Cześć, chciałem podzielić się z Wami moją historią.
W związku z S byłem od prawie 8 lat, poznaliśmy się w pracy, ona zainteresowała się mną, zaprosiłem ją na piwo i tak to się potoczyło. W tamtym czasie mieszkałem i opiekowałem się osobą starszą. S mieszkała wraz ze swoimi rodzicami – mieli oni duży dom, rodzice mieszkali na dole, ona na górze miała praktycznie całe piętro dla siebie, wspólny punkt to był wiatrołap. Miała złe relacje ze swoją matką, przez co kontakty z jej rodzicami ograniczały się praktycznie do minimum. Spotykaliśmy się głównie u niej, ja mieszkałem w starym domu w którym nie było nawet sensownej toalety – wstydziłem się zapraszać tam kogokolwiek, poza tym realia opieki nad starszą osobą zapewne nikogo nie przyciągają na początku związku. Spotykaliśmy się coraz dłużej, wszystko wyglądało OK, wyznaliśmy sobie miłość. Po około pół roku spotykania się, osoba, którą opiekowałem się odeszła z przyczyn naturalnych – była to osoba, która wychowywała mnie od 6 roku życia (moi rodzice to mówiąc krótko patologia, ona wyciągnęła mnie z tego domu), gdy zmarła miałem 27 lat. Dom i działki wokół niego były zapisane na mnie, miałem ½ udziału w domu, który otrzymałem w testamencie. Po tym wydarzeniu gdy minęło trochę czasu zaczęliśmy z S rozmawiać o zamieszkaniu razem – ona od bardzo dawna chciała się wyprowadzić od rodziców, co prawda była właścicielką domu, ale źle się tam czuła z samego faktu, że matka jest na dole (oni praktycznie nie przychodzili na górę, ale nawet odgłos sugerujący, że ktoś może przyjść wprawiał ją w nerwowy stan). Opcje były dwie – wynajmujemy mieszkanie lub ja sprzedaję swój majątek (działka w mieście) i szukamy czegoś na obrzeżach miasta, tak, żeby sprzedaż finansowała zarówno kupno działki jak i budowę domu. S zaproponowała, że mogę zamieszkać u niej, tym sposobem oszczędzimy na kosztach wynajmu. Przez rok szukaliśmy działki, dużo działek nie do końca zawsze pasowało, ale musieliśmy w końcu na coś się zdecydować – znalazłem działkę, która miała pełne uzbrojenie, kilkaset metrów od granicy miasta, dobra komunikacja – wybór z rozsądku. S nie była do końca z niej zadowolona, ale spełniała ona większość jej wymagań (blisko do miasta, lekarza, weterynarza – S miała kilka zwierząt egzotycznych), więc podjąłem decyzję, że kupię tę działkę. Przyszedł czas na zrobienie projektu domu, w pierwotnym założeniu miał on być nie większy niż circa 140 mkw, ale w wyniku pewnych kompromisów (oboje pracujemy z domu, chcieliśmy mieć oddzielne gabinety, S chciała mieć gabinet na dole, żeby mieć bliżej do kuchni oraz oddzielny pokój na zwierzęta egzotyczne też na dole) do tego metrażu przybyło dodatkowo ponad 40 mkw – znaczące nadwyrężenie budżetu, ale oboje dobrze zarabialiśmy, więc sądziłem, że damy radę. Budowa się rozpoczęła, dość szybko udało się postawić stan surowy zamknięty. W międzyczasie najpierw straciłem pracę bo projekt się skończył, potem przyszedł COVID i znowu straciłem pracę, ale budowę trzeba było pchać dalej, stanąłem przed wyborem: staram się szukać innej pracy, co w tamtym momencie było praktycznie niemożliwe, lub robię przerwę i sam zaczynam robić wykończeniówkę. Wiedzy i umiejętności mi w tym obszarze nie brakowało, więc zacząłem robić instalację elektryczną. Po ok. pół roku znalazłem pracę w zawodzie, ale dalej po godzinach kontynuowałem pracę na budowie. Moje życie przez ok. 2 lata wyglądało tak, że w domu od 7 do 15 pracowałem, od 16 do 22 byłem na budowie wykonując prace (w skrócie, zrobiłem instalację elektryczną, hydrauliczną, ogrzewanie podłogowe z ociepleniem posadzki, hydroizolacje, wentylację mechaniczną z rekuperacją, położyłem gładzie, pomalowałem ściany, ułożyłem panele, zamontowałem drzwi, zrobiłem zabudowę meblową w łazience, teraz jestem w trakcie składania kuchni – sam rozpisałem formatki). W sumie budowa trwała 4 lata i 10 miesięcy. W oczywisty sposób czas, który powinienem spędzać z S spędzałem na