerałem się z ekipami, które pracowały, więc ten rzekomy brak zaangażowania jest jak dla mnie śmieszny). Planowaliśmy i decydowaliśmy razem, ale ja finansowałem i ja "załatwiałem" temat w terenie. Pracować we własnym biznesie na pół gwizdka się nie da, nie odbierać telefonów się nie da a przekazanie zarządzania obcej osobie nie wchodzi w grę. Wiem, że dużo pracuję ale nie jestem z tym biznesem związany sentymentalnie, naprawdę mogę sprzedać swoje udziały za pieniądze, które pozwolą nam na wygodne funkcjonowanie do końca życia, ale jak się okazuje to też nie jest opcja satysfakcjonująca dla mojej partnerki. I zastanawiam się co mam zrobić? Dzisiaj skończyłem pracę, mogę wracać do domu ale totalnie nie mam chęci bo wiem jak będzie na miejscu a naprawdę nie mam już siły tego wysłuchiwać.
Mój brat twierdzi, że była taka od początku, była roszczeniowa, obrażalska i wiecznie nadąsana i jego zdaniem nie ma sensu tego ciągnąć na siłę. Moim zdaniem jeszcze ze 2 lata temu było normlanie. Zdarzały się oczywiście jakieś sprzeczki ale nie na taką skalę jak w ostatnim czasie. Najgorsze, że sam nie widzę wyjścia z tej sytuacji, nie chcę się rozstawać ale też nie wyobrażam sobie, że moje życie tak będzie zawsze wyglądało.