Ostatnio tak się zachwycałam św. Hildegardą, że chyba wypada też uczciwie napisać, gdzie nasze drogi się rozchodzą. Bo okazuje się, że moja ulubiona święta ma całkiem sporą listę produktów, których zdecydowanie nie polecała.
I tutaj mam problem.
Bo Hildegarda mówi: truskawki – nie.
Ja: ale jak to nie?!
Truskawki to przecież jeden z moich ulubionych owoców. Szczególnie takie świeże, słodkie, pachnące latem. Mogę zjeść miskę truskawek i naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, że miałabym przy tym myśleć: „O nie, właśnie naraziłam swoje dobre soki”.
A Hildegarda uważała, że truskawki nie są dobre ani dla zdrowych, ani dla chorych. Jednym z jej argumentów było między innymi to, że rosną blisko ziemi i powodują powstawanie czegoś w rodzaju śluzu.
No dobrze...
Ale brzoskwinie?!
Tutaj również muszę się z nią nie zgodzić.
Hildegarda uważała brzoskwinie za owoc niewskazany, między innymi ze względu na to, że miały powodować „śluz” i zaburzenia związane z trawieniem. Co ciekawe, dopuszczała jednak specjalne przygotowanie brzoskwini w winie z dodatkiem soli i pieprzu.
Czyli średniowieczna Hildegarda mówi:
„Nie jedz brzoskwini”.
A ja:
„Ale Hildegardo... przecież to jest BRZOSKWINIA”.
Ze śliwkami jest jeszcze gorzej. Śliwki też są na czarnej liście.
A ja bardzo lubię śliwki. Zwłaszcza jesienią. Śliwki, ciasto ze śliwkami, powidła... no po prostu nie widzę tutaj żadnego powodu do konfliktu z Bogiem.
Hildegarda uważała, że śliwki mogą powodować niekorzystne „soki” i zaburzać równowagę organizmu. Dzisiaj oczywiście rozumiemy te pojęcia zupełnie inaczej. Współczesna literatura dotycząca jej zaleceń podkreśla, że jej wyjaśnienia wynikały z ówczesnej wiedzy medycznej i że współczesna nauka nie potwierdziła szkodliwości tych owoców.
Ale największym ciosem dla mojego porządku świata jest chyba por.
Bo ja por bardzo lubię.
W zupie, sosie, na patelni, jako dodatek do różnych dań...
A Hildegarda miała do niego wyjątkowo mocno negatywne podejście. W Physica opisywała go jako roślinę o szkodliwych właściwościach, szczególnie w stanie surowym. Co ciekawe, nawet tutaj nie była całkowicie zero-jedynkowa, bo opisywała sposoby przygotowania pora, które miały zmniejszać jego rzekomą szkodliwość.
I teraz dochodzimy do rzeczy, przy której chyba już całkowicie eksmituję się z klasztornej kuchni Hildegardy.
Produkty wędzone i kiełbasy.
No przepraszam bardzo, ale tutaj chyba się nie dogadamy.
Kiełbasa? Tak.
Wędzonka? Tak.
Dobrze zrobiony wędzony produkt? Jak najbardziej.
A Hildegarda zaliczała kiełbasy i produkty wędzone do rzeczy niewskazanych.
I oczywiście rozumiem, dlaczego dzisiaj część tych produktów warto ograniczać. Produkty wysoko przetworzone, bardzo słone czy jedzone w dużych ilościach rzeczywiście nie powinny stanowić podstawy diety.
Ale czym innym jest powiedzenie:
„Nie jedz tego codziennie i w ogromnych ilościach”,
a czym innym:
„To jest trucizna kuchni”.
I właśnie tutaj chyba najbardziej różnię się od Hildegardy.
Uwielbiam jej sposób patrzenia na człowieka jako całość. Podoba mi się jej zainteresowanie przyrodą, zdrowiem, duchowością, muzyką i tym, żeby człowiek nie żył wyłącznie pracą i obowiązkami.
Ale jeśli chodzi o jedzenie, to chyba musimy zawrzeć kompromis.
Ja będę czytać Hildegardę, a truskawki i por nadal będę jeść.
I chyba właśnie to jest fajne w inspirowaniu się kimś z przeszłości. Nie muszę przyjmować absolutnie wszystkiego tylko dlatego, że bardzo tę osobę cenię.
Mogę powiedzieć:
„Hildegardo, tutaj miałaś świetny pomysł”.
Ale mogę też powiedzieć:
„Hildegardo, wybacz, ale śliwek Ci nie oddam.”
I teraz jestem ciekawa: czy gdybyście mieli stosować wszystkie zalecenia żywieniowe św. Hildegardy, z którego produktu najtrudniej byłoby Wam zrezygnować? U mnie chyba truskawki i kiełbasa miałyby wspólną walkę o pierwsze miejsce.