budowie – w weekendy zostawałem w domu dłużej, żeby pomagać jej w sprzątaniu (dzieliliśmy obowiązki mniej więcej 50/50) oraz żeby spędzić z nią choć trochę czasu (S też pracowała z domu, więc tak jakbyśmy pracowali w jednym „biurze”). Staraliśmy się też w tygodniu spędzać czas, np. w trakcie pracy w przerwie obiadowej chodziliśmy na spacery, w weekendy zdarzały nam się wyjścia do restauracji, do rodziny, do kina, na rower. W budowę S niespecjalnie chciała się angażować – gdy prosiłem ją, żeby podzwoniła po fachowcach, mówiła, że ona nie lubi rozmawiać z ludźmi (przez telefon), pomoc fizyczna też odpadała ponieważ miała problemy z kręgosłupem i ogólnie zdrowotnie było średnio dobrze. Chciała partycypować finansowo, natomiast ja wstrzymywałem się z tym, chciałem, żeby miała pieniądze, kiedy przyjdzie czas na wyposażenie domu (w czym faktycznie brała udział). Zdecydowaną większość wyposażenia i urządzenia wybieraliśmy razem w porozumieniu, na niektóre rzeczy postawiłem ja, na niektóre naciskała ona, ale miałem wrażenie, że nikt nie czuje się z tymi wyborami pokrzywdzony. W marcu w końcu wprowadziliśmy się, niejako jeszcze na plac budowy (żeby jak najszybciej się wprowadzić skończyłem parter, piętro miałem kończyć będąc już na miejscu). Nie brakowało nam jednak przestrzeni (parter ma prawie 100 mkw), z kuchnią nie było problemu, bo korzystaliśmy z diety pudełkowej (S to wręcz pasowało, bo nie lubi gotować).
Wszystko wskazywało na to, że wychodzimy z budową na prosto, byliśmy zaręczeni od 1,5 roku, S nawet zaczęła planować ślub – planowaliśmy prosty ślub cywilny, garstka przyjaciół, bez rodziców (jej konflikt z matką). S kupiła w maju sukienkę i buty, trzeba by było już tylko ustalić świadków, datę i można działać. W czerwcu S poszła na spotkanie integracyjne z grupą ludzi, z którą uprawia sporty (chodziła na zajęcia 2x w tygodniu, żeby poprawić sprawność, pomagało to jej na kręgosłup). Tej nocy wróciła wyjątkowo późno, bo przed 5 nad ranem – nigdy jej to się nie zdarzało, w sylwestra dobrze było, jak była w stanie wysiedzieć do 1 w nocy. Ja w tym samym czasie byłem u przyjaciela na piwie, wróciłem ok. 2 w nocy i zauważyłem, że jeszcze jej nie ma – OK, dziewczyna dobrze się bawi (mieli pójść do pubu na piwo), ale że byłem po kilku piwach, spać mi się nie chciało, to postanowiłem, że poczekam jeszcze trochę. Po 3 w nocy próbowałem skontaktować się z nią – dzwoniłem chyba 30x tej nocy do mnie, żadnego telefonu nie odebrała. Obawiałem się, że mogło coś jej się stać, obdzwoniłem pogotowie, żeby upewnić się, że nie mają kogoś przypominającego S, ale nic z tego. Koniec końców S o 4:30 napisała, że już wraca, że poszli do klubu potańczyć i nie słyszała telefonu. Po powrocie chwilę porozmawialiśmy, powiedziała, że jeden z facetów, który z nią ćwiczy i był na tej integracji chciał ją zaprosić na kawę. Odmówiła, powiedziała, że jest zaręczona i żebym się niczym nie martwił, że nie jest nim zainteresowan. Uznałem, że jest to OK z jej strony, że jest ze mną szczera i że do niczego nie doszło. W przeciągu miesiąca nasze relacje się ochłodziły, powiedziała mi, że chce sama myć zęby, moje żarty zaczęły ją mocno irytować, zaczęła się ode mnie oddalać. Czas ten zbiegł się z jej odstawianiem leków na lęk (antydepresanty, zaczęła je brać z początkiem roku, bo zaczęła się źle czuć, miała stany lękowe, stresowała się pracą, narastało rozgoryczenie przeciągającą się budową - założenie było takie, że w 2 lata dom będzie gotowy). Sądziłem, że to z tego wynika jej zachowanie, więc nie robiłem jej żadnych wyrzutów, awantur, starałem się dać jej przestrzeń i wspierać na tyle na ile mi pozwoliła (ogólnie praktycznie się ze sobą nie kłóciliśmy, przez 8 lat żadne nie podniosło głosu na drugie, oboje jesteśmy dość spokojnymi osobami). Po miesiącu takiej sytuacji, jednego z wieczorów gdy siedzieliśmy przed TV, odwróciłem się do niej i po prostu uśmiechnąłem, ona odwzajemniła uśmiech i