Hej. Początkowo nie chciałem zakładać tego tematu, ale może perspektywa kogoś z zewnątrz okaże się pomocna?
Zacznę od tego, że jestem osobą, która... stosunkowo długo walczyła o to, żeby jak to się mówi "wyjść do ludzi". W okresie dojrzewania czy nawet na początku studiów byłem raczej kompletnym samotnikiem, jednak trochę moich prób ogarnięcia się i trochę zbiegów okoliczności sprawiło, że mam grupkę ludzi, z którymi całkiem regularnie spędzam czas. Cenię sobie taki stan rzeczy, bo pamiętam jak frustrowało mnie np. w liceum, siedzenie samemu na korytarzu. Wspominam o tym, bo w kontekście całej sytuacji wydaje mi się to dość istotne.
No więc do tej grupki od jakiegoś czasu zaczęła należeć dziewczyna, nazwijmy ją... Ania (wybrałem najbardziej neutralne dla mnie imię, przepraszam wszystkie Anie). Znałem ją wcześniej z widzenia, natomiast któregoś razu koleżanka zaprosiła Anię na nasz wypad i tak już naturalnie zostało.
I tutaj albo czegoś na starcie nie ogarnąłem, albo rzeczywiście z początku zachowywała się w miarę zwyczajnie. Bo po jakimś czasie Ania zaczęła, jakby to ująć... atakować mnie swoją fizycznością. I to raczej w taki sposób wyjęty rodem ze szkoły podstawowej. Gdy szliśmy coś zjeść ostentacyjnie siadała obok mnie, uwielbiała mnie podszczypywać (!), bawić się moimi włosami - coś co moja babcia określiłaby pewnie mianem "końskich zalotów". Nie reagowałem na to za bardzo, zresztą inni znajomi też nie. Stwierdziłem, że może tak już ma kiedy poczuje się pewniej w nowym gronie. No ludzie są różni, mają różne towarzyskie "tiki" a mnie widocznie wybrała na swoją "ofiarę".
Jednak niedługo potem zacząłem dostawać od niej dm-y, z których już konkretnie wynikało, że się zakochała. Bardzo nalegała na spotkanie tylko we dwójkę, ponieważ jej się podobam etc. Nie byłem i nie jestem nią zainteresowany, więc kulturalnie lecz dość jasno powiedziałem, że przykro mi, ale nie mogę odwzajemnić jej uczuć i że możemy się widywać na ogólnych spotkaniach jako znajomi.
Niestety Ania chyba nie bardzo była w stanie zaakceptować odmowy bo po tej odpowiedzi zacząłem zostawać zasypywany wiadomościami pokroju: "przecież nikogo aktualnie nie masz", "daj mi szansę", "po spotkaniu zmienisz zdanie". Zrobiło się natarczywie, dlatego jeszcze raz, ponownie spokojnie ale stanowczo wytłumaczyłem, że to naprawdę nie ma sensu. Niewiele to zmieniło, dodatkowo jej "próby udowodnienia mi, że się mylę" zaczęły spływać o porach typu 2 w nocy. Dlatego zablokowałem ją, jednak oczywiście za jakiś czas otrzymałem wiadomości z drugiego konta.
I tu może mój błąd, nie wiem. Podczas kolejnego spotkania w grupie, na które Ania nie przyszła (oficjalnie nie mogła, w rzeczywistości ja dostałem informację-szantaż, że nie zjawi się dopóki nie dam jej szansy) opisałem im całą sytuację, bo liczyłem, że może jakoś na nią wpłyną, będą potrafili bardziej ostudzić jej emocje, skoro mnie wychodzi to najwidoczniej średnio. Feedback jaki dostałem rozwalił mi mózg.
Wszyscy zgodnie uznali, że "chyba zwariowałem, przecież nikogo nie mam (kropka w kropkę słowa Ani, przypominam), a to bardzo fajna dziewczyna i powinienem być wdzięczny, że zrobiła pierwszy krok''. Jedna osoba rzuciła nawet, że powinienem ją teraz przeprosić (!). Oczywiście byłem w takim szoku po tym co usłyszałem, że obiecałem to przemyśleć, nie chciałem na tamten moment dłużej kontynuować tego tematu.
No i jest niedziela, zakładam, że niedługo Ania znowu coś do mnie napisze... a przecież nie zacznę z nią być dla świętego spokoju. Z drugiej strony czuję, że za jakiś czas mogę stracić kontakt z tymi ludźmi. Innych nie mam. W ogóle to był chyba pierwszy taki konflikt. Szkoda, że od razu wszyscy na jednego, bo nie znalazł się nikt kto wziąłby moją stronę. Jest to patowa sytuacja, ale czuję, że niedługo wrócę do stanu z czasów licealnych i na dodatek pójdzie za mną jakaś etykietka "wybrednego, nieczułego typa". Tyle kwasu, właściwie z niczego.