Jestesmy juz cztery lata w tym dziwnym zwiazku: na odleglosc, zaleznosc sluzbowa.
Spodobal mi sie od samego poczatku, byl w moim typie. Nie odpowiadala mi jednak sytuacja - On na wysokim stanowisku, ja - jemu podlegla. Balam sie zaczynac, ale jakas magiczna sila nas przyciagnela i tak trwalo to te cztery dlugie lata.
Teraz puszczaja mi nerwy. Zwiazek nie rozwinal sie ponad to, co bylo na samym poczatku. Brakuje mi wiecej tej "prywatnej " strony. Nie spedzilismy razem ani jednego Sylwestra, ani jednego Bozego Narodzenia, nie wyjezczamy na wspolne wakacje.
On poznal moja corke, ja jego - nie. On bywa u mnie , ja u niego bylam dwa razy.
Niemniej jednak, On twierdzil , ze mnie kocha. Ja natomiast wiem, ze faktycznie zakochalam sie, i sama nie wiem dlaczego, nie wiem co mnie tak urzeklo. Moze to, ze nie mieszkam w kraju, tutaj czuje sie samotna i osamotniona. Moze to wlasnie zakochanie sie w " namiastne poczucia bycia z partnerem " ?
Przyjechal w ubieglym tygodniu. Spedzilismy wspanialych kilka dni, ale mi puscily nerwy, nie wytrzymalam juz tego napiecia i niepewnosci. Rozgoryczona rzucilam, ze nie moge juz tak dluzej i nie chce utrzymywac takiego zwiazku.
Byl zaskoczony i zszokowany, ale nie walczyl, nie pytal, nie dociekal. Zaakceptowal z miejsca. Rozstalismy sie na lotnisku, on spokojny, ja cala w lzach.
Zadzwonil potem i podziekowal mi, ze zlamalam mu serce.
Przeplakalam cala noc. Dzisiaj zadzwonilam , wyjasnilam ze siadly mi nerwy i dopytywalam sie co dalej z nami.
Byl zaskoczyony. Dla niego juz w zasadzie nie ma sprawy - ja juz zakonczylam zwiazek. On nie chcial zakonczyc, ale teraz nie ma juz wyboru.
Nie chce wrocic, bo to juz nigdy nie bedzie tak samo jak bylo ( tutaj przynajmniej sie zgadzam ). Najlepiej, abym poszukala sobie kogos innego, w miejscu gdzie mieszkam ( zrobilo mi sie przykro, ze tak szybko znalazl dla mnie rozwiazanie ).
On chce miec czas na przemyslenia, zadzwoni, jak odjdzie do jakis wnioskow ( hmmm.... to moze trwac lata ...) , nie jest w stanie rozmawiac , tak bardzo czuje sie krzywdzony.
Wyjasnil mi, ze nie jest typem faceta, ktorego sie " olewa" jak to okreslil, i wykresla ze swojego zycia. A ja to wlasnie zrobilam - i nie ma dla mnie juz powrotu.
Kocham i nienawidze.
Kocham - bo imponuje mi swoja sila, pewnoscia siebie, zaradnoscia, potrafi byc czarujacy i ujmujacy.
Nienawidze - bo ulecialy gdzies te cztery lata, bez zobowiazan, bez przyszlosci.
Nienawidze - bo nie zawalczyl ani jednym slowem , ani jednym gestem .
On chce miec czas. Ok, ale ile ?
Ja zastanawiam sie, czy w ogole walczyc o niego ?
Jak zapomniec i pogodzic sie , ze jego juz nie ma i nie bedzie ?
Przyzwyczailam sie, brakuje mi go, i juz za nim tesknie.
Jak rozmawiac, jezeli w ogole zadzwoni ?
Okropna hustawka nastrojow , nie radze sobie juz .....