powiedziała mi, że nie jest szczęśliwa, nie czuje się tutaj jak we własnym domu i że chce się wyprowadzić na jakiś czas, żeby poukładać sobie w głowie trochę rzeczy, bo czuje, że coś jest z nią nie tak i zapytała czy jestem w stanie to zaakceptować. Byłem tym kompletnie zaskoczony, sparaliżowany. Koniec końców powiedziałem, że jeżeli uważa, że to pomoże nam, to się na to godzę. Zaczęła szukać mieszkania, ale miała problem, ponieważ posiada kota. Kolejnego tygodnia pojechała do innego miasta na spotkanie z ludźmi ze studiów, po powrocie chciałem z nią porozmawiać, żeby wytłumaczyła mi co się konkretnie dzieje, czy jesteśmy w stanie może jednak popracować nad relacją. Wtedy powiedziała mi, że uświadomiła sobie, że między nami od dawna się nie układało (nigdy w trakcie tych 8 lat niczego mi takiego nie komunikowała), że większość decyzji i tak podejmowałem ja (skupiła się tylko na tych, które nie były po jej myśli, podczas gdy prawie wszystko robiliśmy i wybieraliśmy w porozumieniu), w końcu że w trakcie tańca „nigdy nie myślała, że dotyk może być taki przyjemny” – tańczyła z facetem, który chciał ją zaprosić na kawę, ale zapewniała mnie, że do niczego nie doszło i mnie nie zdradziła. Powiedziała, że przestaliśmy się przytulać (ja próbowałem, choć głównie inicjatywa szła z mojej strony, podobnie ze zbliżeniami – były one, ale od lat tylko gdy ja wyszedłem z inicjatywą), że nie jestem pozytywną osobą i negatywnie wpływam na nią. Ten drugi wyjazd jej uświadomił, że ona może się oszukiwać, że już chyba nic do mnie nie czuje, że ma do mnie żal, że tak późno się przeprowadziliśmy (przez lata budowy ciągle były pytania „a długo jeszcze?”, „kiedy się przeprowadzimy?” co było dla mnie zarówno presją jak i motywacją bo wiedziałem, jak bardzo jej na tym zależy). Powiedziałem jej, że skoro chciała mieć trochę czasu dla siebie, to przynajmniej zobaczmy jak to będzie wyglądać jak będzie miała szansę ochłonąć. Ciężko było mi to znieść, pojechałem na dwa dni do przyjaciela, wziąłem od niego materac i spałem w drugim pokoju aż do jej wyprowadzki. Mieszkanie znalazła ok 2 tygodnie później. Część rzeczy zostawiła, łącznie ze zwierzętami egzotycznymi – w trakcie rozłąki co tydzień przyjeżdżała, żeby je nakarmić i posprzątać u nich. Podczas tych spotkań trochę rozmawialiśmy, ale to był bardziej small talk niż poważna rozmowa. Gdy minął miesiąc, przed jej cotygodniowym przyjazdem dałem jej znać, że chciałbym, abyśmy porozmawiali. Gdy przyjechała, była bardzo spięta, unikała kontaktu wzrokowego. Gdy zaczęliśmy rozmawiać odpowiadała zdawkowo – pytałem ją, czy poczuła tęsknotę (nie), czy widzi jakiś sposób aby pracować nad naszą relacją (nie), czy widzi jakieś pozytywy naszej relacji (trochę mniejsza samotność, nic poza tym), czy jest w stanie powiedzieć, że już mnie nie kocha (tak jej się wydaje). Powiedziała, że dopiero teraz sobie uświadomiła ile poświęciła dla tego związku, bo teraz może spotykać się ze znajomymi, wychodzić na koncerty, wydarzenia (ja jej nigdy nie zabraniałem, żeby poszła na coś co ją interesuje sama, ja często nie mogłem, po była budowa, sam ją zachęcałem, żeby umawiała się z koleżankami), że teraz w mieszkaniu czuje się o wiele lepiej pomimo tego, że ma jakieś mankamenty i niedogodności, że jej to nie przeszkadza (budując dom był on przemyślany w najmniejszym detalu, przez co czasem trzeba było dorzucić dodatkową pracę). Powiedziałem jej, że skoro tak to widzi, to chciałbym, aby zabrała resztę swoich rzeczy, bo za każdym razem gdy ją widzę, żyję nadzieją, że jeszcze się zejdziemy. W tym tygodniu zabrała resztę rzeczy…
Jest mi strasznie przykro, ciągle szukam w sobie winy, choć nawet na terapii psycholog powiedziała, że ona tutaj takiej winy nie widzi, żeby ot tak wszystko wrzucić do kosza, że była narzeczona zachowała się jak dziecko… Ja mimo tego wciąż o niej myślę i zastanawiam się czy gdyby jednak jej się coś odwidziało to czy dałbym jej drugą szansę...